Chiang Mai – co można odnaleźć na północy Tajlandii?

Jesteśmy w podróży już nieco ponad dwa tygodnie, choć mamy wrażenie jakby to był miesiąc. Przez ten czas zdążyliśmy nieco liznąć Tajlandii i wczuć się w lokalny klimat. Chiang Mai na naszej trasie było idealnym miejscem do złapania oddechu i zebrania myśli na dalszą podróż. 

Przyznamy, że droga do oddalonego o niemal 600 km od Bangkoku Chiang Mai była nieco hardcorowa. Rozłożona na dwa etapy nocnych podróży pociągiem (wraz z zwiedzanie Sukhothai), odbiła się na naszej formie. Dlatego, Chiang Mai miał być dla nas dłuższym przystankiem. Jako, że z góry nie mamy zarezerwowanych noclegów, każdy przyjazd w nowe miejsce wygląda tak samo: rozpoznanie dworca, delikatne śniadanie, zapytanie zaufanej (czyli dobrze wyglądającej z twarzy) osoby, ile zapłacimy za tuk-tuk’a do centrum i poszukiwanie hostelu. Budżetowe, tanie, lokalne to przymiotniki jakie towarzyszą wszystkim decyzjom finansowym na naszym wyjeździe. Dlatego nocleg w Tajlandii to maksymalnie 300 Bath’ów za pokój z wiatrakiem, co daje około 35 zł za noc. W Chiang Mai jest podobnie, na wąskich uliczkach biegnących w głąb starego miasta trafiamy na hostel, w którym pan z recepcji jest przemiły. Pokoje za 250 Bath’ów z klimatyzacją i wiatrakiem nie są może szczytem luksusu, ale maja prywatną łazienkę, dużo miejsca i moskitiery w oknach (a wiadomo ze komary to zło!).

Chiang Mai to niewielka (w porównaniu z Bangkokiem) miejscowość. Liczy zaledwie 150 tys. mieszkańców z czego 20% to Europejczycy i Amerykanie, którzy osiedlili się tu na dłużej. Została założona w XIII w. przez plemiona Tajów uciekających z południowych Chin. To, co najstarsze i najpiękniejsze w Chiang Mai leży w obrębie pozostałości murów miejskich na planie czworoboku. Oprócz tanich hosteli, barów z pysznym jedzeniem i lokalami z tajskim masażem, znaleźć tu można ponad 40 Wat’ów czyli świątyń buddyjskich (z 300-tu, które znajdują się w całym mieście!). Przechadzając się uliczkami odnosi się wrażenie, że są one niemal na każdym rogu. Z pewnością są mniejsze od tych w Bangkoku, ale nie skłamię mówiąc, że piękniejsze i uboższe w turystów. Bogato zdobione, ze wszystkimi elementami tajskiej architektury sakralnej, mienią się w upalnym słońcu błyszczącymi mozaikami i pozłacanymi płaskorzeźbami. No, jednym słowem cieszą oko. 

Które świątynie warto odwiedzić?

Jeśli nie nudzi was chodzenie po zabytkach sakralnych, z pewnością warto zajrzeć do każdej z nich. Zdecydowana większość zawiera się w obrębie starego miasta. Wat Duang Dee, imponująca Wat Chedi Luang Worawihan, czy Wat Phan Tao. Wiele z nich jest bezpłatnych, jednak trzeba pamiętać o zachowaniu odpowiedniego stroju i zasad: należy mieć zakryte kolana i ramiona oraz ściągnąć buty przed wejściem do świątyni. Na większą uwagę zasługuje na pewno Wat Phra That Doi Suthep, położona kilkanaście kilometrów od Chiang Mai, na zboczu góry Suthep uznawana jest za najpiękniejszą ze świątyń. Jest bardzo popularna wśród turystów, choć również lokalni mieszkańcy zjeżdżają do Doi Suthep oddać hołd Buddzie. Wstęp to koszt około 70 Bath’ów, a dojechać tam można z miasta dzieloną z innymi pasażerami taksówką songteaw lub skuterem (dla odważniejszych).

