Gili Air – historia o tym, jak zaznaczyliśmy wariant „nie mam zdania” w ankiecie o wyspach

Trekking na Rinjani dał nam w kość. Na początku tego nie czuliśmy, naładowani adrenaliną i wspaniałymi przeżyciami. Nie bolały nas nogi od stromych podejść, ani plecy od ciężkich plecaków. Wiedzieliśmy jednak, że potrzebujemy chwili wypoczynku, organizm domagał się snu, ciepłych posiłków i trochę wyższej niż w górach temperatury. Zdecydowaliśmy się na pobyt na Gili Islands. Początek nie wróżył jednak nic dobrego.

Olien wraz z rodziną dołożyli wszelkich starań, żebyśmy czuli się u nich wyjątkowo. Nie chcieliśmy nadużywać ich gościnności. W dodatku zdążyliśmy przyzwyczaić się do indonezyjskiego slow-life i oceniliśmy, że aby dostać się na Gili musimy wyruszyć wcześnie rano. Nie było sensu wracać w stronę Mataram, gdzie moglibyśmy złapać bemo w kierunku portu w Bangsal. Krótkie pożegnanie i już staliśmy przy drodze w przeciwnym kierunku do Anyar, gdyż nie dawaliśmy sobie szans na stopa bezpośrednio na zachodnie wybrzeże. Wioska budziła się do życia, a samochody mijały nas jeden po drugim bez najmniejszego zainteresowania. Z pomocą przyszedł tato Olien, sugerując że będzie nam łatwiej przy głównej bramie do parku narodowego, którą przechodziliśmy ostatniej nocy wracając z wulkanu. Turyści powoli dowożeni są pick-upami do kasy, więc jest spora szansa na tzw. pusty przebieg, gdy kierowcy będą zawracać.
Minęła prawie godzina, a my w międzyczasie otrzymaliśmy kilka propozycji podwózki. Na początku nawet nas to śmieszyło, ale okazało się że Indonezyjczycy bardzo serio traktują swoje oferty.
500.000 IDR do Anyar!

– Man, it’s only 20 km from here! You must be joking! 100.000, it’s all you can get.
– Ok, bye.

Naprawdę? 150 zł za 20 km? To jak bilet w Ryanair do Europy zachodniej i z powrotem. Bez jaj. Czas płynął, a my staliśmy przy drodze odprowadzając wzorkiem kolejne pick-upy. Puste. Nikt w tym kraju nie chce zarobić? Przecież i tak jadą w tamtym kierunku. A może jednak nie? Staraliśmy się to rozgryźć. Wtem, jak grom z jasnego nieba (ponownie!) pojawiła się Olien. Mimo, że wyjechała wcześnie rano do szkoły, gdzie pracuje jako nauczycielka, musiała wrócić na chwilę do domu.

– Jak wam idzie?
– Średniawka.

Nasza krótka wymiana zdań wzbudziła zainteresowanie lokalnej grupy szykującej się do trekkingu.

– Co tam, jak tam?
– Znajomi jadą do Anyar, a najlepiej do Bangsal.
– My też w tamtym kierunku. Może kierowca ich weźmie?

Stopa w Sembalun zaczynamy łapać u podnóża Pergasingan Hill.

Szybkie negocjacje i właściciel pick-upa przyjmuje poważną propozycję. 200.000 IDR za dwie osoby, do samego portu w Bangsal. Niestety chłopaki opuszczają nas kilka kilometrów dalej, wybierając łatwiejsza trasę na szczyt Rinjani. Zostajemy zaproszeni do środka kabiny, bo jedziemy już tylko we trójkę. Jesteśmy przeszczęśliwi. Trasa okazuje się być ciężka. Stan dróg na północy Lombok jest raczej zły, jedziemy pod górę, a następnie serpentynami wzdłuż wybrzeża. Wszystko rekompensują widoki. Wioski, które nie są skażone białą stopą. Prawdziwe, szczere, takie są najlepsze.

