Hity i kity – czyli co warto sprawdzić, a czego unikać w Bangkoku

Jest 5 rano na głównej ulicy Bangkoku. Czekamy na autobus, który zawieźć ma nas na dworzec. Ciężko określić, czy miasto dopiero idzie spać, czy już się budzi. Wreszcie opuszczamy tę betonową dżunglę. Wszyscy oddychamy z ulgą i zostawimy za sobą tę dużą, duszną i głośną metropolię. Zwiedzanie stolicy Tajlandii w porze deszczowej to jak zwiedzanie Warszawy na przełomie lipca i sierpnia, tylko dziesięć razy gorzej. W tym całym chaosie każdy może jednak znaleźć coś dla siebie. Oto co nam się wyjątkowo spodobało, a co pominęlibyśmy na naszej wycieczce następnym razem.

Nasz mini przewodnik to jedynie subiektywne spostrzeżenia. Na tyle nam starczyło czasu, sił i ochoty 🙂

HIT: Lumpini Park i okolice

Dość nietypowe wśród przyjezdnych miejsce, oddalone od turystycznego centrum 3 przystanki metrem (przystanek Lumpini i Silom). Jest to chyba największy i najpiękniejszy park Bangkoku, do którego trafiliśmy na początku dzięki pobliskiemu noclegowi. Otwarty od 4.30 do 21.00 jest pełen ludzi, biegaczy, 1,5 metrowych jaszczurek, pięknych ptaków i drzew. Park zlokalizowany jest na skraju dzielnicy biznesowej, blisko wielkich centrów handlowych i wielopoziomowych pasaży pieszych. Przypomina nam to trochę futurystyczny świat z namiastką zieleni. Dookoła wyrastają wieżowce, miasto tętni życiem. Czuliśmy się tam świetnie – to idealne miejsce na chwilę oddechu od miejskiego zgiełku. W okolicy można znaleźć hostele w dobrej cenie, jednak jest stąd kawałek do wszystkich zabytków. Choć – jak sprawdziliśmy – można wydostać się stąd bezpłatnym miejskim autobusem nr 47 🙂 Ciekawe przeżycie.

Ciekawostka: codziennie o 8 i o 18 w miejscach publicznych, jak również w tym parku grany jest hymn Tajlandii, podczas którego wszyscy na chwilę zatrzymują się i stoją w miejscu. Podobno hymn grają też przed projekcją filmów w kinach.

KIT: Khao San Road – czyli ulica pełna tandety

Na pierwszy ogień bierzemy Khao San, zagłębie backpackers’ów. Patrząc na nią wstyd jest powiedzieć o sobie w ten sposób. Kicz, tandeta, pad thai dla turystów, Mister Mister Armani Suit szyty w 12 godzin, pijani Anglicy, smażone robaki, które ( o dziwo!) są tylko tam, wielkie plastikowe neony i wszystko czego nie chcesz widzieć w Tajlandii. Mając wybór warto unikać tego miejsca. Dopiero zagłębienie się w odległe uliczki pozwala trochę odciąć się od tego światka. Ceny może nie są znacznie wyższe niż w pozostałej części Bangkoku, jednak warto odbić stąd i poznać prawdziwe ulice tego miasta.

Ciekawostka: Znajduje się tu jednak dużo małych biur podróży, które oferują łączone bilety po Tajlandii. Bus + pociąg + prom w takim pakiecie niekiedy wychodzi taniej niż organizowanie podróży na własną rękę.

HIT: Poruszanie się po mieście tramwajem wodnym.

