12 najlepszych chwil w 2017 roku

Koniec grudnia, ze świętami i sylwestrem są punktem kulminacyjnym każdego roku. To czas na spotkania rodzinne, zwolnienie tempa w pracy, refleksję nad minionymi wydarzeniami i spisywanie noworocznych postanowień. Warto poświęcić temu chwilę zanim znowu wpadniemy w wir obowiązków. A tymczasem zapraszamy na wspólną wycieczkę po naszym 2017 roku!


Choć ciężko nam się wczuć w klimat nadchodzącego Nowego Roku, będąc daleko od domu, gdzie zamiast szczypiącego w nos mrozu, słońce przypieka skórę, zebraliśmy kilka najciekawszych i najważniejszych momentów, które sprawiły, że był on dla nas wyjątkowy i inny niż wszystkie. 12 najlepszych chwil, choć nie zawsze radosnych, jednak uczących nas czegoś nowego o świecie i o samych sobie. Większość z nich objęła drugą połowę roku, a nawet jego końcówkę. Ale to dobry znak. Nigdy bowiem nie jest za późno na to, żeby wydarzyło się coś dobrego!

Lot na paralotni w Nepalu

Nawet człowiek, który lubi adrenalinę ma lekko spocone ręce i przyspieszony puls na chwilę przed skokiem w przepaść. Nieważne, że jest podczepiony do instruktora i spadochronu. W końcu to ich niezawodności powierza się życie. Kiedy okazało się, że w Nepalu, oprócz trekkingu króluje też paralotniarstwo, musieliśmy tego spróbować! Tak się wszystko szczęśliwie złożyło, że w czasie, który ze względu na pogodę jest najlepszy do paraglidingu (i „przypadkiem” akurat tam będziemy) Mati ma urodziny. Przekalkulowaliśmy budżet, dodaliśmy dwa do dwóch (wyszło pięć) i okazało się, że to idealny prezent! I to taki, o którym długo nie zapomnimy. My, bo szanowny małżonek był tak wspaniałomyślny, że zechciał zabrać mnie z sobą 🙂 Wiadomo, w końcu ślubowaliśmy, że będziemy w podróży życia aż do śmierci. Więc gdyby coś poszło nie tak…
Latając nad doliną w Pokharze, mogliśmy nie tylko podziwiać rozległe jezioro, zielone wzgórza i miasta, ale też groźne, ośnieżone szczyty Himalajów. Tego uczucia, kiedy jest się w powietrzu i nogi zwisają bezwładnie nie da się porównać do niczego innego. Czuć dobitnie czym jest grawitacja i jak schodząc spiralą w dół, twarz odkształca się pod wpływem przeciążenia. Wcześniej takie rzeczy widziałam tylko na YouTubie i nie ukrywam, trochę się śmiałam. Po kilku kółkach w powietrzu nie było mi już tak wesoło. Czad! Ja chcę jeszcze raz! 😀 Planując w przyszłości podróż do Nepalu odłóżcie kilka dodatkowych dolarów na tę przyjemność. Oczywiście, jeśli nie macie choroby wysokościowej 🙂 Wtedy lepiej oglądać wszystko z ziemi.

Wesele razy dwa

Ślub to w życiu człowieka jedno z najpiękniejszych wydarzeń. Skoro tak, czemu nie pobrać się dwa razy? Nasz pierwszy raz na początku roku był bardziej kwestią formalną, potrzebną do wyrobienia dokumentów na podróż. Mimo skromnego charakteru, jechania do Urzędu taksówką i wieczornym piwie ze znajomymi, było to naprawdę duże i emocjonalnie głębokie przeżycie. Co z tego, że przez pierwszy miesiąc spadały nam z palców za duże obrączki, a na drzwiach naszej sypialni wisiały karteczki z krzywo wypisanym „Just married”? Drugi, nieco później był już z odpowiednią oprawą muzyczną, wizualną, przyjaciółmi i całą rodziną. Bawiliśmy się do rana, tańczyliśmy i mogliśmy razem z bliskimi świętować ten ważny dzień. Tym bardziej, że było to ostatnie tak duże spotkanie zaraz przed naszym wyjazdem. Dla mnie był on też wyjątkowy ze względu na nietypowy prezent jaki dostaliśmy od jednego z… uczestników wieczoru panieńskiego. Otóż poznany przez nas, dziewczyny podczas imprezy, utalentowany, wrocławski saksofonista zaproponował, że zagra nam w czasie ślubu kościelnego utwór „Ave Maria”. Był to niezwykle miły gest. Dla duszy i ucha. Scena jak z filmu, który możesz oglądać w TV każdego roku i nigdy się nie nudzi. Jestem przekonana, że to były ostatnie dwa wesela w jakich braliśmy udział jako goście honorowi, ale chętnie jeszcze raz zorganizowałabym taką imprezę. Może na którąś rocznicę?