Zanim docieramy do portu mijają 2 godziny i wydaje się, że zaoszczędziliśmy dużo czasu. Prawdopodobnie też trochę pieniędzy. Ok, gdzie płyniemy? Gili Islands to archipelag złożony z 3 niedużych wysp, w bliskiej odległości od Lombok.

  • Gili Trawangan, party island pełna dobrej infrastruktury, podobno nie da się tam nudzić.
  • Gili Meno, wyspa dla zakochanych, najmniejsza z trzech i wyposażona w kilka kameralnych knajpek oraz apartamentów skrojonych pod nowożeńców.
  • Gili Air, kompromis między Gili T. i rajem dla par. Cicha, ale bez przesady, ciągle można się tam zabawić.

Znacie ten moment, gdy wypełniając ankietę zaznaczacie opcję „nie mam zdania”? Uznaliśmy, że jeśli coś opisane jest jako „wyspa pomiędzy zabawą, a spokojem”, nie będziemy się tam dobrze czuli. Wybierajmy między ekstremami! Nie szaleliśmy od tygodni. Płyńmy na Gili T.!

W Bangsal docieramy do miejsca, gdzie zabroniony jest ruch samochodowy. Do oficjalnej (!) kasy biletowej jest 200 m. Po dojściu do plaży skręcacie w lewo i spacerując nieutwardzoną drogą, po kilkudziesięciu krokach jesteście we właściwym miejscu. Kupcie bilet gdziekolwiek indziej, a dołożycie się do naprawdę dobrej indonezyjskiej imprezy tego wieczora, w której nie weźmiecie udziału. Wiele punktów na trasie do portu sprzedaje fałszywe bilety lub dodaje do ceny o kilka tysięcy rupii za dużo. Macie dwie opcje: dostać się na wybraną Gili tzw. speed boat albo public transport. Nas interesuje najtańszy wariant dla miejscowych w cenie 19.000 IDR za osobę. Mimo zapewnień okolicznych naciągaczy, że będziemy czekali 2 godziny na wyruszenie z portu, po 10 min. siedzimy w łodzi. W tym czasie nie rusza żaden speed boat, co na pewno robi niezłą eksplozję mózgu u niektórych turystów, płacących za swój cenny czas. Przeprawa trwa 20 min. Mijamy najpierw Gili Air, później Gili Meno i jesteśmy. Welcome to Gili T.!

Jedyna oficjalna kasa biletowa w Bangsal w tle. Nie kupujcie nigdzie indziej!
Public boat to zawsze najlepsza okazja, żeby poczuć się jak lokals 🙂
W Indonezji mówią, że elektroniczny GPS to przeżytek 🙂

Szkoda słów na to co zastaliśmy na miejscu. Rezerwat dla turystów. To jedyne co przychodzi mi do głowy. Chcesz napić się Corony? Może zasmakujesz burgera lub pizzy? Wolisz lokal z setami dj-a na żywo, czy raczej potańczysz dziś w nocy boso na plaży? Jest duża szansa, że będziemy niesprawiedliwi w osądzie. Być może poza sezonem jest to malownicze miejsce. Nie wiem. Miałem jednak ochotę uciec stąd tak szybko, jak to tylko możliwe. Gdyby nie plecaki prawdopodobnie płynęlibyśmy wpław. Szybka decyzja – wiejemy! Niestety następny public boat dopiero za 3h, a jej koszt to 40.000 IDR/os. (gdyby ktoś nadal wątpił w przedsiębiorczość Indonezyjczyków). Nie mamy wyjścia. Nie mamy też noclegu na Gili Air. Jesteśmy nieprzygotowani i zaznaczamy opcję „nie mam zdania”.

