Koniec podróży po Azji

Stanęliśmy oto u kresu naszej azjatyckiej przygody. Podróż, która 5 miesięcy temu wydawała się wielką niewiadomą, minęła w tak zastraszającym tempie, że ciągle żywo pamiętamy dzień pożegnania na dworcu z rodziną. Wsiadając do pociągu łzy, jak grochy spływały nam po policzkach i zastanawialiśmy się – co to będzie? Lekko zdenerwowani, wciąż nie dowierzając, że zdecydowaliśmy się wyjechać, rozpostarliśmy ramiona i dodając sobie odwagi krzyczeliśmy „Ahoj przygodo! Zaskocz nas!” A tu ciach – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przesunęliśmy się w czasie. I ledwo witaliśmy się z dusznym, zatłoczonym Bangkokiem, teraz go opuszczamy.

Chcielibyśmy podsumować ten czas, żeby móc odnieść się do najciekawszych lub najbardziej zaskakujących przygód, jakie nam się przytrafiły. W ciągu 5-ciu miesięcy odwiedziliśmy 8 państw: Tajlandię, Malezję, Singapur, Indonezję, Japonię, Koreę, Kambodżę i Nepal. Ale niezwykle ciężko jest zhierarchizować te kraje, powiedzieć co było najlepsze, a co najtrudniejsze, który z nich najbardziej przyjazny, a w którym spędzilibyśmy mniej czasu. Często pytam Matiego „No to gdzie podobało Ci się najbardziej?”. I tak rozpoczynamy wielogodzinne dysputy, przeszukując wspomnienia i wygrzebując wszystkie za i przeciw odwiedzonych miejsc. Takie rozliczenia są jednak bardzo niesprawiedliwe, ponieważ nigdzie nie spotkały nas nieprzyjemne niespodzianki, a z każdego miejsca staraliśmy się wyciągnąć jak najwięcej pozytywnych wspomnień. Dlatego nie będzie to zestawienie TOP 10. Na statystyki, liczby, suche fakty i podsumowanie budżetu przyjdzie jeszcze pora, ale teraz chcielibyśmy przytoczyć kilka historii i miejsc z tych ostatnich miesięcy. Niektóre być może znacie, inne pierwszy raz widzą światło dzienne, ale wszystkie zostawiły w nas trwały ślad (nie zawsze ten słodkopierdzący 😉 ) i coś bezpowrotnie zmieniły. Jest kilka nowych zdjęć, video wspomnienia, dlatego naszykujcie smakołyków i zaparzcie dużo herbaty! Zapraszamy w krótką podróż po Azji!

Zachód słońca w Ao Nang, Tajlandia
Jeden z pierwszych zachodów słońca w Azji, jaki mogliśmy oglądać.

Wolontariat w Malezji

Turystyka oparta na wolontariacie i pomaganiu coraz szybciej rozkwita, szczególnie w krajach, które dość mocno potrzebują bezinteresownego wkładu sił w pracę na rzecz innych. To alternatywny i bardzo wzbogacający sposób poznawania świata i ludzi. My również skusiliśmy się na pracę u podstaw w małym ekologicznym gospodarstwie. Nie przewidywaliśmy, podobnie jak wielu podróżników, spędzania kilku miesięcy ucząc dzieci języka angielskiego czy budowania szkół. Wiedzieliśmy od początku, że nie mamy na to czasu. Po odwiedzeniu Nepalu, czy Kambodży myślę jednak, że był to błąd. Że czas, który dla nas, zachodnich ludzi jest tak drogocenny i niemożliwy do zmarnowania, tutaj ma drugorzędną wartość. Nie mówię, że są na świecie bardziej potrzebujące ludzkiej interwencji miejsca niż ekologicznie uprawiane rośliny. W Kebun Kaki Bukit wylądowaliśmy w drugim miesiącu włóczęgi. Eko-farma, ukryta jest około 50 kilometrów od Kuala Lumpur, na wzgórzach gdzie mieszkają bogaci Malezyjczycy. To miejsce, które w zasadzie od początku zostało stworzone przez wolontariuszy, gdzie hoduje się ryby, zioła i naturalnie „napędzane” owoce. Wszystkie te dobra zostają potem sprzedane i zmaterializowane w postaci obiadu dla ochotników lub narzędzi na dalszą rozbudowę i promowanie farmy. Myliśmy zęby z widokiem na dżunglę, a naszymi sąsiadami były małpy skaczące po dachu i szalony osioł, wędrujący po wiosce. Mieliśmy szansę poznać wielu ludzi z całego świata, którzy tak jak my za „miskę ryżu” lub dżem kokosowy i dach nad głową plewili kwiatki, rozbudowywali farmę (lub domek dla zwierząt), czy karmili ryby w stawie. Nie żałuję absolutnie ani jednego dnia spędzonego tam, ale mam wrażenie, że to zdecydowanie za mało, co człowiek może zrobić i dać od siebie. To doświadczenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że podróżując warto postarać się, aby bilans biorę – daję, przechylał się bardziej w kierunku „daję i pomagam”.