W jednej ze świątyń poznaliśmy Thep’a – ciekawskiego mnicha, który opowiadał nam o Chiang Mai, buddyzmie i uczył tajskiego. Jak się okazuje Thep zwiedził więcej krajów w Europie niż my, a jego przyjaciele z całego świata przyjeżdżają do niego na kilka miesięcy. Mówi, że kiedyś się jeszcze spotkamy. Ciekawe. 

Nowe Chiang Mai poza murami to miejsce bardzo popularne wśród cyfrowych nomadów, czyli osób pracujących zdalnie z dowolnego krańca ziemi, zmieniając często miejsce swojego pobytu. Nasze marzenie na kiedyś 🙂 Szczególnie rozwinięte pod tym względem są okolice Nimmanhaem. Jeszcze niedawno zastanawialiśmy się, dlaczego właściwie Chiang Mai stało się tak popularnym miejscem wśród młodych ludzi. Jednak spokojne tempo życia w tym miasteczku, nieco chłodniejszy niż na południu klimat, poczucie nieograniczającej wolności i mieszanka ludzi z całego świata przyciąga tu wszystkich jak magnes.

Banana Pancake Trial

Chiang Mai jest też jednym z ostatnich północnych miast Tajlandii leżącym na trasie słynnego Banana Pancake Trial – ostatnim jest Pai. Co to ten trial? To „niepisana” trasa po Azji południowo – wschodniej prowadząca setki tysięcy backpackers’ów śladami Beat Generation z lat 50-60’tych. Przechodzi ona przez Tajlandię, Wietnam, Kambodżę, Laos, Birmę, na południu zahacza o Malezję, Indonezję, Filipiny, a dalej na północy wbija się w Chiny. Odwołuje się nieco do hippisowskiego stylu życia. Tak przynajmniej wszyscy życzyliby sobie, żeby to wyglądało. Bo niestety oprócz piękna architektury, wi-fi niemal na każdym kroku, wspaniałej kuchni i tych klimatycznych zakamarków, które można odkryć na własną rękę, uderza też niekiedy ogrom miejsc przygotowanych typowo pod białego turystę. Wspominając miasta które do tej pory odwiedziliśmy, leżące na tej trasie (Hanoi, Hoi An, Hue – z Wietnamu czy choćby Khao San Road w Bangkoku) nasuwa się jedno zdanie na ten temat: kicz i tandeta skomercjalizowana do poziomu continental breakfast i barów w stylu angielskiego pubu. I tam kumulują się biali. Jak mówi Mati „Tajowie robią to, co daje im pieniądze”. A że biały człowiek z dolarem to krowa dojna, jak jasna cholera, trudno się dziwić. I z tej zatłoczonej ulicy pełnej barów ze spaghetti i małych agencji turystycznych odbijamy w wąska dróżkę, gdzie kobiety po ciężkim dniu pracy jedzą kolację przed salonem masażu tajskiego.

Everything OK Mister?

A propos masażu: nie mogliśmy odmówić sobie tej przyjemności! Po porannym bieganiu i nocy na łóżku z materacem twardym jak kamień, było to wspaniałe doświadczenie. Choć bardziej niż masaż przypominało rozciąganie z elementami tortur, warto zasmakować takiej przyjemności. Salonów oferujących Thai Massage jest całe mnóstwo i doprawdy ciężko jest ocenić, który będzie najlepszy, tym bardziej że większość osób korzysta z tych usług jednorazowo podczas wakacyjnego pobytu. Ceny mniej więcej oscylują w granicy 180 – 250 Bath’ów za godzinę tradycyjnego masażu. My zdecydowaliśmy się na ten, gdzie pracują byłe więźniarki i kosztuje 200 Bath’ów za godzinę. Salony znajdują się przy ulicy i po szybkim obmyciu stóp trafia się od razu do sali ze stołami. Kiedy znaleźliśmy się w środku, ktoś jakby odciął cały świat zewnętrzny. Delikatna muzyka buddyjska, intensywny zapach maści tygrysiej (tajski odpowiednik Vick VapoRub, który leczy każdy ból mięśni) i odpłynęliśmy. Do masażu trzeba przebrać się jeszcze w specjalne szerokie gatki, koszulkę i położyć wygodnie na łóżku. Przez następną godzinę byliśmy w innym świecie. Nawet dźwięki skuterów przejeżdżających za ścianą wydawały się być burczeniem jakiegoś niegroźnego stworzenia, a ploteczki masażystek, które szeptały między sobą po tajsku dodawały egzotycznego uroku tej chwili. A na koniec filiżanka herbaty jaśminowej. Jeśli macie w najbliższym czasie chwilę, podarujcie sobie odrobinę relaksu i wybierzcie się na masaż w swojej okolicy. Nawet jeśli nie będzie on miał nic wspólnego z Tajlandią, z pewnością przyniesie wam ukojenie. 