Wiza do Australii

To była noc w kilka tygodni po naszym ślubie. Około drugiej obudziło mnie migające światełko w telefonie. Dostałam maila. Przecierając zaspane oczy otworzyłam dziwnie zatytułowaną wiadomość. Dużo liter, dużo cyfr. Jakiś spam albo wirus – pomyślałam. Ale czytam, czytam, przeglądam załączniki a tam… TAK! Szanowni Państwo, proszę pakować walizki, możecie przylecieć do Australii. Szybko wyrwałam ze snu półprzytomnego Matiego, który na wieść o dobrej nowinie uśmiechnął się i odwrócił na drugi bok, a ja nie mogłam spać do rana. Na drugi dzień otworzyliśmy nawet szampana, radości nie było końca. Poczuliśmy wielką ulgę, ale też delikatne zdenerwowanie. W końcu coś o czym tyle marzyliśmy i na co długo pracowaliśmy stało się rzeczywistością. Ale czy będzie taka jak sobie ją wyśniliśmy? Trzeba wszystko przygotować, znaleźć pracę, spakować swoje poukładane życie w 45 litrowy plecak i dotrzeć na drugi koniec globu… Czy to nie za dużo jak jeden rok?

Melbourne CBD Australia

Wielkie spotkanie w Japonii

Ostatnio podróżowaliśmy we dwójkę. Zawsze polegaliśmy tylko na sobie, nie nudziło nam się swoje towarzystwo i każdy wiedział za co jest odpowiedzialny. Do momentu, gdy wylądowaliśmy w Japonii i w drzwiach małego, tokijskiego apartamentu przywitała nas uradowana Marta. Przywiozła kabanosy, polską wódkę, a my nie mogliśmy przestać mówić. W końcu pierwszy raz po 3 miesiącach rozmawialiśmy po polsku z osobą trzecią! Świat zawirował jeszcze bardziej, kiedy do naszej radosnej trójki dołączyli moi rodzice! Niesamowicie odważni w podróży do Japonii i samotnej drodze powrotnej. Wydaje mi się, że mimo mojego dmuchania i chuchania poradziliby sobie świetnie w tym niezbyt „czytelnym” dla turystów kraju. Wszyscy bardzo chcieliśmy zobaczyć Japonię, a żeby umilić i ułatwić sobie jej zwiedzanie postanowiliśmy wybrać się tam w 5 osób. Początek był dość szorstki. Zmiana czasu, sposobu podróżowania z typowo budżetowego na nieco bardziej wygodny, różne charaktery – dało się to odczuć. Ale po trzech dniach okazało się, że jesteśmy świetną ekipą, która chętnie zwiedza razem, wie kiedy chce mieć czas dla siebie i nie stroni od dobrej zabawy. Ale dla nas najważniejsze  było to, że mogliśmy spotkać się z bliskimi. Były to naprawdę świetne dwa tygodnie i strasznie się cieszę, że zdecydowaliśmy się razem jechać. Niestety rozstanie na dworcu w Kioto, kiedy każdy musiał wracać w swoją stronę, było bardzo łzawe. Nigdy chyba nie było nam tak bardzo smutno jak wtedy. Nawet wyjeżdżając z Wrocławia jakoś się trzymaliśmy. Jednak droga na półwysep Kiusiu przebiegła nam na cichym łkaniu i obiecaniu sobie, że postaramy się częściej podróżować z rodzicami i przyjaciółmi. Możemy w ciągu roku się na siebie denerwować, mieć siebie dość, ale to właśnie dzięki tym osobom życie staje się piękniejsze i weselsze. I nie zastąpi tego nawet video konferencja na Whatsappie.