Wolontariat w Malezji
Szalony osioł, budzący nas w nocy głośnym porykiwaniem. Choć przypomina bardziej jednorożca 😉

Wejście na wulkan w Indonezji

To był nasz pierwszy trekking i outdoor’owe wyjście z prawdziwego zdarzenia. Namiot, śpiwory, plecak wypełniony lekkimi, ale kalorycznymi przekąskami i jeden cel – wierzchołek drugiego najwyższego szczytu Indonezji – wulkanu Rinjani (3726 m n.p.m.). Mieliśmy solidne buty, ciepłe ubrania na zimne noce, ale za grosz pojęcia o tym jak wyglądać będą ostatnie 3 godziny wejścia na szczyt. A były to tortury w najczystszej postaci. Z perspektywy dwóch miesięcy i trekkingu w Himalajach myślę, że było to fizycznie najtrudniejsze wyzwanie, jakie sobie postawiliśmy. Ale i najbardziej satysfakcjonujące. Na „atak szczytowy” wybraliśmy popołudnie, żeby uniknąć tłumów wchodzących na wschód słońca. W ten sposób mieliśmy górę tylko dla siebie, a w tak turystycznych miejscach to nieopisana rzadkość. Niemniej kiedy po dwóch godzinach od rozpoczęcia „ataku” chmura leniwie odsłoniła oblicze ostatniego odcinka drogi, po naszych plecach przeszedł zimny dreszcz. Nie sądziłam, że damy radę. Krok za krokiem pięliśmy się w górę wąską ścieżką drobnych kamieni i pyłu. Co 5 metrów zatrzymywałam się, żeby złapać oddech. Jeszcze tylko do tego głazu, jeszcze tylko do tego zakrętu. I kiedy łzy cisnęły się już do oczu Mati krzyknął: „Jest! Nati jesteśmy na szczycie!”. To był koniec pierwszej części – walki z naturą. Potem było już tylko piękniej. Mam tu na myśli wschód słońca, który okazał się najpiękniejszym spektaklem, jaki widzieliśmy podczas tej podróży (a uwierzcie, wschody słońca to bardzo intratny biznes w tej części świata!). Był to widok, który zwykle ogląda się tylko w filmach z efektami specjalnymi. Kiedy ognista tarcza zaczęła pojawiać się nad wzgórzami i chmurami, ptaki swoim śpiewem witały dzień, a pierwsze promienie ociepliły nieco zmarznięte twarze. Cisza i spokój dookoła. Tylko my i natura. W takich momentach nawet najtwardszy ateista mógłby przez moment pomyśleć, że Bóg jednak istnieje. Kto inaczej mógłby stworzyć coś tak pięknego i majestatycznego. Wszystko to po dłużej chwili zniknęło i kolejny słoneczny dzień zawitał nad Indonezję.
I tak zakiełkowała w nas fascynacja górami (w tym wulkanami), trudem wspinaczki i przede wszystkim magią natury. Kiedyś zupełnie nie rozumiałam, co też ludzie widzą w spacerach szlakami w Tatrach, czy zdobywaniu kolejnych szczytów. Jak widać, zupełnie przypadkowo można zakochać się w czymś, co kiedyś było tylko brzydkim kaczątkiem.

Rinjani, Lombok, Indonezja
Najwyższy szczyt jaki do tej pory zdobyliśmy. Jesteśmy na górze, koniec męczarni… ale trzeba jeszcze zejść!

