Jak nie dać się zjeść w Chinach

Kilka lat temu, zanim poznałam Matiego, poleciałam na trzy tygodnie do Chin. Plan wycieczki  był prosty – jedziemy pociągiem od Pekinu do Xian’u i wracamy. To będzie jakieś 5000 km. Brzmiało obiecująco, na zdjęciach w przewodniku wyglądało rewelacyjnie, a po fakcie wyleczyło mnie z podróżowania na długi czas.

W nowym miejscu często decydujące są pierwsze 24 godziny. To jak z poznawaniem kogoś – pierwsze wrażenie zostaje na zawsze. Dlatego kiedy wylądowaliśmy ze znajomymi w Pekinie, cały OFF na komary wypsikał mi się w ubrania w plecaku, zapłaciliśmy 150 zł za 3 minuty jazdy rikszą – wiedziałam, że nie będzie to prosta miłość od pierwszego wejrzenia. Z każdą chwilą było coraz gorzej. Po wielu nieprzespanych godzinach jet – leg zaczął dawać się we znaki. Potworna duchota i smog potęgowały ból głowy. Brak kawy czy filiżanki zdatnej do picia herbaty przyprawiał o łzy. Pierwszy raz w swoim podróżniczym życiu zapragnęłam wrócić do domu. Ale zacisnęłam zęby i przetrwałam te długie trzy tygodnie w kraju kleistego ryżu, wędzonych kocich uszy i nieprzyjemnych ludzi. Mądrzejsza o tę wiedzę podrzucam wam kilka rad na wypadek gdybyście planowali wypad do Chin.

Przed wami pierwsza część poradnika „Jak nie dać się zjeść w Chinach ( i chcieć do nich wrócić) „

Miej oczy dookoła głowy

Niby takie trywialne powiedzenie, ale w Chinach warte jest więcej niż tysiąc słów. Kilka razy tato koleżanki wyciągnął mnie spod kół pędzącego ulicą pod prąd auta lub odciągnął w ostatniej chwili przed mijającą szaleńczo rikszą. Komunikacja kołowa i piesza w Chinach nie zna żadnych zasad. Wygra najszybszy, najsprytniejszy i najzwinniejszy. Niestety mogliśmy sprawdzić to również wsiadając do samochodu przemiłego taksówkarza, który zapakował do Matiza naszą czteroosobową gromadę, siebie, swój brzuch, a bagaże wrzucił na dach i przewiązał sznurkiem. To doświadczenie pozwala docenić regulaminową jazdę 50 km / h po polskich ulicach.

  • Dlatego patrzcie po pięć razy w lewo, w prawo, w lewo, do przodu i za siebie zanim przejdziecie przez ulicę.

Zatkaj nos, zamknij oczy, ściągnij spodnie

Z pewnością korzystanie z toalet publicznych w Chinach to wątpliwa przyjemność. Zapomnij o skrolowaniu facebook’a przy dłuższym posiedzeniu. Na facebook’a i tak nie zalogujesz się w Chinach. Możesz co najwyżej kucać patrząc wyzywająco w oczy kucającemu naprzeciwko. Krótka scenka z życia wzięta:

Pekin – toaleta przy dworcu głównym. W przedsionku kucają dwie „babcie klozetowe” w maseczkach i strojach odpornych na najcięższe promieniowanie. W rękach trzymają długie na pół metra drewniane szczypce. Wchodzę odważnie do środka – oczywiście z własnymi chusteczkami. Papieru się nie spodziewam. Zaraz za umywalkami, których nikt nie mył od roku, są dwa rzędy ceramicznych dziur w ziemi. Każda dziura oddzielona od kolejnej lichą ścianką. Jest tylko jedno ale. Nie ma drzwi. Po lewej Pani robi siku, po prawej inna chyba ma niestrawność. Idę ostrożnie dalej. Ostatnia wnęka wolna. Na przeciwko mnie Chinka załatwia się, żywo dyskutując z kimś przez telefon. Wolną ręką trzyma walizkę na kółkach. Było ciężko, ale przełamałam się. Jakkolwiek to brzmi.

  • Pomijając warunki higieniczne w toaletach, które są wylęgarnią wszystkiego co złe, trzeba przyznać, że Chińczycy nie wezmą was za kosmitę, kiedy sikacie patrząc im w toalecie prosto w oczy. Jeśli więc będziecie swobodni jak oni, łatwiej będzie wam się do tego przyzwyczaić. Pamiętajcie, wchodząc do publicznego ustępu – oddychajcie ustami, odważnie załatwcie co trzeba, po wszystkim umyjcie ręce po łokcie i pamiętajcie o własnym papierze. A osoby lubiące ciepły, podgrzewany sedes zapraszam do Japonii.

Kuciak w ciecie na otro

Jeśli uważacie się za koneserów chińskiej kuchni, bo jedliście już wszystko z menu baru Hong Kong w centrum i nie mieliście sraczki – zachęcam do przeczytania tego akapitu uważnie. Wkrótce będzie cały post o chińskiej kuchni, bo o jedzeniu mogę pisać i rozmawiać godzinami.

Najdziwniejsze?

Ryż z nerkami, które w menu wyglądały jak czerwona fasola.

Wędzone kocie i psie uszy.

Smażone żywcem koniki polne, pająki i inne – hit dla turystów.

Śmierdzące, duszące i obrzydliwie wyglądające tofu marynowane w sosie rybnym.

Kiszone orzeszki ziemne, kiszona fasola, kiszona marchewka, kiszonki for life – moja trauma – najprawdziwsza trauma.

Jajka gotowane w moczu pierworodnego syna. Nie dziękuję.

Lody z groszku, kukurydzy i fasoli.

Mam wymianiać dalej?

Chińskie menu poza większymi jadłodajniami w Pekinie, napisane jest głownie po mandaryńsku. Im dalej od turystów, tym również mniej jest zdjęć z daniami. Dobry obiad to jak los wygrany na loterii. Dlatego polecam wydrukować przed wyjazdem lub zaopatrzyć się w kilka podstawowych słówek z zapisem chińskim: ryż, łagodny, kurczak. To jest najpewniejsze co możecie zjeść. Taki zestaw poskutkuje pewnie zaserwowaniem kurczaka gongbao (odpowiednik polskiego kung – pao), w gęstym sosie, serwowanego z ogórkami i orzeszkami ziemnymi. Przy czym wyraz łagodny jest tym ważniejszy, im dalej na południe zmierzacie. Południowe Chiny, szczególnie Syczuan, słyną z ekstremalnie ostrej kuchni.

  •  Zamawiając w knajpie obiad na 2 osoby warto poprosić o dwie miseczki ryżu i jedno danie główne. Dlaczego? W Chinach odwrotnie niż w Polsce – mięso, sos, warzywa są dodatkiem do ryżu. Inaczej skończycie z dwiema, przepastnymi michami mięsa (kto wie jakiego)  i małą porcją ryżu. Polecam trzy razy zastanowić się przed złożeniem zamówienia, szczególnie kiedy jesteście głodni. Wtedy najlepszy zestaw to: ryż, łagodny, kurczak.

Ciąg dalszy nastąpi 🙂

PS. Zdjęcia należą do taty towarzyszki podróży 🙂