Kebun Kaki Bukit – wolontariat na farmie

To jest tekst dla ludzi o mocnych nerwach, stalowych żołądkach i dobrych sercach, którzy są ciekawi, czy podróżując po świecie, można zostawić po sobie coś więcej niż tylko śmieci i brudną pościel w hostelu. Wsiadamy do taksówki i ruszamy w podróż z Kuala Lumpur do Bukittinggi. Postaramy obyć się bez wielu dygresji i zjazdów na pobocze, ale emocji i wrażeń jest zbyt wiele by ujarzmić nasze pióro.

Kiedy na plecach niesiesz 15 kilo rocznego ekwipunku i deszcz pada Ci na głowę, ostatnią rzeczą, którą chcesz usłyszeć to: „Dziś wszystkie autobusy zepsute. Może jutro”. Wtedy zza pleców wyłania się Hindus i za „rozsądną” cenę proponuje podwózkę do miasta oddalonego od Kuala Lumpur o około 50 km. Jego rozsądek wygrywa z naszym, bo kolejna noc w KL kosztowałaby nas znacznie więcej niż wypad za miasto taxi, a do tego mamy darmowe plotki o aktualnej sytuacji politycznej Malezji!

Domki dla wolontariuszy. Po prawej „dziura w ziemi”.

Cały czar opowieści o słoniach, Orang Asli (pierwotnych mieszkańcach Malezji), wielopokoleniowych rodzinach żyjących w zgodzie, bez względu na religię zniknął kilka godzin później, kiedy z czołówkami na czole dreptaliśmy od „dziury w ziemi”, czyli toalety do „plastikowej skrzynki”, która miała być naszym domem na następne dwa tygodnie. Walka z moskitierą, atakiem gryzących mrówek i wyobraźnią, że w nocy napadną nas dzikie małpy i jaszczury trochę zmąciły wakacyjną atmosferę. I padło wtedy pytanie „Co ja Ci zrobiłam, że mnie tu zabrałeś?”.

On złowił, ona usmażyła. Zgrany duet 😉

No własnie – dlaczego?

Jeszcze przed wyjazdem mieliśmy plan, by w trakcie podróży wziąć udział w wolontariacie. Przez dwa tygodnie pobyć na farmie, czy w rezerwacie przyrody, gdzie będziemy pomagać budować nowe rzeczy, karmić zwierzęta w zamian za wikt i opierunek, cenne doświadczenie i możliwość poznania nowych ludzi. Wszystko to było inspirowane blogami podróżniczymi, które również zachęcały do takiej działalności, książkami i wewnętrznym głosem ciekawości. Dzięki blogowi Dwa razy ziemia trafiliśmy na David’a i jego farmę – Kebun Kaki Bukit (co oznacza dokładnie „farma u stóp wzgórza”). W miejscowości Janda Baik, wraz z Susan i zmieniającymi się wolontariuszami, opiekuje się on rozległym terenem ze stawem, organicznie nawożonymi owocami i zwierzętami. Nas potrzebował do budowy domku dla królików, zaprojektowania ekologicznych domów z recyklingu i codziennej pomocy przy prowadzeniu farmy. Ustaliliśmy termin przyjazdu, kupiliśmy u Pakistańczyków moskitierę koloru spranych majtek (żeby komary się z nas śmiały) i niczego nieświadomi wsiedliśmy do taksówki Hindusa, który powiózł nas z dala od cywilizacji.

Centrum dowodzenia farmą: jadalnia, skład narzędzi, miejsce ucieczki przed deszczem.