Drogi Kambodży

Wyobraź sobie, że ktoś bierze Cię za fraki i z cywilizowanego świata stawia pośrodku szutrowej drogi, dziurawej jak szwajcarski ser, gdzie samochody gnają bez żadnych zasad, wyprzedzając siebie, skutery, senne, wychudzone krowy i wałęsające się psy. Gdzie rozpadająca się buda na poboczu to dom dla siedmioosobowej rodziny, a dzieci po szkole kąpią się nagie w rowie, nieopodal pola ryżowego. Kiedy już dotrzesz do miasta, masz wrażenie, że ktoś 20 lat temu zrzucił na nie bombę, a cały kurz opadł i nikt nie zdawał się przejmować odbudową czegokolwiek. Pośrodku tego mijasz ludzi, którzy uśmiechają się szczerze i szeroko, matki całujące swoje małe, tłuściutkie pociechy, ojców naprawiających skutery lub sprzedających wszystko o czym tylko pomyślisz. Do tego biegające wokół nielicznych turystów dzieci pokrzykujące „Mister, one dollar, mniam mniam”. W knajpkach stylizowanych na wzór zachodni, cumują średniej klasy biali mężczyźni, zawsze w towarzystwie młodej kambodżańskiej kobiety. Czasem nie rozmawiają, niekiedy ona przymila się do niego, albo (co była dla nas już totalnie absurdalne) karmi go – choć jest to mężczyzna w pełni sprawny fizycznie. Mentalnie chyba ma jakiś problem. Tak mniej więcej wygląda Kambodża. Świat w którym zatrzymały się rozwój i czas. Choć niekiedy można odnieść wrażenie, że zegar postępu cywilizacji przyspieszał, zwalniał, cofał się i skakał kompulsywnie na przód, by finalnie stanąć gdzieś w latach 70-tych. Kraj dotknięty okrutną tragedią ludobójstwa, które zubożyło naród o 20-25% mieszkańców. Agresywnie walczący o wzrost turystyki, narzucający irracjonalne ceny transportu i biletów wstępu (np. kompleks Angkor Wat za 37 dolarów / dzień), oraz mający szalenie niskie koszty życia, jedzenia i prostytucji. Niekiedy wyglądający jak dom spokojnej starości dla obywateli krajów zachodnich, gdzie kreatywność skrajnie biednych ludzi nie zna granic. Choć Kambodża uważana z pewnością przez wielu za piękny, dziewiczy kraj – Mati zalicza się do tego obozu, dla mnie jest punktem na mapie, do którego niechętnie wrócę i z ulgą opuściłam. Nie chodzi o biedę czy chaos, który wylewa się zewsząd na ulicę, ale jakąś wewnętrzną niechęć do miejsc, w którym ciągle musisz się pilnować (jak nie komary, to psy z wścieklizną, kieszonkowcy i drobne rekiny biznesu i łapy wyciągnięte po kasę) i walczyć o nowy dzień. Wątpliwa przyjemność. Żeby oddać sprawiedliwości – Phnom Penh, stolica, zaprojektowana przez Francuzów w czasie kolonizacji, nosząca ślady walk Czerwonych Khmerów jest niewątpliwie ciekawa i warta odwiedzenia.

Kambodża
Kambodżańskie bezdroża.