Był sobie słoń, wielki – jak słoń!

W Chiang Mai niezwykle popularną rozrywką jest trekking do pobliskiej dżungli. Niestety pora deszczowa nie jest najszczęśliwszym momentem na takie wycieczki. Komary, pijawki, straszna duchota oraz trudności w poruszaniu się po dżungli w razie monsunu eliminują trekking z naszego planu. Popularne są też całodzienne lub kilkudniowe wycieczki do rezerwatów ze słoniami. Tu jednak aspekt moralny i finansowy przewyższył (bo taka zabawa na jeden dzień zaczyna się od 250 zł/os.). Rezerwaty są miejscami, gdzie ludzie opiekują się „słoniami na emeryturze”, czyli tymi, które nie są już potrzebne człowiekowi w dżungli. Nie wiadomo niestety do końca, jak ośrodki te traktują słonie, w niektórych można na nich jeździć, karmić, w innych tylko myć. Jak nasz towarzysz słusznie zauważył – słoń to dzikie i groźne stworzenie. Żeby ktoś go przyzwyczaił do człowieka na grzbiecie, do karnego chodzenia wokół turystów – musiał użyć do tego siły. Skoro jesteśmy przeciwni cyrkom i wykorzystywaniu zwierząt, odpuściliśmy sobie rezerwat. Jednak tęskniliśmy za zielenią i przygodą. Także padło na skuter – nasz ulubiony sposób na zwiedzanie okolicy miast w nowych miejscach – oraz znaną w okolicy trasę Samoeng Loop , która okala pobliską górę na trasie około 100 kilometrów. W Chiang Mai koszt wynajęcia skutera automatu to około 200 Bath’ów (za mocniejszy silnik, 180 – za nieco słabszy, ale może sobie nie poradzić w górzystym terenie), około 25 Bath’ów za litr paliwa + 200 Bath’ów łapówki…

Przy wynajmie, przemiła Pani ostrzegała nas przed policją, koniecznością posiadania prawa jazdy i zapiętego kasku. Za wszystkie wykroczenia był mandat po koło 200 Bath’ów, a papierek od policji miał być przepustką przy kolejnych kontrolach. Kaski mieliśmy, były zapięte, jednak władzy nie spodobało się nasze międzynarodowe prawo jazdy. Nie wiemy kogo bardziej obwiniać – polski system wystawiania tego śmiesznego dokumentu (sic!), nasz brak asertywności czy uśmiechniętego policjanta, który zapewniał, że nie musi nas wystawiać papierowego mandatu. W ten oto sposób poczuliśmy, że chyba ktoś nas zrobił na szaro i gdybyśmy spotkali policjantów za 2 kilometry to znowu bylibyśmy ubożsi o 200 Bath’ów.

Jednak podróż przez dżunglę skuterem była warta tego dodatkowego wydatku! Wijące się serpentyny drogi, pełne soczystej zieleni widoki, dźwięki owadów grających na wysokich drzewach i … słonie! Udało się nam je spotkać bez drogich opłat, bez uczestniczenia w pokazach i bez wykorzystywania. Te, które widzieliśmy były wprawdzie kierowane przez turystów siedzących na plecach, jednak bez uprzęży, bicia i szarpania. Wypatrzyliśmy je wychodzące z dżungli i niczym nieskrępowane przechodzące przez ulicę. Niecodzienny widok! Mamy nadzieję, że są dobrze traktowane w swoim rezerwacie.

Chiang Mai pozostało już chłodnym wspomnieniem odległym o ponad tysiąc kilometrów. Odnaleźliśmy tam spokój i klimat, którego zdecydowanie brakuje głośnemu Bangkokowi. Przyszedł czas na egzotykę taką, jaką widać we wszystkich ofertach biur podróży czy gazetach podróżniczych – tropikalne wyspy. A my lądujemy na Koh Phangan.