Co zjeść w Korei Południowej?

1,5 roku temu poznaliśmy Yoohyun – sympatyczną Koreankę, absolwentkę szkoły artystycznej w Nowym Jorku. Piliśmy razem zimne, wietnamskie piwa pod rozgwieżdżonym niebem w Ha Long Bay. „Musicie kiedyś koniecznie przylecieć do Seulu” – powiedziała w pewnym momencie, na co energicznie przytaknął jej brat. Seul? Korea? Mój Boże, To przecież jest koniec świata, pomyślałam.

Nic nie zwiastowało, że obierzemy ten kierunek podróży. Korea Południowa była w naszej niedoedukowanej świadomości plamą na mapie, leżącą gdzieś między Chinami, a Japonią. Ciężko mi było jednoznacznie powiedzieć, która Korea to była ta „zła”, ale wiedziałam, że to kraj o burzliwej historii. Wstyd się przyznać, ale do wtedy myślałam również, że to wyspa, a Japonia jest półwyspem. Całe szczęście podróże kształcą i jeszcze nie wszystko stracone 😉 Jedynego synonimu, który mogliśmy użyć w stosunku do Korei to było kimchi – rodzaj marynowanej kapusty. I było to bardzo niesprawiedliwe, bowiem jest to niezwykły kraj pełen sympatycznych ludzi, wspaniałych tras trekkingowych, a kimchi jest tylko wierzchołkiem kulinarnej góry lodowej.

Nie jesteśmy mistrzami w kuchni i daleko naszym podniebieniom do ekspertów Michelin, ale niech poniższe wspomnienia gastronomiczno – fabularne posłużą wam za smakowity przewodnik po Korei.

Seul
Po wspinaczce na wzgórza okalające Seul, trzeba skoczyć na dobry obiad 😉

Bulgogi z wołowiny, Busan i pierwsza koreańska kolacja.

W Busanie, południowym mieście portowym Korei wylądowaliśmy późnym popołudniem. W plecakach mieliśmy jeszcze swoje ulubione paczki japońskiego sushi, które ze smutkiem zjedliśmy, dokładnie kontemplując każdy kęs. Ze wskazówkami, jak dojechać do naszego hosta z Couchsurfingu, ruszyliśmy w głąb nieznanego nam lądu. Busan liczy 4 miliony mieszkańców i jest drugim, największym miastem w Korei Południowej, rozsypanym między niewysokim, zielonymi wzgórzami. Po 40 minutach jazdy stromymi uliczkami raz w górę, raz w dół i kurczowym trzymaniu się siedzenia autobusu Mati rzucił: „Czy my w ogóle jesteśmy jeszcze w Busanie?”

Clark mieszkał na Yeongdogu – wyspie połączonej z lądem dwoma mostami. Z balkonu apartamentu roztaczał się piękny widok na wybrzeże, które w nocy mieliło się drobnymi światełkami.

– Kolacja na stole – zawołał Shorty, współlokator Clark’a.

– Od trzech dni gotujemy typowe koreańskie jedzenie, więc pomyśleliśmy, że pokażemy wam nie tylko co, ale jak Koreańczycy jedzą!

Na talerzach bulgogi, liście sałaty, dwa rodzaje kimchi, pasta z fermentowanej soi, surowy czosnek i niezastąpiona piklowana rzodkiew!

Na liść sałaty i popularnej w Korei pachnotki zwyczajnej nakłada się plaster białej piklowanej rzodkwi, odrobinę pasty ze fermentowanej soi, nieco bulgogi i surowy czosnek. Zwijamy to razem na dłoni w coś, kształtem przypominającego gołąbka i zjadamy w całości za jednym razem! Następną porcje można oczywiście dowolnie modyfikować – więcej sałaty lub zjeść bez rzodkwi. Palce lizać! Dosłownie!

Bulgogi to cienko smażona wołowina, marynowana w sosie sojowym z czosnkiem. Dostaniecie ją w wielu knajpach i restauracjach, a jej ceny zaczynają się od 8000 wonów, często też można spotkać to danie w wersji z wieprzowiną. Niech nie zmyli was zdjęcie przy zamawianiu – do głównego dania dostaniecie ryż i często kilka małych przystawek.