Rytualny ubój w Indonezji

Madhina, couchsurferka z Bandungu (miasto na Jawie), podwożąc nas do domu powiedziała „Macie dużo szczęścia – jutro Idul Adha, najważniejsze dla muzułmanów święto w roku! Rano idziemy do meczetu, a potem odbywa się rytualny ubój bydła zaraz obok mojego domu. Pójdziemy to zobaczyć!” Tak oto niespodziewanie staliśmy się członkami rodziny Madhiny i następnego dnia po śniadaniu poszliśmy w centralny punkt osiedla, na którym mieszkaliśmy. Wokół kawałka poletka z trawą zgromadziło się już dużo ludzi. Dzieci biegały między dorosłymi, wpatrującymi się w wyprowadzane po kolei bydło na ubój. Nie mogłam uwierzyć, że to dzieje się naprawdę, że Ci wszyscy stojący tu ludzie tak biernie przyglądają się publicznemu zabijaniu krów, kóz i baranów. Mati zniknął w tłumie z aparatem, ja stałam odwrócona plecami do całego krwawego spektaklu, wzbudzając zainteresowanie gromadki dzieci, a Madhina niewzruszona opowiadała jak jedna z jej koleżanek została po tym święcie wegetarianką. Trudno się dziwić. Jest to jednak tradycja tej kultury, z którą ciężko polemizować. Na znak oddania Bogu, Abraham w starym testamencie miał zabić swojego syna i ofiarować go na ołtarzu. Widząc jednak bezgraniczne oddanie i wiarę Abrahama, bóg kazał mu zabić baranka. Znacie tę historię bardzo dobrze, prawda? Muzułmanie do tej pory składają w ofierze baranka, kozę lub krowę (czasem wielbłąda!), a jego mięso dzielą na 3 części. Jedna jest przeznaczona dla ubogich, druga dla bliskich, trzecia dla rodziny kupujących zwierzę. A stać na nie tylko najbogatszych – krowa może kosztować nawet 3.000 złotych. Cały akt uboju trwa dość krótko, choć towarzyszą temu obrazy i dźwięki dalekie od przyjemnych. Zaraz przed zabiciem bydła odprawiana jest modlitwa. Jednak w oczach tych zwierząt widać jakieś zrozumienie, dziwny spokój. Nie wierzgają kopytami, nie uciekają. Może ze strachu i rezygnacji? Dobrze, że to święto odprawiane jest tylko raz w roku.

Indonezja, Jawa
Chwila przed. Straszny widok i smutne spojrzenie.

Paragliding w Nepalu

Jak obchodzić urodziny, to z przytupem i dużą dawką emocji. Dlatego kiedy zobaczyłam, że w Nepalu oprócz trekkingu, można też polatać na paralotni, nie zastanawiałam się ani przez chwilę. Zakomunikowałam Matiemu z odpowiednim wyprzedzeniem, że z okazji jego 31. urodzin nadszedł czas sprawdzić, czy faktycznie nie ma lęku wysokości i czy lubi sport ekstremalne tak, jak się zarzekał. Do dnia lotu nam obydwojgu wydawało się, że to nic wielkiego, po prostu rozsiądziemy się w foteliku, podczepieni do instruktora i uniesiemy się chwilę nad wzgórzami. Ja oczywiście byłam największym chojrakiem. Otóż kiedy stanęłam na dość stromym zboczu czekając na odlot, serce zaczęło mi strasznie łomotać w piersi. Mati był już w powietrzu, kiedy instruktor powiedział: „Jak krzyknę biegnij, to biegniemy, nie siadaj!”. Rozpędzamy się, przed nami skarpa i przepaść. Raz, dwa i zanim zdążyłam krzyknąć z przerażenia, widząc pod sobą ostry spadek, byliśmy już w powietrzu. Wysoko nad nami Mati kręcił kółka, filmując góry i piękne doliny. Wspaniałe uczucie! Wolności, wiatru i niemal braku grawitacji. To niesamowite, jak taki kawałek materiału i kilkanaście cienkich linek są w stanie unieść ponad ziemię dwie osoby. Po niemal godzinie latania nad wzgórzami Pokhary, przyczepiony do moich pleców Nepalczyk zaordynował: „A teraz zrobimy trochę trików. Mocno się trzymaj”. Zanim zdążyłam to przemyśleć, pociągnął raz za jedną, raz za drugą linkę, kołysząc nami jak wielką powietrzną huśtawką. Po chwili zaczęliśmy wirować i spadać w dół jak śruba. Kojarzycie filmy, w których siła odśrodkowa wbija człowieka w fotel, a przeciążenie wykręca mu twarz? Tak własnie się czułam. Błędnik szalał, żołądek raz podchodził do gardła, żeby zaraz opaść. W ostatniej chwili śmiejąc się i powstrzymując przed zwróceniem śniadania, zdążyłam krzyknąć: „Dosyć!” i zatrzymaliśmy się w powietrzu, podchodząc spokojnie do lądowania. Mati już na ziemi łapał się kilka razy za głowę, mówiąc na przemian: „Ale to było ekstra!” i „Chyba zaraz zwymiotuję”. Jeśli macie chwilę czasu i trochę oszczędności, koniecznie spróbujcie latania w tandemie. Świetna zabawa.

 

Paragliding, Nepal, Pokhara
Lekki stres, delikatne napięcie, ale ile radości z widoków!