Idul Adha, czyli święta w Indonezji

Rzadko zdarza się mieć szansę uczestnictwa w bardzo ważnym święcie społeczności zupełnie innej od tej, w której przyszło nam się wychować. Szczególnie będąc naocznym świadkiem tradycji i kultury, która w zachodnich krajach mogłaby zostać uznana za barbarzyńską. W Indonezji przeżyliśmy wiele zaskakujących i niezapomnianych chwil, ale poznanie Madhiny i jej rodziny należy to bardzo nietypowych. Zaprosiła nas bowiem do domu w okresie święta Idul Adha – w islamie jest szczególnym obrzędem, porównywalnym do Świąt Bożego Narodzenia. I może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że oprócz rodzinnego spotkania przy suto zastawionym stole, muzułmanie dokonują też rytualnego uboju. Ci bogatsi, w zależności od zasobności ich portfela, kupują krowę, kozę, barana lub nawet wielbłąda, a wyznaczeni do tego celu mężczyźni zabijają zwierzę po krótkiej modlitwie – w przypadku naszej historii – publicznie, po czym dzielą mięso na trzy części. Jedna trafia dla najuboższych, druga dla dalszej rodziny ofiarującego, trzecia część pozostaje dla kupującego zwierzę. W ten sposób nikt nie jest głodny. Było to niesprzecznie najbardziej krwawe widowisko w jakim uczestniczyliśmy, nie tylko w minionym roku, ale w ogóle. Abstrahując od całej religijnej otoczki, człowiek na co dzień nie ma do czynienia z obserwowaniem „przetwarzania” pasącej się na pastwisku krowy na kotlet. Jest to coś, co odbywa się za zamkniętymi drzwiami i zwykle udajemy, że nie wiemy, skąd stek nagle pojawił się na naszym stole. Pewnie spadł z drzewa. Możecie się ze mną kłócić, ale w tych zwierzętach był jakiś dziwny spokój, nie wierzgały kopytami, nie próbowały uciekać przez oprawcą. Jakby wiedziały, co je czeka. To było jeszcze smutniejsze. Obserwowanie tego było dalekie od przyjemnego, ale przypomniało nam, w jak odmiennym od naszego świecie się znajdujemy, jak różne tradycje i zachowania są akceptowane w innych kulturach. Choć oni pewnie oburzyliby się widząc półżywego karpia niesionego przed Wigilią do domu w siatce.

Ostatni etap trekkingu do bazy pod Annapurną

To przyszło nagle. Himalaje nie były na naszej liście miejsc do zobaczenia, ale górskie, ośnieżone szczyty i potrzeba wędrówki wołały nas z daleka. O ile cały wyjazd do Nepalu był niezapomnianą przygodą, to co działo się między 3700 m n.p.m., czyli bazą MBC, a 4130 m n.p.m., czyli bazą wejściową na Annapurnę, z pewnością było (obok wspinaczki na wulkan Rinjani) najtrudniejszym zdaniem z jakim przyszło nam się zmierzyć w ostatnim roku. Żadne wilgotne i gorące dżungle oraz wielogodzinne chodzenie z plecakami nie dały się porównać zmęczeniu psychicznemu, jakie odbierało nam siły na ostatnim podejściu. Do MBC dotarliśmy w rekordowo szybkim i niezbyt rozsądnym czasie, pokonując w 8 godzin 1800 m przewyższenia. Gdyby jeszcze zejść na nocleg niżej, może czulibyśmy się dobrze, ale po rozpakowaniu plecaków nagle coś zaczęło wysysać z nas energię. Może niedobór tlenu, może przemęczenie. Niemniej spaliśmy jak na szpilkach, ciężko łapiąc oddech, żeby o 4 nad ranem wyruszyć na wschód słońca. Nie wiem jak wy, ale po czasie myślę, że trzeba mieć jednak trochę nierówno pod sufitem, jeśli to nazywa się wakacjami. Wlekąc na drugi dzień nogę za nogą, dysząc jak po przebiegnięciu maratonu i hamując mdłości walczyliśmy sami z sobą. Mati posuwał się nieco szybciej, może żeby dodać mi otuchy, a ja nie wiedząc czemu odpływałam myślami do mojej siostry, która teraz pewnie spała w ciepłym łóżku i drżałam idąc przez tą ciemną dolinę. Kolejny raz sprawdzaliśmy swoją psychikę i granice możliwości. Dużo ludzi tam wchodzi, to nie jest bardzo trudne, ale jest skrajnie wyczerpujące. Jednocześnie daje najwięcej satysfakcji z pokonania kolejnej bariery i udowodnienia sobie, że dopóki się oddycha, można osiągnąć to co się chce.