Spanie

Pierwsza noc była szokiem dla organizmu rozpieszczonego budżetowymi hostelami i wielkomiejskim podróżowaniem. Nie wiedzieliśmy czego mamy się spodziewać, nie mieliśmy wielkich oczekiwań, więc nic nas nie rozczarowało, ale w pierwszej chwili ciężko było o zachwyt. Nie byliśmy do końca gotowi na spanie przy rwącej górskiej rzece niebezpiecznie podnoszącej swój poziom podczas codziennych ulew, z gęstym lasem za płotem i zaglądającymi pod moskitierę pająkami wielkości piłki golfowej (fu!). Naszym domem była zadaszona miejscówa dla rybaków, skromnie obita plastikowymi płytami, przykryta blachą. Nocne burze przyprawiały o zawał serca, kiedy deszcz walił z całej siły o dach. Gdy jednak po szarpanym śnie wstaliśmy rano – widok zapierał dech w piersiach. Mgła unosząca się nas lasem i wzgórzami, palmy otaczające staw, szum strumyka, który wczoraj w nocy wydawał się rzeką pełną tłustych pijawek i piranii. Za dnia to miejsce wyglądało jak wyszarpane z cywilizacji i rzucone na dziką zieloną planetę. Myjesz zęby i zamiast odbicia zmęczonej twarzy widzisz soczyste liście, słyszysz ptaki. Piękne, prawda? Na granicy zmierzchu i nocy, kiedy insekty wzmagały swój atak, mieliśmy wrażenie, że plaga egipska spadła na to miejsce i każda najmniejsza latająca istota gryzie zostawiając bolesne bąble. Zanim zapadły nieprzeniknione ciemności biegliśmy pod prysznic do „dziury w ziemi”, gdzie w wodzie czerpanej z rzeki zmywaliśmy pot, brud i krew roztrzaskanych komarów. A gdy nadchodziła noc, każdy cień znowu wydawał się być czyhającym na nas tygrysem (jednego spotkano 10 km od farmy), drapieżną jaszczurką, jadowitym wężem i wielkim pająkiem. Ze snu wyrywał nas przyprawiający o gęsią skórkę ryk wściekłego osła, który wędrował nieprzerwanie od farmy do farmy. Tak oto każdego kolejnego dnia dziękowaliśmy w duchu niebiosom, że nic nas nie pożarło i maszerowaliśmy dzielnie na śniadanie.

David i pseudojednorożec udający osła, który nie dawał nam spać po nocach.

Ludzie

Na farmie oprócz nas (Davida i jego dziewczyny Susan, której prawie nie było) mieszkało troje innych wolontariuszy (James z USA, Edith z Francji i Leo z Włoch), z których dwoje miało wyjechać dzień po naszym przyjeździe. Pamiętacie ten punkt „poznamy wielu nowych ludzi”? Wiec nie poznaliśmy ich aż tak wielu. Szczęśliwie można powiedzieć, że jakość przeważyła nad ilością, bo David wyjechał i zostawił nas z James’em, który pomógł nam zbudować klatkę dla królików. Okazał się być gadatliwym równolatkiem Nati i byłym żołnierzem walczącym w Afganistanie. Choć przyznał się nam, że prawie umarł ze strachu kiedy w nocy zobaczył w domku cień dużego zwierzęcia. Cień okazał się być kotem Indonezyjczyka mieszkającego na skraju farmy, a James…cóż, został tylko na tydzień. Brak ludzi okazał się być dla nas większym wyzwaniem, niż niewygoda. Nastawieni na inspirującą współpracę z wieloma osobami, rozczarowaliśmy się, kiedy David powiedział, że przyjmuje maksymalnie 5 osób za jednym razem. Jednak zarządzanie większym zespołem wymagałoby od niego dużego zaangażowania i czasu.
W ten sposób podczas największego wyzwania – budowania klatki dla królików – razem z James’em gotowaliśmy śniadania, obiady, kolacje, przeganialiśmy bawoły jedzące zioła z ogródka i popijaliśmy sfermentowaną marakuję, jako wieczorne drinki. Kiedy wyjechał, świadomość, że mielibyśmy tu być jeszcze tydzień sami trochę nas przytłoczyła.
Zupełnie inaczej wyglądał weekend. David chcąc ożywić miejsce i rozpocząć nieco bardziej skomercjalizowaną działalność zapraszał wtedy swoich znajomych i ich znajomych, tworząc z farmy ciekawe miejsce spotkań. I chyba nigdzie indziej nie mielibyśmy okazji do spróbowania tylu przysmaków, pieczenia pizzy w glinianym piecu, rozmów o religii, polityce i gospodarce. Jednego weekendu gościliśmy Muzułmanów, innego Malezyjczyków chińskiego pochodzenia, odwiedził nas także przyjaciel farmy – łowca tropikalnych zwierząt.

Poranna uczta ze świeżymi owocami, garnkiem z kawą i odkrytym w lodówce sosem czekoladowym. Pyyycha.