TIP: Jeśli chcecie zanurzyć się w świat street food’u koniecznie odwiedźcie w Busanie BIFF Square! Od południa do późnego wieczora ulice wypełnione są stoiskami z drobnymi przekąskami. Im później, tym garkuchni na ulicy więcej. Zapewniam, że nie oderwiecie oczu i nosa od tych pyszności, idealnych na mały głód. My skusiliśmy się na pajeon – koreańskiego naleśnika smażonego z dowolnym miksem dodatków – warzywami, mięsem czy owocami morza. Bardzo popularne są też małe, gotowane na parze lub smażone pierożki mandu, faszerowane mięsem czy kimchi. Możemy Polskę nazywać krajem pierogów, ale wierzcie mi – Azjaci doprowadzili je do perfekcji!

Pajeon z zieleniną na BIFF Square

Hotteok i Gyeongju Broad – słodkie co nieco

Koreańczycy nie są wielkimi fanami słodkości. Można łatwo spotkać budki z lodami, ale raczej daleko im do włoskich przysmaków i głównie są to lody herbaciane. Nie znaczy to jednak, że miłośnicy ciast i ciasteczek nie znajdą tu czegoś dla siebie.

Umówiliśmy się z Clarkiem po południu w sercu BIFF Square.

Smażenie hotteok i pojemnik z ziarnami do nadziewania.

– Zanim pójdziemy na obiad musicie spróbować czegoś jeszcze. Później nie będziecie mieli na to miejsca! – powiedział i zza jego pleców wyłonił się długi ogonek ludzi, cierpliwie czekających w kolejce. Było ich może 30. Wszyscy czekali na jedno! Hotteok! To rodzaj pączka, tu robionego z czarnym sezamem, gdzie do środka przed smażeniem wkłada się łyżkę cukru z cynamonem. Bułeczki wrzuca się na rozgrzane masło, przyciskając blaszanym stemplem, by były płaskie. Po kilku minutach, kiedy zrobią się chrupiące i brązowe, przerzuca się je do miski z…ziarnami! Pestki słonecznika, sezam, czasem rodzynki. Pani wprawnym ruchem rozcina kawałek bułeczki i wkłada do środka, pełnego karmelizowanego, cynamonowemu cukru po dużej łyżce nasion. Pączka zgiętego na pół serwuje się w papierowym kubeczku.

– Tylko ostrożnie, bo jest bardzo gorący – mówi Clark.

Hotteok – very hot Mister!

Czy mi się wydaje czy już macie zablokowane bilety do Busanu? 😉

Hotteok można spotkać w całym kraju, ale bezapelacyjnie ten z BIFF Square. Kosztują 1200 wonów za sztukę.

– Kiedy będziecie w Gyeongju koniecznie spróbujcie lokalnych chlebków. Kupcie je koło dworca i przy głównej drodze. Właściwie to wszędzie je dostaniecie.

Gyeongju bread – mała, fasolowa słodycz.

Dwa razy powtarzać nie trzeba i na drugi dzień na śniadanie zaserwowaliśmy sobie 10 małych, pękatych ciasteczek zwanym hwangnam-ppang. Najpierw na spróbowanie, żeby wiedzieć z czym mamy do czynienia. Po wielkich oczekiwaniach niestety poczułam lekki żal i mdłości, bo nadzienie bułeczek to popularna w tej części Azji pasta z czerwonej fasoli. Umówmy się – nie jest to składnik niezbędny w mojej diecie. Lekko słodki, mdły farsz bez wyrazu dawał nadzieję przed ugryzieniem, wyglądając jak masa makowa.

TIP: Niestety – kto nigdy nie próbował, powinien na początek wziąć mniejszą porcją – 10 sztuk za 7000 wonów to małe śniadanie dla dwóch osób. Zapite kawą z 7eleven jakoś poszło 🙂 Gyeongju bread znajdziecie na każdym rogu we wspomnianym miasteczku, jednak najwięcej piekarni mieści się przy dworcu autobusowym.