Trekking w dżungli na Borneo

Jak tylko możliwie egzotycznie to brzmi, trekking w dżungli na Borneo wyglądał jak odcinek przygodowego odcinka Discovery Channel. Do Parku Narodowego Bako najpierw dojechaliśmy rozklekotanym autobusem, a potem przesiedliśmy się do łodzi, która zabrała nas w głąb krainy porośniętej lasem deszczowym. Płynęliśmy szeroką rzeką, w której roiło się od krokodyli, czyhających na nieuważnych ludzi robiących pranie, czy kąpiących się przy brzegu. Tak mówiły wprawdzie rozstawione wszędzie znaki, bo my widzieliśmy tylko małego krokodyla w liczbie sztuk jeden. Pewnie dopiero rosły mu mleczaki, ale woleliśmy tego nie sprawdzać. Łódka sklecona z kilku kawałków drewna ledwo uniosła kilkanaście osób i wątpliwie posuwała się do przodu, zawodząc silnikiem. W dżungli, oprócz dzikich ptaków, krokodyli i makaków można też, przy wyjątkowym szczęściu spotkać nosacza sundajskiego – zwierzaka znanego w polskim internecie jako „Janusza wśród małp”, czy „Nosacza polskości”. Charakterystyczny duży brzuch, nos i dziwne gulgotanie do siebie przypomina niejednego rodaka w sandałach ze skarpetkami i siatką pełną tanich piw. Ale, żeby to szczęście mieć, musieliśmy wybrać najdłuższą trasę trekkingu i narzucić szybkie tempo marszu, by zdążyć na ostatnią łódź powrotną. A las deszczowy blisko równika nie zna litości. Strome podejścia i wspinanie się po korzeniach olbrzymich drzewach. Okrutnie wysoka wilgotność powietrza i słońce wytapiające zwoje mózgowe na klifach to szalone, ale jakże piękne połączenie. Gęsta ciemna, zieleń, paprocie wysokie jak domy, nieprzenikniony błękit morza i ani jednego nosacza! Wtem, kiedy Mati, przybity wędrował tam i z powrotem dowiedzieć się skąd i kiedy mamy łódź na ląd, w miejscu najmniej spodziewanym wyszła duża, tłusta małpa, mamrocząc coś do siebie. Niezapomniany widok! Nosacz usiadł pod krzakiem, za nim przeszedł jeszcze jeden. Wyglądali jak naburmuszeni dziadkowie, których ktoś przegonił spod budki z piwem. Załapali się jeszcze na krótką sesję fotograficzną i zniknęli za drzewami idąc pewnie na popołudniową drzemkę.

Park Narodowy Bako, Borneo, Malezja
Zaciekawiony i trochę zaskoczony nosacz, w drodze na popołudniową drzemkę.

Onsen w Japonii

Publiczne pranie brudów w Japonii to prawdziwa rzadkość 🙂 Nie zobaczy się na ulicy, unoszącego się gniewem Japończyka, krzyczącego nie daj boże na innego rodaka. Są to ludzie z natury spokojni, cisi, pełni dystansu. Dopiero wieczorami, po kilku drinkach ujawniają w barach swoją zniewoloną pracą naturę, śpiewając rzewnie karaoke lub zatracają się w głośnych salonach gier „pachinko”. Ale pomimo narodowej skromności i wstydliwości, od setek lat praktykują oczyszczanie ciała w łaźniach publicznych. Początkowo robili to ze względu na brak łazienek we własnych domach, teraz ze względu na tradycję, ale też możliwość towarzyskiego spotkania. Nie mogliśmy tego odpuścić! Pojechaliśmy więc do Beppu, miasta znanego w Japonii z największej ilości łaźni. Woda w nich pochodzi z naturalnych, gorących źródeł i często osiąga temperaturę 50 stopni! Wzbogacona o różne minerały nie tylko idealnie nadaje się do mycia, ale krzepi ciała szczupłych Japończyków. Kiedy tajfun nadchodził nad półwysep Kiusiu, poszliśmy z Matim w deszczowy wieczór skosztować tego nietypowego doświadczenia. Weszliśmy do najstarszej w Beppu łaźni miejskiej. Nikt nie zdawał się przejmować tym, że jesteśmy turystami. Zapłaciliśmy po 3 zł i rozeszliśmy się do damskiej i męskiej szatni. Onsen nie jest traktowany wyłącznie jako miejsce relaksu, tak jak sauna. Tam chodzi się z koszykiem kosmetyków, żeby się porządnie umyć w ciepłej, źródlanej wodzie. Na niskich zydelkach siedziały nagie, pomarszczone Japonki, zakrywając się kawałkiem myjki. Starałam się jak najdłużej pozostać w ręczniku, ale zostałam szybko doprowadzona do porządku. „Na golasa! Bez ręcznika!” – powiedziała pani, sprawdzająca temperaturę wody. No dobrze. Oblałam się zimną wodą i czym prędzej weszłam do kamiennego basenu z gorącą wodą. W powietrzy unosił się zapach wody wydobywanej z głębin ziemi, a ja odpływałam w tym cieple zapominając o bożym świecie. Drewniane stare belki sufitu i zaparowane od dziesiątek lat okna musiały pamiętać wielu ludzi myjących się w tym miejscu. Żeby nie wyjść na laika podpatrywałam ile mogłam, co kto robi. Jedne panie się dokładnie mydliły inne opłukiwały wodą, młode dziewczyny szczotkowały długie włosy. Po kilku minutach miałam wrażenie, że się roztopię, ale nie chcąc udawać speszonej wynurzyłam się z basenu, wyszorowałam porządnie całe ciało, umyłam włosy polewając je wodą z drewnianego wiaderka i wyszłam odetchnąć świeżym powietrzem. Czułam się, jak byśmy przeszli jakąś ważną inicjację w japońskiej społeczności. Zajrzeliśmy nieco za kurtynę zwykłej codzienności i w tym kraju, gdzie każdy obcokrajowiec to jak przybysz z innej planety, staliśmy się choć trochę bardziej japońscy.