To ciekawy sposób na tanie zwiedzanie miasta. Można przepłynąć całą rzekę Menam – główną rzekę Bangkoku oraz niektóre kanały. Dzięki temu przypadkowemu odkryciu mogliśmy zobaczyć nadrzeczne życie mieszkańców. Niestety, jak każde wielkie miasto, również Bangkok ma swoje slumsy – część z nich leży bezpośrednio przy kanałach. Pranie, zaplecze domów, pralki, stare sprzęty, koty, psy, dzieci i resztki jedzenia. Wszystko w jednym miejscu. Pomiędzy większymi atrakcjami można poruszać się po głównej rzecze. Warto jednak dokładnie sprawdzić na przystankach jak kursują tramwaje – wiadomo, że te dla turystów są o wiele droższe, ale pewność siebie i dociekliwość pozwala uniknąć większych kosztów. Weźcie też poprawkę na to co znaczy „o wiele droższe” – to 5 zł, a dla miejscowych 1,7 zł.

Ciekawostka: Najtańsza jest linia pomarańczowa – 15 Bath, w niektórych przypadkach cena zależy też od odległości jaką przebywasz. Bilet kupuje się na pokładzie od Pani, która chodzi z metalowym a’la piórnikiem potrząsając nim na znak płacenia.

KIT: Pad Thai – to co turysta zna najlepiej

Wiadomo, jak większość, kuchnię tajską kojarzyliśmy przede wszystkim z Pad Thai’em. Jednak ku wielkiemu naszemu zaskoczeniu w pierwszych dniach, gdzie spaliśmy przy Lumpini Park, po tym daniu ani śladu. Za to, ryż z jajkiem sadzonym, kurczaki z imbirem, marynowane bambusy, omlety z mieloną wieprzowiną, naleśniki z jajecznicą na słodko-ostro. Absolutne niebo w gębie. Dopiero na Khao San Road spotkaliśmy pierwsze budki i gar kuchnie z Pad Thai. Czy dobre? Szczerze? Pad Thai w najdroższej wersji w krewetkami kosztuje około 9 zł, ta sama porcja we Wrocławiu – około 30 zł. Choć jest to dobre danie, to nie wiem czy jest lepsze niż to jedzone w Polsce. Jest po prostu mnóstwo innych pyszniejszych rzeczy. Jak na przykład to piekielnie ostre danie z poniższego zdjęcia. Ryżem, kurczak z tajską bazylią i idealnie usmażone sadzone jajo. Palce lizać!

Ciekawostka: Mówiąc „niebardzo ostre” w garkuchni lokalnej (nie mówię tu o turystycznych miejscach z menu po angielsku), dostaniesz tak ostre, że odczuwa się realny, fizyczny ból jedząc to. No chyba, że bierzesz rosołek. Rosołki z wieprzowiną, kiełkami bambusa i makaronem ryżowym są również przepyszne  – są ukojeniem dla żołądka.

KIT | HIT: Nana Plaza – dzielnica czerwonych latarni

Są trzy miejsca w Bangkoku gdzie można obejrzeć ping pong show, zamówić dziewczynkę na noc lub zabawić się z Tajką w duszny, czerwcowy wieczór. Jedno to Patpong blisko stacji Silom, drugi to Nana Plaza, trzeci to Soi Cowboy. My zdecydowaliśmy się rzutem na taśmę odwiedzić Nana Plaza, korzystając z tego, że byliśmy blisko. W sumie ciężko nam powiedzieć czy to kit czy hit. Byliśmy pod wieczór, jednak jeszcze nie było na tyle ciemno by neony przykuwały uwagę. Może przez to Jednak mijając bary wyłapywaliśmy spojrzenia „białasów” siedzących z Tajkami. Weszliśmy do jednego z nich. Piwo 10 zł za 0,5 litra – cena typowa dla Bangkoku – żadne zdzierstwo. Przy długiej ladzie siedzą obcokrajowcy, wołając co rusz czekające w wysokich szpilkach i krótkich spódniczkach dziewczyny. Nie wszystkie są piękne i zgrabne. To normalne kobiety, chętne by umilić facetom wieczór. Nie znamy ceny za godzinę, nie wdzieliśmy piłeczek pingpongowych wystrzelanych w powietrze. Z jednej strony dzielnica czerwonych latarni Bangkoku to fascynujące zjawisko, gdzie w kraju, w którym teoretycznie prostytucja jest zakazana, jest słodkim zakazanym owocem, powszechnym jest spotykanie par mieszanych na każdym kroku.  Z drugiej nieco smutne. Gruby „białas” rozwalony na fotelu do masażu stóp, któremu młoda Tajka robi pedicure, ale dobrze wiemy co będzie potem. Scena z ulicy: Europejczyk idzie pewnie ulicą, mija siedzące przez salonem masażu dziewczyny, po czym pozbawionym emocji głosem mówi do jednej „you” i wciąga ją do środka. Ciężko to wszystko ocenić i opisać jednym zdaniem.

