Dlaczego wyjechaliśmy do Australii?

Street art Melbourne

Pamiętam, kiedy chodziłam jeszcze do podstawówki miałam koleżankę, która przeprowadzała się z rodziną do Australii. Dla mnie mogłaby równie dobrze lecieć na Marsa, tak odległa w moim wyobrażeniu była ta kraina. Wtedy nie wiedziałam za wiele o kraju, które powoli staje się naszym domem na kolejne miesiące. Ale jak doszło do tego, że i my wylądowaliśmy na Antypodach?

Historia zaczyna się na długo zanim poznaliśmy się z Matim. Jeszcze kiedy był dzieckiem bardzo chciał tu przylecieć. To miejsce wydawało mu się dziką, magiczną krainą. Mitycznym końcem świata, za którego krawędzią kończy się ocean, ludzie wpadają w kosmiczną otchłań, a szkołę kończy się przez radio. Podobno pierwszym wyrazem jaki powiedział było „kangur”, ale trochę nie chce mi się w to wierzyć. 😉  Kiedy tylko zaczęło w nas kiełkować pragnienie podróży, powiedział niepewnie – chciałbym polecieć do Australii. Trafił na podatny grunt, bowiem wyrażenie „wyruszyć w podróż” działa na mnie jak narkotyk. Choćby miał być to Kalisz, jestem spakowana w 5 minut. Na dobrą sprawę zanim w ogóle zaczął mnie namawiać, już się zgodziłam. Wiedzieliśmy jednak, że taki wyjazd to nie lada wyzwanie dla naszego budżetu. Poza tym perspektywa urlopu, podczas którego trzeba lecieć ponad 20 godzin dla dwóch tygodni zwiedzania, i który w dodatku kosztowałby nas kilkanaście tysięcy złotych brzmiała mało zachęcająco. Z drugiej strony kiełkowało w nas poczucie, że musimy wyruszyć w nieznane. Nie chodziło o konieczność opuszczenia Polski, dobrze znanych nam zakątków, ale o potrzebę doznania czegoś nowego, chwycenia życia za rogi i sprawdzenia siebie. Dlatego, po wielu miesiącach rozmyślań, planowania, po długim czasie niepewności, zaryzykowaliśmy i zaaplikowaliśmy o wizę do Australii. Taką, na której moglibyśmy pracować i przeżyć przynajmniej rok w tym nie najtańszym miejscu. Jakież było nasze szczęście i zaskoczenie, kiedy obudził nas w nocy mail z australijskiego urzędu o treści: Jasne, jeśli macie ochotę, wpadajcie na dłużej! Tak oto, zamiast jechać na wakacje, postanowiliśmy się tu po prostu przeprowadzić. Przynajmniej na najbliższe półtorej roku.

Melbourne CBD Australia
Pierwsze spacery po mieście i rozpoznanie terenu. Mati nie wiedział jeszcze, że spogląda w stronę naszego przyszłego domu 🙂

Pierwsze chwile w Melbourne

Wszyscy opowiadają jak bardzo strzeżone są granice Australii, nie można wwozić żadnych produktów spożywczych, zwierząt czy nawet nasion. Kiedy podchodziliśmy do kontroli celnej cała drżałam w środku, bo byłam pewna, że coś będzie nie tak. To niemożliwe, że tu dotarliśmy. Na pewno zaraz powiedzą, że to błąd, że czegoś nie dopatrzyliśmy i jak Tom Hanks z „Terminala” musimy zamieszkać teraz na lotnisku między toaletami, a automatem z colą. Uśmiechnięta celniczka, z tatuażem na przedramieniu przejrzała paszport, zapytała czy to nasz pierwszy raz i nie wbijając nawet pieczątki życzyła udanego pobytu. Tylko tyle?! Ja marzyłam o wielkiej na całą stroną naklejce, będącej dla wszystkich dowodem naszych wojaży, a tu takie rozczarowanie.

Odebraliśmy strudzone podróżą plecaki, wsiedliśmy do autobusu i pomknęliśmy do rozświetlonego w nocy centrum Melbourne. Czy to miasto przyjmie nas miło? Czy znajdzie się w nim miejsce dla dwóch, polskich żuczków? Jak długo damy radę przeżyć tu bez pracy, gdzie będziemy mieszkali? Rzeczywistość szybko sprowadziła nas na ziemię i wylała na głowę kubeł zimnej wody. Po miesiącach jedzenia sycących azjatyckich dań za kilka złotych, noclegów za półdarmo i słodkiego lenistwa musieliśmy szybko stanąć na nogi i jak to mówi się na polskich podwórkach – ogarnąć kuwetę. O ile weekend po przyjeździe minął pod znakiem upałów, grillowania i niekończącej się imprezy z naszymi dobrymi, australijskimi przyjaciółmi, o tyle poniedziałek obudził w nas grozę i niepewność. Mało tego – nagle zrobiło się zimno i zaczął padać deszcz. Halo, gdzie my jesteśmy?