Kambodżańskie rozczarowanie

Kiedyś wspominałam, że nasz podróżniczy, dwuosobowy obóz dzielił się na zwolenników i przeciwników Kambodży. Ja należałam do tych drugich. Trzeba uczciwie przyznać, że Kambodża jest krajem biednym, nieco płaskim i zaśmieconym, choć bardzo zielonym, przesiąkniętym krwawą historią i skażonym seksturystyką. W całym naszym dorobku podróżniczym nie było miejsca, o którym byśmy tyle dyskutowali. Może właśnie to dobrze o niej świadczy. Nie chcieliśmy skreślać jej tylko przez to, że nam (mnie) się nie podobała przez zaledwie 9 dni. Cóż bowiem można zobaczyć w tak krótkim czasie? Są przecież ludzie, którzy przenoszą się tam z zachodnich cywilizacji. Coś w niej musi być! Może to niezwykle pomocni i uśmiechnięci mieszkańcy, którzy nie chcą cię skroić na każdym kroku. Czy piękny kompleks świątyń Angkor, pamiętający czasy, gdy przechadzały się między nimi słonie. Ale narosła wokół Angkor Wat i Kambodży turystyczna otoczka, dla nas okazała się być nieco naciągniętą, nadpsutą historią miejsca, które łapczywie walczy o odwiedzających ościenne kraje Azji Południowo-Wschodniej. Może nie tyle rozczarował nas, ale zasmucił bardzo jej obraz. Z żebrzącymi dziećmi nago kąpiącymi się w rzece płynącej przez Phnom Penh, gdzie na murku tuż obok siedzi 60-letni, zdrowy mężczyzna, karmiony przez skąpo ubraną Kambodżankę. Z kuchnią, która stara się przypodobać zachodnim podniebieniom, nie niosąc za sobą wiele oryginalności. Z obleśnymi facetami, obściskującymi młode dziewczyny, dla których prostytucja jest jedną z niewielu szans na lepszy zarobek. Warto odwiedzić kiedyś taki kraj, który budzi w człowieku duże sprzeczności i kontrowersje, żeby ocenić go samemu i zobaczyć, że piaszczyste plaże i piękne palmy to nie wszystko.

Nocleg na wulkanie Rinjani

Oglądając wcześniej zdjęcia rozgwieżdżonego nieba nad lasami czy pustynią, trudno było mi uwierzyć, że nie są one mocno podkręcone w Photoshopie. Jednak natura zaskoczyła nas w Indonezji, kiedy po wspinaczce na wulkan Rinjani zeszliśmy do obozu i zakrywając się po uszy śpiworami oglądaliśmy drogę mleczną z tysiącem migoczących nad nami światełek. Tu i tam spadła gwiazda, ciągnąc za sobą długi rozświetlony ogon. Daleko w dole widać było światła miasteczka, z którego wyruszyliśmy wczoraj. Kiedy szliśmy nad ranem w stronę stepów prowadzących na szczyt, pełna tarcza księżyca rozświetlała nam drogę, a muezin budził mieszkańców modlitwą. Taka scena mogłaby się zdarzyć w filmie dokumentalnym. Najpiękniejsza (i mimo lata – najzimniejsza) noc jaką spędziliśmy w naturze. Wschód słońca na drugi dzień był tylko zwieńczeniem tego spektaklu, którego pochłonięci codziennością nie doceniamy na co dzień. Jeśli robicie listę postanowień noworocznych dopiszcie koniecznie, żeby raz na jakiś czas wstać przed wschodem słońca, wyjść do ogrodu, pójść do parku lub – dla bardziej aktywnych – wspiąć się na jakąś górę (może być wulkan, jeśli macie jakiś pod ręką 😉 ) i przekonać się na własne oczy, jaki świat jest piękny tych kilka chwil przed wzejściem słońca.