Kimchi – niejedno oblicze kapusty

Każda rodzina ma swoją tradycję i specjalny przepis na przygotowanie kimchi. Trudno opisać je jednym zdaniem, ponieważ wersji tej przystawki lub raczej dodatku do dania są setki. Uznawana za jedną z najzdrowszych potraw świata. Jest to głównie kapusta pekińska lub jej odmiany. Szatkowana lub cięta w większe kawałki i kiszona z dodatkiem słodkiej mąki ryżowej, czosnku i papryki leżakuje przez kilkanaście dni w ceramicznych słojach. Dzięki fermentacji uzyskuje dodatkowe właściwości odżywcze. W Korei istnieją nawet festiwale, gdzie rodziny gromadnie przyjeżdżają ze swoimi kapustami i przygotowują wspólnie kimchi. Czy nie przypina wam to nieco kiszonej kapusty? Otóż właśnie, wspomniana wcześniej Yoohyan była dawno temu w Polsce i nawet sama powiedziała nam, że mamy bardzo podobną potrawę, z tym że nasza kapusta jest o wiele kwaśniejsza.

Kimchi spotyka się w całej Korei. W smaku nieco pikantne i kwaśne idealnie komponuje się z ryżem lub mięsem. Najwcześniej serwowane jest jako przystawka, dodatek do głównego zamówienia. Ale może tez być duszone z mięsem lub ryżem!

Stół pełen przystawek i dwa dania główne.

Po 26 kilometrach jazdy rowerem z Gyeongju do starej, buddyjskiej świątyni Bulguksa i z powrotem jedyne o czym marzyliśmy, to skryć się w cieniu i coś zjeść. Cokolwiek. Plecaki wydawały się być trzy razy cięższe, ledwo powłóczyliśmy nogami. Wypatrzona wcześniejszego dnia knajpka – tania i pełna lokalsów była strzałem w dziesiątkę!

Ja zamówiłam zupę z pierożkami (tak, jestem wielką fanką azjatyckich pierożków), a Mati wieprzowinę z kimchi. I był to dobry wybór! Lekko pikantna zupa w stylu dobrego, polskiego kapuśniaku z rozpadającą się w ustach wieprzowiną. Dawno nie widziałam, żeby Mati jadł coś z taka zawziętością. Moje pierożki ku wielkiemu zaskoczeniu również okazały się być wypakowane kimchi 😉

TIP: Cena jednego dania oscyluje w okolicy 6000 wonów, pierożki zwykle bywają tańsze. Ale trzeba szukać miejsc poza utartymi szlakami, zbaczając z głównych dróg. Najlepsze i najpewniejsze są knajpki wypełnione mieszkańcami. Czasem trudno o menu po angielsku, ale wystarczą obrazki, pokazywanie na palcach i można zamówić bardzo dobrą kolację! Odkryta przez nas knajpka mieści się przy Geumseong-ro 259 beon-gil blisko Dworca Autobusowego.

Bibimbap, Jeounju i kulinarna stolica Korei

„Umówmy się, do Jeounju jedzie się tylko dla jedzenia” – pisze Lonely Planet. Trzy godziny jazdy autobusem od Busanu, w starej części zwykłego miasta zanurzamy się w gastronomiczny raj. Wioska Hanok, pełna tradycyjnych koreańskich domów znana jest  ze swej kulinarnej różnorodności, ryżowego alkoholu i bibimbapu. My na celowniku mieliśmy właśnie to ostatnie danie. Oczywiście chcieliśmy sprawdzić możliwe wszystkie przysmaki, ale nasze żołądki mają swoją pojemność 😉 Zanim jednak zdecydowaliśmy się na „danie główne” spróbowaliśmy szaszłyków z kurczaka grillowanego w pikantnej pomidorowej marynacie, z ciągnąca się mozarellą zwanymi szaszłykami Jumbo Cheese Chicken przy Taejo – ro za 4000 wonów, bagietko-burgera Gilgoria faszerowanego wieprzowiną, grillowana cebulką, majonezem, warzywami i kapustą (a jakże), przy Gyeonggijeon-gil za 4000 wonów, czy pierożków idealnych na śniadanie! Szeroki wybór dumpling’ów cieszących się niemałą popularnością dostaniecie w Dawoo – Rang na skrzyżowaniu z ulicą Gyeonggijeon-gil. Ceny od 1000 – 3000 wonów za sztukę. Wszystko super smaczne, do wzięcia od ręki!

 

Szaszłyk z mozarellą – to miejsce poznacie po dłuuugiej kolejce!
Pierogi na śniadanie? Czemu nie! Z wieprzowiną i kimchi.
Bagietko – burger Gilgoria z warzywnym nadzieniem i smażoną wieprzowiną!

