Maraton zwany życiem

Recenzja książki „Maratończyk” Billa Rodgersa i Matthew Sheptina

Biorąc pod uwagę poziom organizacji i frekwencję takich wydarzeń jak niedawny Orlen Warsaw Marathon, trudno uwierzyć, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu bieganie było…  dziwne.

W dodatku dedykowane wyłącznie wybrańcom, ludziom z pasją, poszukiwaczom i tym, którzy bardziej niż cokolwiek innego cenili wolność. Przed Wami obiecana recenzja książki o człowieku, którego możemy uznać za jednego z pionierów, prekursorów biegania długodystansowego w Stanach. Panie i Panowie, oto… Bill Rodgers – wielokrotny zwycięzca legendarnego maratonu w Bostonie oraz Nowym Jorku.

Dzisiaj wszystko wydaje się proste. Bo przecież mamy szkolenie młodzieży, gdzie się nie obejrzymy odbywają się mistrzostwa, budowane są hale i stadiony, istnieją profesjonalne kluby sportowe. Przynajmniej w teorii.

Wyobraźcie sobie jednak, że były czasy, kiedy nie istniały wkładki dla stopy pronującej, czy supinującej; że stoper wisiał jedynie na szyi trenera, a nie w systemie naszych smartfonów; że przechodnie rzucali w biegaczy puszką z piwem, a nie zbijali z nimi piątki. W tych czasach urodził się i trenował Bill Rodgers, człowiek legenda, którego do niedawna znali tylko Amerykanie i to pewni ci, którzy mieszkają w Bostonie. Ja sam na książkę natknąłem się śledząc pozycje znanego wszystkim biegaczom Wydawnictwa Galaktyka, zupełnie przypadkiem.

„Bieganie (…) jest pochwałą życia. Sprawia, że świat jest piękniejszy. Daje pewność i siłę, by unieść głowę i poczuć się dobrze. Lepiej niż dobrze. Bezgranicznie cudownie.”

Jest to historia o chłopaku, który jak to zwykle bywa, przejawiał w młodości dużą nadpobudliwość, będąc jednocześnie trochę roztrzepanym i nieśmiałym rockandrollowcem. Mężczyźnie, który nie bał się marzyć nawet, gdy zgubił całkowicie sens życia. Przyjacielu i bracie, który oddałby wszystko za najbliższych.

Bill Rodgers opisuje piękną historię swojego życia, przeplatając ją relacją z pierwszego wielkiego zwycięstwa w bostońskim maratonie w 1975 r. Dzięki upartości, determinacji i woli rywalizacji, był w stanie wygrać bieg, jako amator, człowiek na etacie, młody mąż. Nie pomagała mu rzesza fizjoterapeutów, dietetyków, czy sponsorów. Wyścig kończył w wełnianej czapce ze „Snoopy’im”, w koszulce, którą znalazł na garażowej wystawce i w rękawicach roboczych, które w ostatniej chwili przed startem zakupił mu jego brat.

Byłbym zapomniał. Bill biegł w nowych butach, które podarował mu sam ‘Pre’ (Steve Prefontaine) po analizie jego startów, które nie przechodziły bez echa nawet wśród tych, którzy rywalizowali na bieżni.

„(…) Pasja i sens życia mogą pozostawać uśpione przez wiele lat. Aż przychodzi taki dzień, że odkrywasz swoje powołanie, zaczynasz marzyć, znajdujesz w sobie siłę i uświadamiasz sobie, że to wszystko było w tobie przez cały czas. A gdy to się stanie, życie zmieni się na zawsze. Postawisz wszystko na jedną kartę, wykorzystasz każdy dzień, sprawdzisz, na co stać twoje serce. Podejmiesz wyzwanie dla ducha.”

Maraton ma w sobie coś mistycznego. Wie o tym każdy, kto choć raz podjął próbę zmierzenia się z tym dystansem (42.195 km). I choć są różne przyczyny, dla których ludzie decydują się na start (o niektórych z nich pisaliśmy tutaj), każdemu z nas towarzyszy droga – inaczej: poświęcenie, wyrzeczenia, walka ze słabościami. Na samym końcu jesteśmy już tylko my i dystans, jaki musimy pokonać, kilometr po kilometrze. Wtedy wracamy do wspomnień, mierzymy się rywalami, ale przede wszystkim z samym sobą, z własnymi aspiracjami i z głosem, który mówi nam: „zwolnij, zatrzymaj się!”.

Jak to w życiu, są chwile, gdy upadamy, gdy jest zbyt ciężko i nie kończymy tego, co zaczęliśmy. Przerywamy maraton. Z jakichś powodów, po pewnym czasie, wracamy na udeptaną ścieżkę, próbujemy od początku, karmimy się marzeniami i poczuciem, że nasz los jest w naszych rękach. Jak Bill.

Serdecznie polecam Wam tę lekturę. Zarówno tym, którzy znają już techniki schodzenia tyłem po schodach na drugi dzień po maratonie, jak i osobom, które dopiero nieśmiało myślą o podobnym wyzwaniu. Książka zabierze Was do świata, który pierwotnie nie sprzyjał biegom masowym, aby później dać się ponieść fascynacji, wielkiemu BOOM na ten sport. Jeśli wierzyć autorom – w 1974 r. we wszystkich maratonach w USA wzięło udział łącznie 20 tys. zawodników. Dla porównania, w 2009 r. było ich już prawie pół miliona.

Dzięki Bill!

zdjęcia Billa Rodgersa – źródło: http://runtheworld.pl/