Ja się nie pocę, ja błyszczę

„Nie możesz, jak inne dziewczyny, poleżeć na plaży, poopalać się?” Nie bardzo.

Można pomyśleć, że takie pytanie na chwilę przed startem w zawodach nie jest najlepszą motywacją. Nie dość, że nie śpisz całą noc, żołądek odmawia posłuszeństwa i masz wrażenie, że zapomniałaś jak się  w ogóle biega i jeździ na rowerze, to jeszcze ktoś próbuje podkopać Twoją pewność siebie. Nie ze mną te numery. Szczęśliwie, z charakteru jestem przekorna, więc dla mnie to woda na młyn.

Kathrine Switzer w 1967 roku stała się pierwszą biegaczką, która oficjalnie ukończyła maraton. Zapisując się oczywiście jako mężczyzna, bo nikt nie wierzył, że kobieta jest w stanie przebiec taki dystans! Brzmi jak średniowiecze? Działo się to niespełna 50 lat temu, równocześnie z wydaniem ósmej płyty studyjnej The Beatles, podbojami kosmosu, czy premierą musicalu Hair. Dziś Katherine zajmuje się propagowaniem sportu – szczególnie biegania – wśród kobiet oraz organizuje rok rocznie maraton dla płci pięknej na Majorce.

espnw_a_switzer1_mb_576_576

Katherin atakowana podczas jej pierwszego maratonu; źródło: espn.go.com

Kiedy zaczęłam biegać 4 lata temu, spotkanie dziewczyn na ścieżkach biegowych nadal nie było tak powszechne jak dziś. Jeśli na jakieś trafiałam, na pierwszy rzut oka widziałam, że są to doświadczone biegaczki, albo ktoś już je wprowadził w temat. Na pewno wiedziały, o co chodzi w poceniu się i przebieraniu nogami. Spora część z nas siedziała wtedy w domach, gdzie w pocie czoła trenowałyśmy z Chodakowską czy Mel B., wierząc, że razem z nimi zrobimy sobie brazylijskie pośladki, którymi będziemy łupać orzechy.

Może dziewczyny ukrywały swoje sportowe pasje przed światem? Może wstydziły się braku profesjonalizmu, dyskryminacji, wystających fałdek i spoconych czerwonych twarzy? Z reklam krzyczały przecież głównie wyrzeźbione brzuchy i długie chude nogi w modnych leginsach. I weź tu się teraz wytocz w dresach na wały i pokaż dumnie wszystkim, jak ten hodowany latami brzuszek podryguje w rytm czegoś, co bardziej przypomina szybki chód słonia niż bieg.

W pewnym momencie, szczęśliwie dla całego świata, zaczęły zmieniać się trendy w postrzeganiu kobiecego ciała. Okazało się, że chude i niedożywione nie jest piękne i że modelki na plakatach, czy w telewizji skąpane są w Photoshopie. Okazało się też, że lalka Barbie, jako człowiek nie przeżyłaby jednego dnia, a fałszywy wizerunek kobiet powoduje wzrost zachorowań na zaburzenia odżywania i spadek pewności siebie. Na świecie i w internecie po cichu rozpoczęła się rewolucja.

I nagle jak grzyby po deszczu, zaczęły do nas docierać kampanie reklamowe, że przecież pocenie się jest sexy! Bycie wysportowaną, pewną siebie dziewczyną – jest sexy! W Wielkiej Brytanii powstała akcja This Gril Can, która inspiruje kobiety do aktywnego trybu życia #thisgirlcan. Nike, z pomocą profesjonalnych trenerek zachęca do rozwijania lepszej wersji siebie #lepszaja. Zakładane są kluby i grupy sportowe, takie jak #kobietybiegaja czy #dziewczynskieporanki, a nawet #duperynaszosie, do których należą wyłącznie kobiety, motywujące się i wspierające we wspólnych treningach.

Nie, nie chodzi tu wyłącznie o dążenie do smukłej sylwetki. Tutaj stawką są:

  • budowanie pewności siebie
  • walka z własnymi słabościami i leniem
  • stawianie sobie celów i ich konsekwentne realizowanie
  • świetna zabawa, nowe znajomości i cała masa endorfin atakująca po każdym treningu

resize

źródło: storify.com

Od teraz może skoczyć ci ten, który leżąc cały weekend na kanapie krytykuje Twoje bieganie w niemodnych dresach, wolną jazdę na rowerze, czy tarzanie się w błocie na Runmageddonie.