Ale gwiazda wieczoru miał być bibimbap, tłumaczony dosłownie jako „mieszany ryż”! Długo szukaliśmy tego wyjątkowego miejsca, gdzie mieliśmy go spróbować. Analizując stosunek cen do jakości i odległości od centrum wybór padł na Hankookjib. Przyszliśmy w sobotę po południu i zastała nad kolejka ok. 20 osób czekających na stolik. Ruch jednak szedł sprawnie i po 10 minutach kelner zawołał „Nataliaaa”. Byliśmy jedynymi obcokrajowcami. Bez specjalnych ceregieli wybraliśmy dwa różne bibimbapy ze smażoną wołowiną i chwilę potem standardowo na stole pojawiły się przystawki. Z kartki leżącej na stole przeczytaliśmy jeszcze, że wybraliśmy restaurację, która w kulinarnym przewodniku Michelin po Korei uznana jest za najlepszą, serwującą bibimbap i jadał tu nawet prezydent! Wiadomo – dla nas wszystko co najlepsze 😉

Pełny zestaw: bibimbapy, przystawki i makgeolli – brązowy płyn w płaskiej miseczce.

Ale o co tyle krzyku? Ano w gorącej, kamiennej lub metalowej misce serwowany jest ryż ze smażonym lub surowym mięsem wołowym i różnymi marynowanymi dodatkami warzywnymi – ogórkiem, kiełkami bambusa, rzodkwią itp. Na to odrobina sosu pomidorowego, czasem również surowe żółtko! Wszystko energicznie mieszasz i możesz zabierać się za jedzenie. Zdrowe, niemal beztłuszczowe danie doczekało się nawet restauracji typu fast food bibim!go, choć zapewniam, ze zapłacenie nieco więcej, w regularnej restauracji będzie właściwszym posunięciem. Objedliśmy się jak bąki, popiliśmy makgeolli z przyprawami i szczęśliwi wyruszyliśmy do Seulu.

Tak prezentuje się bibimbap. Często zamiast ziarna soi na górze leży surowe kurze żółtko.

TIP: W Hankookjib przy Eojin-gil bibimbab ze smażonym mięsem kosztował nas 11000 wonów. Ceny mogą sięgnąć nawet 20000 w., a w zwykłych barach, które znajdziecie poza turystycznymi ciężkimi zapłacicie już 6000 za miskę.

Stół pełen przystawek

Zamawiając w koreańskiej restauracji obiad, niech nie zdziwi was moment, w którym na stole pojawiają się małe miseczki różnych przysmaków. Przyzwyczajona do standardów kuchni Azji Południowo – Wschodniej, kiedy zobaczyłam panią ustawiającą przede mną przystawki spojrzałam z przekąsem na Matiego – Kochanie, jak ty zamawiałeś ten obiad? Ale po pojawieniu się dań głównych z obowiązkowymi porcjami ryżu, bałam się kto to wszystko zje! W mniejszych barach jako przystawkę dostaje się kimchi i marynowaną, słodką rzepę. W większym zestawie to zawsze loteria. Ale powiem wam jedno – 90% z nich jest zawsze kiszona lub zalana marynatą octową. No kiszą to oni na potęgę. Orzeszki ziemne, makaron, fasolę, owoce morza. Z historycznego punktu widzenia to zrozumiałe – łatwiej zachować świeżość takich produktów. Mi przypominało to bardzo kuchnię chińską i nie bez oporu sprawdzałam jaką to smakową tajemnicę skrywa kolejna miseczka.

Dania główne (w czarnych talerzach) wypadają blado w stosunku do przystawek ze szwedzkiego bufetu. Do tego ryż i zupa z maku. Satysfakcja gwarantowana!

Makgeolli, moju i soju – coś na mocne głowy

Japonia bezsprzecznie wszystkim kojarzy się z sake. Natomiast Korea? Wiadomo, że jest to, jak każde azjatyckie państwo królestwo ryżu, ale nie spodziewaliśmy się, że tak różnorodne napitki można wyczarować z małych, białych ziarenek. Czekając na autobus do Gyeongju Mati skoczył do sklepu po wodę. Chwilę później, radosnym krokiem wrócił i oznajmił, że oto dziś spróbujemy alkoholu, który za pół litra kosztuje mniej niż Coca – Cola. Nie mogło być dobrze. Zawartość białej butelki makgeolli była mętna i w pierwszym momencie przypominała skiszony jogurt. Jak się szybko okazało, zapomnieliśmy wstrząsnąć zawartością, a to co zostało na dnie to nic innego alkoholowy kefir. Bardzo ciężko przyszło nam wypicie tego, nawet zahartowane żołądki się nieco buntowały 😉