Ciekawostka: Shemale, ladyboy! Tak, każdy pewnie jest ciekawy jak TO wygląda. Uspokajając wyobraźnię – w Tajlandii nie spotykasz na każdym kroku kobiety z wydatnym krokiem. Wręcz przeciwnie. Kwestie zmiany płci czy bycia transwestytą są w Tajlandii tolerowane i akceptowane na równi z homoseksualizmem. Mężczyźni zmieniający płeć mocniej podkreślają swoje nowe kobiece przymioty – usta, biust, piersi, będąc wręcz z tego dumnym. Nie ma w tym nic tutaj przerażającego, obrzydliwego czy szokującego.

HIT | KIT: Chinatown – targowisko różności

Chinatown to z pewnością coś co warto zobaczyć. Mówią o nim, że to Hongkong bez wieżowców. I faktycznie – wkroczenie w centrum tej dzielnicy przenosi nas do Chin. Moc zapachów, widoków, napisów wielkich neonów, ilośc straganów i stoisk z absolutnie wszystkim. Azja w Azji! Z pewnością warto to miejsce odwiedzić by spróbować wspaniałej kuchni. Co 100 metrów można spotkać kogoś serwującego pampuchy, szaszłyki, zupy czy grillowane banany. Czego unikać? Targowiska, które ciągnie się pomiędzy wewnętrznymi uliczkami. Wsadźcie tam głowę na 5 minut i idźcie dalej. Stoiska ze wszystkim o czym jesteś w stanie pomyśleć, przyprawiają o zawrót głowy. Warto przy okazji odwiedzić dzielnicę Indyjską przy końcu ulicy Yaowarat.

Ciekawostka: Ceny przykładowych przysmaków? Banan z grilla: 1,2 zł, zestaw 10 pierożków: 3 zł, szaszłyk z kurczaka lub wątróbek: 1,2 zł, worek świeżych owoców: 2,5 zł, zupa w barze ulicznym: 5 zł.

HIT|KIT: Wat, wat, wat? – zwiedzanie świątyń

Pałac Królewski, Wat Phra Kaew, Wat Pho, Wat Saket czyli Złota Góra: to wszystko co udało nam się zobaczyć w te kilka dni. Zwiedzanie zabytków i świątyń nie należy do naszej mocnej strony. Wolimy wchodzić do przypadkowo spotkanych, małych świątyń niż uczestniczyć w pielgrzymkach turystów. Jednak te trzy rzeczy możemy polecić, choć Pałac Królewski to najdroższa ze wszystkich zabawa (całe 55 zł! 😉 ) i najbardziej zniechęca ilością ludzi. Warto zapoznać się przy tej okazji z filozofią jaka jest najważniejsza dla Tajów – buddyzmem oraz fantastyczną architekturą jaką reprezentuje. O tym z pewnością napiszemy nieco później. Nie sugerujmy się jednak zdjęciami tych zabytków z internetu – to wszystko wygląda nieco skromniej, niepodkręcone photoshop’em.

Ciekawostka: Niedaleko Wat Pho i Pałacu Królewskiego znajduje się fantastyczny Saranrom Park. W stawie pływają metrowe sumy, po trawie chodzą metrowe jaszczurki, drzewa dają wspaniały cień w gorący dzień w Bangkoku.

Tyle nas było w Bangkoku. Jedziemy zatem dalej odkrywać piękną i gorącą Tajlandię.