Jedzenie

Skoro jesteśmy przy temacie łowcy tropikalnych zwierząt – drugiego dnia przyszedł w odwiedziny z miską brunatnego gulaszu, podstawił na stole od niechcenia powiedział „crocodile curry”, wcisnął Nati jakiś kwaśny owoc do jedzenia i sobie poszedł. Pośmieliśmy się, ugotowaliśmy ryż i wciągnęliśmy na raz niemal całą miskę tego przepysznego dania. Zagryzając świeżymi owocami zapytaliśmy, no ale z czego właściwie jest to curry. David śmiertelnie poważnie odpowiedział: „No z krokodyla. Kupił w Tajlandii”.
Choć większość posiłków gotowaliśmy sami, czasem zdarzały się takie perełki, które rozpieszczały podniebienie. Mogliśmy raczyć się dojrzałą papają, chlebowcem (nazywa się jackfruit i wygląda jak przerośnięty durian ale jest bardzo słodki), mlekiem kokosowym, świeżymi jajkami, tofu, czy marakują i awokado zerwanymi prosto z drzewa. Mając tych kilka podstawowych produktów w lodówce i nieograniczony dostęp do kuchni czarowaliśmy wiele smakowitych potraw. David postarał się nawet dla nas o malezyjski przysmak śniadaniowy nasi lemak, czyli ryż gotowany w mleku kokosowym, z suszonymi sardynkami, sosem pomidorowym, orzeszkami ziemnymi i jajkiem, zawinięty w liść bananowca. Do śniadania serwowaliśmy kawę gotowaną w wodzie z jeziora, a na koniec dnia wypijaliśmy po kubku sfermentowanej marakui, „dla zdrowotności”. Jedyne na co trzeba było uważać, to wszędobylskie koty, które potrafiły ukraść jedzenie prosto ze stołu, małpy sprytnie odnajdujące pochowane banany i chleb tostowy oraz kury, które czasem wskakiwały prosto do garnków, jakby chciały być przerobione na rosół.

Kuchnia na wolnym powietrzu 🙂
Sfermentowana marakuja. Jeszcze większa pyyyycha!

Praca

Dochodzimy do kluczowego momentu (werble). Farmę trzeba traktować jak swój dom. Długo cię nie było, przychodzisz i widzisz, że coś trzeba naprawić, gdzieś wyplewić chwasty, coś dobudować. David nie zawsze narzucał nam plan pracy. Pracowało się teoretycznie przez 5 godzin dziennie, choć w praktyce mogło to trwać cały dzień. Kiedy potrzebował nas do konkretnych zdań po prostu pokazywał co należy robić – przyciąć trawę, porąbać drewno, wyciągnąć ślimaki ze zbiornika z rybami (to super przyjemne zadanie przypadło Nati… pozostawimy bez komentarza 🙂 ) Można też było wyjść z własną inicjatywą. Tak podłapaliśmy temat robienia klatki dla królików, zaprojektowania ekologicznego domku, który można odtwarzać w wielu miejscach i stworzenia filmu promującego farmę. Klatkę z wybiegiem robiliśmy przez trzy dni po 10 godzin w 3 osoby. Jeśli ktoś zostaje na farmie dłużej może podjąć się większych, bardziej czasochłonnych inicjatyw. Z reguły jednak były to drobne, przyjemne zdania. Niemniej stanowiły dziwną odmianę od wakacyjnego trybu podróżowania. I choćby wstawanie na śniadanie o 8 rano okazało się dla nas małym wyzwaniem  – rozleniwionych nieregularnym trybem życia. Jednak te wszystkie, nawet najdrobniejsze prace, okraszone często ekologicznym komentarzem David’a, sprawiły, że spojrzeliśmy na farmę z zupełnie nowej strony. Używanie resztek jedzenia jako nawozu (np. kawy, którą David zbiera z miejskich kawiarni), wykorzystywanie dóbr natury do stworzenia niemal samowystarczalnej farmy, budowania z nieprzetworzonych półproduktów mebli, domków letniskowych itp. Sama koegzystencja z roślinami, których owoce i korzenie znamy tylko z supermarketów, czy karmienie kur i królików sprawia, że na jedzenie i otaczające nas środowisko patrzymy z większym szacunkiem. Kto był na wsi, ten wie o co chodzi.

 

Nasze dzieło 🙂

Czy warto?

Po pierwszych nocach biliśmy się z myślami czy nie przeskoczyć przez płot i nie dać dyla do KL (głównie Nati), a nasze emocje wahały się między wielką euforią i radością, a głęboką depresja i zniechęceniem. W sumie z planowanych dwóch tygodni zostaliśmy tylko 10 dni. Ciężko nam ocenić dlaczego tak skrajne odczucia mieliśmy będąc na miejscu. Być może to fakt, że pierwszy raz byliśmy wolontariuszami nieco przerósł nas samych. Z perspektywy czasu na pewno będziemy wspominać to ze śmiechem i delikatną melancholią. Cieszymy się, że zostawimy po sobie dom dla szczęśliwych królików, kilka kaczek nakarmionych zebranymi ślimakami i film, który będziemy oglądać zamknięci w betonowych miastach, stęsknieni za zielenią. Tych 10 dni przeczołgało nas i wypluło do miasta, jakbyśmy powrócili z podróży w czasie do innej galaktyki. Pozostanie też nauka i wiele pomysłów, które zaszczepił w nas David, a które być może uda się przenieść kiedyś na polski grunt. Brzmi jak zakończenie rozprawki, ale gdyby nadarzyła się ponowna okazja, pewnie spróbujemy wolontariatu w jakimś nowym miejscu. Tylko najpierw się wyśpimy, umyjemy w ciepłej wodzie i wyczyścimy pazury.