Japonia, Onsen w Beppu
Najstarszy onsen w Beppu – centrum rozkoszy ciała 🙂

Pływanie z żółwiami na Gili Air

Na hasło „żółwie można spotkać na południowej stronie wyspy” Mati wstałby i o 3 w nocy, żeby tylko zdążyć i być pierwszym. Nie ma takiej siły na niebie i ziemi, która wyciągnęłaby go z wody, zanim spotka żółwia. Dlatego już pierwszego dnia zanurkował między przycumowanymi do brzegu łodziami. W miejscu gdzie nie ma dużo ludzi, najłatwiej jest spotkać te piękne morskie stworzenia. Choć ich populacja nie jest duża i niezbyt chętnie pozują do zdjęć, wprawne oko i cierpliwy pływak ma szansę spotkać go w wodach przy wyspach Gili. Tak było i teraz. Szczęście uśmiechnęło się do Matiego i po 15 minutach miał okazję spotkać tego przyjacielskiego gada, skubiącego dno morza. Cieszyłam się, że to jemu pierwszemu udało się „upolować” żółwia, bo wierzcie mi, gdybym to ja go zobaczyła pierwsza, do dzisiaj siedzielibyśmy na plaży Gili Air czekając na cud 😉
Na szczęście kilka dni później, pływając w tym samym miejscu, to mnie udało się wytropić w wodzie tego zwierzaka, jedzącego gąbki morskie. Duży na 1,5 metra, leniwie machał w wodzie łapkami i bez wątpienia był najbardziej egzotyczną istotą jaką do tej pory widziałam na wolności.