Ucieczka przed bandytami

Kiedy przypominamy sobie tę historię, włos lekko jeży się na karku. Niestety, nawet bardzo ostrożny i rozsądny człowiek, czasem robi głupoty, które aż telepią jego wnętrznościami. My dla przykładu, zaserwowaliśmy sobie podróż po dżungli w nocy, skuterem o silniku tak słabym, że musiałam pchać Matiego pod górę, modląc się, żeby mnie coś z tyłu nie zaatakowało. Historię o bandytach w drodze na wulkan Ijen słyszeliśmy od właściciela hostelu, który najpewniej chciał nam opchnąć wycieczkę JEEP’em za miliony monet. Mówił, że złodzieje skuterów wyskakują zza krzaków na najbardziej stromych odcinkach dżungli, spychają człowieka z pojazdu i tyle ich widziałeś. I wypożyczony skuter, oczywiście. Dobra, dobra – pomyśleliśmy – nie z nami takie zabawy, kolego. Spakowaliśmy się i ruszyliśmy w drogę. Jeśli znacie powiedzenie „mieć ze strachu pełne portki”, to mieliśmy pełne portki po uszy. Nigdy w życiu nie baliśmy się tak bardzo, mknąc ile fabryka dała przez ciemny las. A że dała niewiele, telepaliśmy się z zimna, strachu i nie komentując własnej głupoty modliliśmy się, żeby nie pękła nam opona na którejś dziurze, albo mijającym nas skuterem nie jechał jeden z bandytów. Na głupotę nie ma jednak rady, trzeba to przeżyć, żeby więcej nie popełnić podobnego błędu. Na szczęście dotarliśmy do trasy prowadzącej na wulkan w jednym kawałku i po kilku dniach historia zrobiła się zabawną anegdotą. Kiedy jednak opowiadaliśmy ją Indonezyjce z innego miasta, z kamienną twarzą powiedziała: „Tak, są tu tacy bandyci. Często atakują jadące nocą w pojedynkę skutery”. Aha.

Wielka indonezyjska gościnność

Indonezja była krajem bardzo wyczerpującym psychicznie, niezwykle jednak pięknym i różnorodnym. I to tam właśnie doświadczyliśmy największej ludzkiej gościnności i dobroci. Oczywiście Indonezyjczycy słyną z naciągania turystów na bajońskie sumy przy każdej okazji, ale kiedy otworzą przed tobą swój dom, jesteś jednym z członków rodziny. Historii Olien nie zapomnimy nigdy i każdemu do znudzenia opowiadamy, jak po 5 minutach rozmowy na postoju dla pick-up’ów zaprosiła nas na noc do domu. Przeżuwają spokojnie bułkę zapewniła, że jej rodzice są dobrymi ludźmi i nie będą mieli nic przeciwko, możemy zostawić u niej rzeczy idąc na trekking w góry i jak chcemy to pożyczy nam namiot. Ludzka niepewność i ostrożność to jednak coś strasznego i byliśmy przygotowani brać nogi za pas, jakby coś poszło nie tak. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, skromnie powiedziała, że nie są bogaci więc przeprasza za to jak wygląda ich dom. Dwie izby z kuchnią, wiadro z wodą do obmywania się, kibelek z dziurą w ziemi i najcieplejsze ludzkie serca. Tak uśmiechniętych i szczerych ludzi nie spotkaliśmy nigdzie. Olien jest nauczycielką i zarówno ona, jak i jej tato dość dobrze mówili po angielsku, dzięki czemu mogliśmy spokojnie się porozumieć. Podzielili się z nami obiadem, poradami jak dotrzeć na szczyt wulkanu, pomachali na pożegnanie, kiedy wychodziliśmy z domu na szlak i zrobili najlepszą na świecie kawę, kiedy wróciliśmy zmarznięci do szpiku kości. Olien na ościeżnicy drzwi wejściowych do domu miała napisane: „Tato, mamo, kiedyś sprawię, że będzie ze mnie dumni”. Już na pewno są!