Uratuję sprawę powiedział Mati, kiedy tego samego dnia wieczorem szwędaliśmy się po mieście. Musimy spróbować soju! Takie wino z ryżu, tylko nieco mocniejsze. Cena znowu niższa niż za Coca – Colę, ale zielona przezroczysta butelka napawała optymizmem. Widzieliśmy ludzi w barach pijących soju do obiadu, wiec czemu nie spróbować. Mati odkręcił butelkę i wziął spory łyk. Jego mina wskazywała na to, że to coś o wiele mocniejszego niż wino. W smaku przypominające wódkę rozrzedzoną z wodą. Idealnie komponuje się w zachodnim stylu z Colą, choć podobno pija się go tutaj z piwem Cass (w slangu zwanym „ass” – jak się domyślacie nie jest to górna półka trunków 🙂 ) Można do niego kupić również koreańskie „chipsy” z prasowanych alg morskich z odrobiną soli! Być może nie wyglądają i nie pachną zachęcająco, ale idealnie pasują do zimnego piwa. I z pewnością są zdrowsze, niż paluszki i orzeszki.

Piwo popularne wśród lokalnych Ździśków spod sklepu.

W Jeonju daliśmy również szansę moju – innemu rodzajowi napitku. Brązowa maź o bardzo słabym procencie, zwana także alkoholem rolników jest podobno świetnym lekarstwem na kaca po makgeolli. Kupiony za 3000 wonów w sklepie nie powalał smakiem (Matiemu smakował). Słodowy, mało wyrazisty smak bardzo przypominał w smaku melasę. Wierzymy, że działa. Nie musimy sprawdzać 🙂

Moju – wino ryżowe idealne na kaca.

Naszym faworytem był jednak makgeolli pity do bibimbapa w Hanookjib. Lekko podgrzany z dodatkiem cynamonu i przypraw stałby się najpewniej w Polsce hitem, w okresie bożonarodzeniowym. Pije się go z płaskiej miseczki, która wywołała na początku konsternację. Smak i zapach wywołał lawinę wspomnień i przez moment wróciłam myślami do zimowych dni! Aż łezka zakręciła się mi w oku.

TIP: Bardzo znanym z makgeolli miejscem jest Yetchon Makgeolli – to restauracja oddalona 4 km od centrum, która od 19 do 4 nad ranem, w dużych dzbankach serwuje ten alkohol, w akompaniamencie przystawek.

Stoisko z jijimi – koreańskim, grubym naleśnikiem przypominającym placki ziemniaczane. Niech nie zmyli was uśmiech tej Pani. W kolejce długiej na kilkanaście osób wszyscy się popychali, szturchali, a co sprytniejsze Koreanki próbowały wchodzić przed nas – jedynych białych turystów 😉

Jeśli kimchi było wierzchołkiem, to nasza kulinarna podróż pozwoliła odkryć tak 50% możliwości kuchni koreańskiej. Dań można wymieniać bez końca. Nie jest to proste być tutaj wegetarianinem, króluje mięso i owoce morza, choć to drugie udało mi się omijać. Czasem trudno też cokolwiek zamówić, bo dla obcokrajowców jedynym ratunkiem jest menu obrazkowe. Za obiad dla dwóch osób płaciliśmy średnio 10000 – 14000 wonów, czyli 35 – 45 zł (wyjątkiem był bibimbap, ale na tym nie chcieliśmy oszczędzać). Jeśli planujecie kiedyś wyjazd do Japonii, rozważcie kilkudniową wizytę do sąsiedniej Korei. To nieduży kraj, który warto odwiedzić choćby dla spróbowania tych pyszności! Ach, na myśl o Hotteok znowu robię się głodna!

Piknik w parku 🙂

Epilog

W Seulu spotkaliśmy się z Yoohyun jeszcze raz. Zaproponowała, że korzystając z ostatnich, słonecznych dni możemy zrobić typowy, koreański piknik – zamówić jedzenie do parku. Standardowy zestaw obejmuje: pizzę, pikantne skrzydełka kurczaka, sałatkę z kukurydzy i piwo. Wszystko z dowozem pod chmurkę! Idealne zakończenie koreańskiej przygody 🙂