Uciekamy z Gili T. w popłochu. Byle szybciej, byle dalej. Wyspa trzyma nas ciągle w szponach. Czekamy na spóźnialską Francuzkę, która zapragnęła w ostatniej chwili kanapkę i Niemca, który nie widzi problemu w tym, że dał na siebie czekać kilkudziesięciu osobom na łodzi. Przecież są wakacje. Pewnie, że tak, ale jest prawie 17, a my chcemy gdzieś spać! Pierwsze, co słyszymy po zejściu na ląd to cisza. No, niezupełnie, ale w porównaniu z Gili T. czujemy się tutaj jak w próżni. Zaraz w porcie dopada nas człowiek, oferując nocleg: 200.000 IDR za pokój. Kurde, trochę drogo. Nie ma co łapać pierwszej okazji, obadajmy rynek. Plecak ciąży niemiłosiernie, nogi ciągle czują wspinaczkę, a słońce chyli się ku zachodowi. Wchodzimy w głąb wyspy szacując, że noclegi będą taniały wraz z odległością, jaką trzeba by przemierzyć do plaży. Szybko okazuje się, że dzisiejszej nocy najpierw zadamy sobie pytanie – „gdzie my w ogóle będziemy spać?”, a nie „za ile?”. Wszystko jest zajęte. No tak, szczyt sezonu. W akcie desperacji docieramy na drugą stronę wyspy, znajdujemy tam biuro informacji turystycznej i lekko powarkując na siebie decydujemy, że skorzystamy z oferty przemiłych ludzi, którzy proponują nam nocleg na bambusowej ławie przy drodze. Nie zrozumcie nas źle, nie chodzi o to, że jesteśmy wygodni. Ostatnie dwie noce spędziliśmy przy kraterze wulkanu, myjąc się chusteczką, a u Olien zastał nas zmrok i prysznic z wiadra przy temperaturze 10 stopni. Fajnie byłoby więc zmyć z siebie resztki pyłu i wyprostować nogi. Rzutem na taśmę Nati znajduje hostel, gdzie mają dla nas miejsce. Cena już dawno przestała grać kluczową rolę. Bierzemy, choćby na tą jedną noc.

Gili Air, gdzieś tam w głębi na pewno spotkacie żółwia.

Gili Buana Hostel, gdzie decydują się nas przygarnąć, jest miejscem ukrytym nieco na uboczu. Posiada basen, część restauracyjną, pokoje dwuosobowe w lepszym standardzie i świeżutki, pachnący nowością dorm dla kilkunastu osób. Instalujemy się na piętrowych łóżkach w klimatyzowanym pomieszczeniu. Na miejscu poznajemy Belga, Amerykanina i Francuzkę. Szybki small talk, gorący prysznic i zasypiamy jak dzieci, słuchając muezina wzywającego wiernych do modlitwy. Koszt 150.000 IDR za osobę, po promocji!

Wiecie, że Gili Islands to wspaniałe miejsca do nurkowania i snorklingu? Znajdziecie tutaj mnóstwo szkół, gdzie z łatwością zapiszecie się na kursy wszelkich kategorii. Zachęceni plotkami o żółwiach morskich, które można spotkać zaraz przy plaży wypożyczamy zestaw: maska, rurka i płetwy w cenie 50.000 IDR za dzień. Przed godziną 10 nie ma jeszcze zbyt wiele osób, słońce nie pali jak oszalałe i to właśnie wtedy najłatwiej wytropić gada. Najlepsze miejsce do spotkania tych niesamowitych zwierzaków jest zaraz przy porcie. Ponoć mieszkają tam aż 4 osobniki, które można wytropić między przycumowanymi łodziami. Szukajcie w okolicy szkoły dla nurków 7 Seas. Pierwsze zanurzenie, 10 minut rekonesansu i wracam z pięknym selfie z żółwiem. Niesamowita sprawa! Przejrzystość wody tego dnia była taka dobra, że z łatwością udało mi się go wypatrzeć zaraz przy powierzchni wody, gdy nabierał powietrza. Nasze spotkanie trwa krótko, ok. minuty po czym to niesamowite stworzenie nurkuje wgłąb rafy. Nati jest lekko zazdrosna, ale jednocześnie cieszy się, że to mnie pierwszemu udało się go znaleźć. W innym wypadku straciłaby męża na kilka godzin, a może dni. Twierdzi, że nie dałbym spokoju.