Indonezja
Pływanie z kolegą żółwiem 🙂

Koncert w Singapurze

Czasem trudne początki są zwiastunem pięknych przygód i wspomnień. Nie inaczej było w przypadku Singapuru. Okrutnie długa podróż, tortury stania w kolejce do odprawy celnej i na koniec autobus, który nas zostawił na granicy nie mogły oznaczać niczego dobrego. Ale Singapur jest tak piękny, że szybko mu to wszystko wybaczyliśmy. Kiedy już po 15 kilometrowym spacerze po mieście, powłócząc nogami szliśmy do hostelu, doszły nas dźwięki szampańskiej zabawy. Wcześniej niewinnie wyglądający skwer nad zatoką zaczął zamieniać się w parkiet, gdzie wszyscy radośnie tańczyli. Niby zwykła muzyczna impreza, ale coś nas do niej ciągnęło. „Zostańmy chwilę” – zagaił Mati. I dobrze zrobiliśmy, bo był to jeden z najlepszych koncertów na świeżym powietrzu na jakim byliśmy. I nie chodziło o to że był darmowy 😉 Energia jaka biła ze sceny porywała wszystkich siedzących z trawy. Nawet nie wiedzieliśmy, jak bardzo brakowało nam po dwóch miesiącach kontaktu z muzyką popularną i tanecznego rytmu. Podróżując ciągle z jednego miejsca do drugiego, zachwycając się egzotyczną Azją, poczuliśmy w końcu lekkie znużenie. Ileż można było odwiedzać różnych China Town, jeść smażonego ryżu i słuchać tych samych melodii. Być może są na świecie ludzie, którzy mogliby mieszkać latami w bambusowych domkach na plaży i codziennie zachwycać się tym samym. My jednak czuliśmy pod skórą, że potrzebujemy ujścia powietrza. Był gorący, lipcowy wieczór i pomimo wielkiego zmęczenia poczuliśmy nowy dopływ sił. Tak przyjemnie było na moment wrócić do znanego nam świata muzyki i tańca. Brakowało nam tylko trunków i naszych przyjaciół, żeby ta chwila była jeszcze piękniejsza!

Singapur
Głowa do góry, za chwilę koniec zwiedzania 🙂

Spotkanie po drugiej stronie globu

Tym co jednak sprawiło nam zaskakująco najwięcej przyjemności, ale jednocześnie wywołało najwięcej łez i refleksji, było spotkanie z rodzicami i Martą w Japonii. Dla każdego z nas przylot do Kraju Kwitnącej Wiśni był wielkim marzeniem. Mieliśmy różne oczekiwania co do podróży, sposobu zwiedzania i nie znaliśmy się jeszcze tak dobrze od strony podróżniczej. My, przyzwyczajeni do spartańskich warunków, Marta, chcąca w trzy tygodnie wycisnąć z urlopu maksymalnie dużą ilość wspomnień i rodzice, którzy przeszczęśliwi, że mogą nas spotkać chcieli na spokojnie poznać Japonię od kuchni. Logistycznie było to nie lada wyzwanie, żeby okiełznać potrzeby wszystkich, ale po trzech dniach i kilku wypitych drinkach okazało się, że idzie nam świetnie! Każdy miał tyle wolności, na ile pozwalał nam czas, wieczorami odwiedzaliśmy lokalne bary, graliśmy w karty i opowiadaliśmy sobie setki zabawnych historii . Spaliśmy w tradycyjnych domach, jadaliśmy w knajpkach ukrytych z dala od głównych tras turystycznych i bawiliśmy się razem świetnie! Przejechaliśmy razem od Tokio, aż po Hiroszimę. Ale gdy przyszło do pożegnania, łzom nie było końca. I kiedy wydawało nam się, że jesteśmy twardymi podróżnikami, nieczułymi na powiewy tęsknoty za domem, przeżyliśmy lekkie załamanie, jadąc pociągiem w przeciwnym kierunku niż nasi najbliżsi. I dobitnie zrozumieliśmy wtedy, że nie tylko o samo podróżowanie chodzi, a o ludzi, z którymi dzielisz ten czas. Mamy nadzieję, że jeszcze w niejednym kraju spotkamy się z rodzicami i Martą. A może ktoś jeszcze do nas dołączy?

Japonia, Tokio
Cała, japońska ekipa na jednym zdjęciu 🙂

Koniec podróży po Azji

Wspomnień mogłoby nie być końca, ale nie chcemy przynudzać. Z pewnością będzie o czym opowiadać przyjaciołom po powrocie, czy dzieciom i wnukom w zimowe wieczoru przy kominku. Aż zmęczone nie będą chciały nas więcej słuchać 😉

To, że wyjeżdżamy, nie oznacza oczywiście powrotu do Polski. Nie, nie. Choć nasi rodzice woleliby pewnie zamienić port docelowy na Warszawę. Otóż w tym momencie nie da rady. Przyszedł czas na creme de la creme, głównego bohatera i winowajcę naszej emigracji – Australię. Kto jeszcze nie wie, azjatyckie ryże i zupki były przystawką przed stekami z Antypodów. Ale zanim rozpiszemy się o Oceanii, kangurach i powodach, które ciągną nas na drugą stronę globu, pomęczymy was jeszcze wspomnieniami i zdjęciami z Azji 🙂

Beczki z sake w Japonii
Do usłyszenia z drugiej półkuli Ziemi!