To słodkie stworzenie rekompensowało wszystkie niewygody 🙂

Czasem siedząc na farmie zastanawialiśmy się, czy to wszystko nie jest utopijną wizją eko-świata, znanego głównie z Internetu, wolnego od pestycydów, chemii i konsumpcjonizmu, który nie ma szans przetrwać w takim miejscu jak Malezja. Ostatni dzień spędziliśmy w rodzinnym domu David’a, który pomógł nam naprawić laptopa, zaprosił na obiad i poznał ze swoją żwawą 88-letnią mamą. Kiedy odwoził nas na metro, powiedział, że mama świetne zdrowie zawdzięcza naparom z ziół, które pije. Że jego celem w założeniu farmy, było hodowanie zdrowych roślin i produktów, które będą mogli bez obaw jeść jego bliscy, których kocha. Piękna idea prawda?

Jak zostać wolontariuszem?

Jeśli przetrwaliście te wszystkie historie z pająkami, komarami, ciemnością i innymi niewygodami to z pewnością rozumiecie, że warto wyjechać na taki wolontariat przynajmniej raz w swoim życiu, bez względu na to ile macie lat. Może to być świetne urozmaicenie dla kilku tygodniowej podróży, lub rodzaj wakacji sam w sobie.

My Davida poznaliśmy dzięki Dwa razy ziemia, możecie sprawdzić jego farmę – Kebun Kaki Bukit również na facebook’u i skontaktować się bezpośrednio z nim. Podobne wolontariaty, jak nasz znajdziecie na stronach typu WorkAway, Worldpackers czy Volunteer Forever.

O czym należy pamiętać jadąc na wolontariat?

  • Zastanów się, co tak naprawdę lubisz robić. Masz dobry kontakt z dziećmi? Interesują cię egzotyczne zwierzęta? A może chcesz zmierzyć się z życiem na farmie? Czy wolałbyś uczyć języka angielskiego? Wolontariat powinieneś dobrać pod swoje predyspozycje i umiejętności, żeby nie męczyć się na miejscu.
  • Sprawdź jaki jest minimalny czas pobytu. Zwykle są to dwa tygodnie. Pomyśl, czy w razie niewygody dasz radę podjąć się takiego zadania.
  • Wolontariat to nie zawsze praca za spanie i jedzenie. Często trzeba za niego płacić! W naszym przypadku było to 15 RM (około 13 zł / dzień / os.), jako zrzutka na jedzenie. Czasem koszty są znacznie większe – np. ratowanie żółwi na Bali potrafi kosztować 300 $ / tydzień. Zwykle informacja o płatności znajduje się już w ogłoszeniu, ale warto się dodatkowo upewnić.
  • Jako, że nie szukaliśmy wolontariatu przez portal, nie mieliśmy do czynienia z opłatą rejestracyjną, jednak niekiedy jest ona wymagana. Np. w przypadku WorkAway jest to abonament 39 Euro / 2 lata za dwie osoby. Dwa razy ziemia opisali sposób na ominięcie tego kroku. Poczytajcie 🙂
  • Ekwipunek! Tak. Wiadomo, że możecie wybrać różne kierunki, ale obowiązkowo zabierzcie z sobą śpiwór (może być nawet cienki), moskitierę, środek na komary i czołówkę. Wątpię czy będzie miejsce, ale możecie dorzucić też karimatę. Przydatne też będą np. worki na śmieci lub worki próżniowe na, gdzie wrzucicie ubrania i dokumenty. W krajach tropikalnych spanie na wolnym powietrzu to ryzyko deszczu i dużej wilgotności, a nie ma to jak suche majtki.
  • Pamiętajcie też, że wolontariat to rzecz, dzięki której powinniśmy dawać od siebie, niż oczekiwać czegokolwiek w zamian i traktować to jako „odhaczenie” kolejnego zadania.

Życzymy udanych projektów, rozwijających prac i poznania wielu inspirujących ludzi 🙂