Do dzieła!
Szybko się zaprzyjaźniamy i żółw zgadza się na selfie.

Gili Air można obejść pieszo w godzinę. Dla leniwych dostępne są rowery lub cidomo – bryczki ciągnięte przez kucyki. Ruch samochodowy (obowiązuje także skutery) jest zabroniony na wszystkich trzech wyspach. Nie ma aut, nie ma też i dróg. Są ścieżki, nieutwardzone i polewane regularnie przez mieszkańców wodą. Nic tam nigdy nie urośnie, ale kuce kurzą im pod drzwiami nieco mniej. Bez problemu znajdziecie wiele relaksujących restauracji (od portu na północ), gdzie zjecie Indonesian food w półleżącej pozycji, pod zadaszeniem. Po drodze spotkacie dogodne, ale nieco zatłoczone plaże, gdzie bez rezultatu można szukać żółwi. Wyspa rozumie potrzeby zachodniego turysty, ale zachowany jest tam umiar. Okazuje się, ze natychmiast odnajdujemy w tej sytuacji wiele korzyści również dla siebie. Nieopodal naszego hostelu jest niewielki warung (kawiarenka, często serwująca lokalne posiłki), który odstaje od wzorców panujących na wyspie. Kilka dań, świeże soki, kawa i herbata. Wszystko przygotowywane w domu, obok kilka uroczych kóz i mniej ogarniętych kur. Ceny: 15.000 – 20.000 IDR za danie, 10.000 IDR za świeży sok. Ale jakie to jest dobre! Mamy już swoje ulubione miejsce. Korzystając z pobytu w Gili Buana Hostel, wędrujemy także na zachód słońca przy mniej popularnej plaży (nieco kamienista), za to z kameralnymi knajpkami i muzyką (nie, nie dj-em) na żywo. Po dwóch nocach w tamtym rejonie przenosimy się bliżej portu, do Gili Air Hostel, gdzie mają nieco mniej wypasione dormy (za to super klimatyczne!) w niższej cenie, 100.000 IDR za osobę ze śniadaniem.

Wszechobecne cidomo – jeden z niewielu środków transportu dostępnych na Gili Islands.
Cidomo wykorzystywane są także w logistyce wyspy – transportowane są produkty spożywcze, ale również materiały budowlane i odpady.
Gado-gado. Pyszna lokalna kuchnia za naprawdę małe pieniądze.
Zachód słońca niedaleko Gili Buana Hostel.

Wyspa pozwoliła nam złapać oddech. Pomimo wielu turystów wybierających relaks w tej części świata, można znaleźć też przestrzeń dla siebie. Życie toczy się wolno, warto to poczuć błądząc wewnętrznymi ścieżkami, gdzie czas nie jest mierzony kolejnymi posiłkami przygotowywanymi przez resorty i gdzie ciężko znaleźć drogę powrotną po zmroku. Nie odnajdziecie tutaj ukrytych plaż, opuszczonych zatoczek, ale jest coś magicznego w tej małej wyspie, która zdaje się być samowystarczalna. Słońce i pyszne jedzenie zregenerowały nas w przyspieszonym tempie. Spełniliśmy też swoje marzenie, aby popływać z żółwiami morskimi. W kolejnym dniu, to Nati wytropiła jednego i dzięki niej mieliśmy okazję na kilkudziesięciu minutowe nurkowanie z tym wdzięcznym zwierzakiem. Zachęceni pięknem rafy, zrobiliśmy też kolejne postanowienie. Morze przyciąga przynajmniej jedno z nas. Ciekawe, co czai się głębiej?