Kremowanie zwłok w Nepalu

Po rytualnym uboju bydła, to było nasze drugie zetknięcie ze śmiercią w podróży. Tematem, który w Nepalu jest traktowany zupełnie inaczej niż w naszej estetycznej, zimnej, zachodniej kulturze. W świątyni Pashupatinath, nad brzegiem rzeki w Kathmandu, odbywa się kremowanie zwłok, w którym mogą uczestniczyć nie tylko bliscy zmarłego, ale wszyscy odwiedzający to miejsce. Mieliśmy więc niezwykłą okazję obserwować cały obrządek przygotowania starszej kobiety do jej ostatniej drogi. Ułożenia jej na drewnianym stosie, pożegnania przez synów i rodzinę, obmycia wodą i ucałowania stóp zanim prowadzący ceremonię podpalił stos. Siedzieliśmy przy ścianie przyglądając się temu, co u nas byłoby nie do pomyślenia. Ubrani jak na zwykłą okazję, rozmawiający przez komórkę, obserwujący buchający dym ludzie nie zdawali się przejmować całą sytuacją. Przecież skoro odeszła i została spalona, będzie mogła powtórnie zejść na ziemię podczas reinkarnacji. Daje to pewną nadzieję i zdejmuje smutek z bliskich. Czy tak naprawdę jest? Kobieta pali się 4 godziny. Mężczyzna 3. Po tym czasie ich prochy i kości zostaną wrzucone do rzeki i wszyscy rozejdą się do domów i swoich obowiązków. Taka nieobecna na co dzień, a jednak nieunikniona – śmierć. Czeka przecież każdego z nas. Warto czasem usiąść pod ścianą i spojrzeć na nią z nieco innej perspektywy.

Pierwsze dni w Australii

Zdecydowany top, jeśli chodzi o emocjonalny rollercoaster. Dotarliśmy do ziemi obiecanej i co teraz? Mając dużo szczęścia, przygarnęli nas na pierwsze dwa tygodnie znajomi, których widzieliśmy wprawdzie trzeci raz w życiu, jednak czuć było między nami „chemię”. Taką podróżniczą. Dali dach nad głową, pokazali jak należy się dobrze bawić i ubrali na pierwszą rozmowę kwalifikacyjną na obczyźnie. Nie wozi się z sobą bowiem butów na obcasie i eleganckich spodni przez pół roku, prawda? Najpierw była piękna pogoda i same sukcesy, potem przyszedł deszcz, zimno i brak mieszkania. Wątpliwości, radość, smutek. Wszystko mieszało się na raz i choć staraliśmy się uśmiechać, nie zawsze było łatwo. To był najkrótszy i najintensywniejszy test jaki przeszliśmy do tej pory. Zdani tylko na siebie, musieliśmy gasić zaognione sytuacje i iść dalej do przodu. Albo utoniemy, albo jakoś nauczymy się pływać. Była jeszcze szansa, że zjedzą nas rekiny, albo poparzą meduzy, ale na razie nie widać żadnych niebezpieczeństw na horyzoncie. Człowiek dużo się uczy o sobie, kiedy się boi, jest zestresowany, czy odnosi porażkę, a do tego czuje się odpowiedzialny za drugą osobę. No i przede wszystkim, że nie zawsze jest tak, jak byśmy sobie to wymarzyli. To była najlepsza lekcja jaką dostaliśmy w minionym roku.

A wy?

Zebraliście już swoje najlepsze wspomnienia w minionego rok? Nie muszą być to tylko słodkie i szczęśliwe momenty, ale też takie, które choć były szorstkie i trudne, nauczyły was czegoś nowego. O sobie, swoich możliwościach lub ludziach, którzy was otaczają. Życzymy wam, żeby tych pięknych chwil było w nowym roku jeszcze więcej, a te trudne z minionego sprawiły, że będziecie silniejsi i odważniejsi! W podróżach oczywiście 😉