Czy ktoś by przypuszczał, że zamiast pięknej słonecznej Australii zastanie nas wiatr, deszcz i zimno?

Jakie jest Melbourne?

Mieszkamy tu dopiero od miesiąca, więc to dobry temat na późniejszą debatę. Na razie jednak możemy powiedzieć, że skradło ono nasze serca. Przez kilka lat z rządu ogłaszane było jako najlepsze miasto do życia na świecie. I trudno się dziwić – ogromna ilość parków, czyste powietrze, wspaniała pogoda. Powiedziałam wspaniała? Hm, w pierwszych dniach ciągle chodziliśmy w puchowych kurtkach, a aura zmienia się kilkukrotnie w ciągu jednego dnia. Lepiej nie wychodzić z domu bez parasola. Wszystkiemu winny jest ocean, ale któż mógłby oskarżyć ten błękitny bezkres o tak niskie zagrania. Nad wodą trudno spotkać tu rekina lub śmiercionośne meduzy natomiast molo zamieszkują najmniejsze pingwiny świata. Nietoperze wielkie jak koty latają wieczorem nad głowami, a pewne gatunki ptaków w swoim okresie godowym atakują ludzi i próbują wydziobać im oczy albo przynajmniej rozszczelnić czaszkę (serio!). Melbourne przyciąga też relatywnie niskimi kosztami życia w stosunku do zarobków oraz znanym na świecie zamiłowaniem do zachowania balansu między pracą a czasem wolnym. Bardzo popularny jest tu model, kiedy ludzie pracują tylko 3 z 5 dni, bo wolą spędzać chwile z rodziną. Niezliczona ilość kawiarni, barów, pubów tętniących życiem każdego dnia, piękna architektura, ogrom festiwali i najlepiej parzona w Australii kawa.

Melbourne CBD Australia
Melbourne twardo stoi sztuką uliczną.

Aussies są znani ze swojego niemiłosiernie trudnego w zrozumieniu akcentu i slangu! O tak! Dla przykładu załączam ten film instruktażowy, jak nauczyć się mówić po… australijsku.

Dlaczego wyjechaliśmy do Australii?

Nie ma w tym wielkiej filozofii, odpowiedź jest prosta. Wyjechaliśmy, bo mieliśmy taką możliwość. A w życiu należy korzystać z takich okazji. Jednym jest mieć marzenie, czym innym jest zmiana jego w plan i konsekwentne dążenie do realizacji. Okazało się, że mogliśmy wziąć razem udział w programie Politechniki Wrocławskiej i jako absolwentka architektury dostałam wizę pracowniczą dla dwóch osób na kilkanaście miesięcy. Dlaczego z tego nie skorzystać? Parę razy w życiu staliśmy przed decyzjami, które podejmowaliśmy w niepewności czy strachu, czasem rezygnując z okazji, których potem bardzo żałowaliśmy. Mieliśmy marzenia, których sami się baliśmy. Teraz okazało się, że możemy wyjechać, pracować przez półtorej roku, a może i zostać na zawsze. Czy to miejsce jest lepsze niż nasza ojczyzna? Nie i nigdy nie będzie, bo tam jest nasz dom i rodzina, nieważne jaka opcja polityczna będzie na tapecie, jakie warunki życia, jak brzydka lub ładna pogoda by nie była (tutaj zimą też jest kiepsko). Dostaliśmy zatem szansę, mieliśmy odwagę i magiczny składnik, bez którego niestety nie udałoby się nam tu dotrzeć – oszczędności. Gdybyśmy nie podjęli rękawicy, dręczyłoby nas to przez całe życie. Być może zostaniemy tu już na zawsze, może za półtorej roku lub wrócimy szybciej na tarczy i będziemy tylko miło wspominali ten czas – trud szukania mieszkania, pracy, poznawania nowych ludzi, próby odnalezienia się na nowej ziemi.

Plaża Australia Melbourne
Przyjemne popołudnie na miejskiej (jeszcze) pustej plaży.

A co z podróżą dookoła świata?

Kiedy wychodziliśmy ostatni raz z naszego mieszkania nie wiedzieliśmy, co czeka nas w nadchodzących miesiącach. Postanowiliśmy zrezygnować z dotychczasowego, wygodnego i poukładanego życia. Spakowaliśmy do kartonów książki, bibeloty i ubrania. Zawiesiliśmy na chwilę życie zawodowe i pojechaliśmy szukać szczęścia gdzieś indziej. Mówiąc, że ruszamy w podróż dookoła świata zostawialiśmy w rozmowie zawsze otwartą furtkę na powrót. Trzeba być przecież elastycznym. Jeśli się nie uda, zawsze możemy powiedzieć, że taki był plan! 😉

Trochę dziwnie chować się w cieniu choinki i bombek przed upalnym słońcem 🙂