Niezły bal

Zazwyczaj najlepiej wychodzi nam to, co planujemy najmniej. większy dystans do spraw codziennych, brak presji i traktowanie wyzwań z przymrużeniem oka pozwala osiągnąć relatywnie lepsze efekty. Sprawdza się to w życiu codziennym, a także w tym biegowym. Jednym zdaniem „miej wyj..ekhane, a będzie Ci dane”. jak to działa?

Po pierwsze, Bieg Karnawałowy

Nie skłamię jeśli powiem, że o dużo za dużo przedłużyliśmy okres roztrenowania po październikowym maratonie. Mimo olbrzymich chęci, nasze organizmy powiedziały dość i przeczołgały nas po najdłuższych przeziębieniach świata. Aura za oknem zachęcała tylko do otwarcia butelki wina i przeglądania zdjęć z wakacji, żeby przypomnieć sobie jak wyglądało słońce. I nie dajcie się oszukać tym, którzy przekonują, że sport to endorfiny, a one najlepiej zwalczają zimową depresję. To działa tylko przez chwilę. Później przychodzi mgła, smog i ciąg dalszy depresji.

Kilka miesięcy temu, profilaktycznie zapisaliśmy się więc na Bieg Karnawałowy organizowany przez Pro-Run, żeby chociaż opłacony start był motywacją dla ruszenia się z domu. Niestety nie dość, że nie mogliśmy się przygotować do tego biegu, to pogoda sprawiła, że bieganie po wałach nad Odrą przypominało łyżwiarstwo figurowe połączone z Runmageddonem. Dlatego z góry założyliśmy, że biegniemy na luzie, dla zabawy. Nie oznacza to, że nie włożyliśmy w bieg całych swoich sił. Ja, tradycyjnie stresowałam się startem, ale znaliśmy też swoje możliwości po zimie. Wiedzieliśmy, że w tym momencie nie mamy o co walczyć. Jesteśmy tu dla siebie, dla fajnego klimatu imprezy, dlatego, żeby w grupie 600 osób pobiegać sobie w sobotę rano. Tym większym zaskoczeniem było to, kiedy będąc już w domu dostaliśmy sms’a, że zajęliśmy drugie miejsce w klasyfikacji „pary”. Uprzedzamy komentarze – nie byliśmy drugą parą na dwie startujące 😉

Większości z was, to co piszę, może się to wydać oczywiste, jednak nadchodzi w życiu biegacza taki moment, że kiedy zasmakuje się wyższej lokaty i życiówki na mecie, łatwo podpala się rywalizacją na kolejnych zawodach. Wtedy dokładna analiza startu czy porażki jest bardzo skrupulatna i czasem niestety bolesna.

Po drugie, najlepszy dystans to dystans do życia

Ten krótki opis biegu powyżej, to najlepszy przykład starego, uniwersalnego stwierdzenia

miej wy..ekhm..ane, a będzie Ci dane

Nie lubię powiedzeń, które opisują coś „generalnie”. Mam wrażenie, że to mocno ogranicza myślenie, szufladkuje ludzi i sprawia, że życie staje się nudne. Ale zastanówmy się nad tym zdaniem. Jest w nim trochę takiej życiowej prawdy, która daje ciche przyzwolenie na wyluzowanie się. Życie w ciągłym oczekiwaniu na spełnienie się marzeń czy obietnic, sprawia, że żyjemy w nieustającym stresie i napięciu. Analizujemy, zastanawiamy się, co się stanie jeśli nie się nam nie uda. Ale prawda jest taka, że nic się nie stanie. Zmarnujemy po prostu czas na przejmowanie się rzeczami, na które niekiedy nie mamy wpływu. To nie znaczy, że należy siedzieć z założonymi rękoma i czekać, aż spadnie nam ochłap z pańskiego stołu. Na swoje szczęście trzeba pracować. Gdybyśmy nie starali się utrzymać od października formy mimo chorób i strasznego lenia, w zeszłą sobotę bylibyśmy najwyżej Królową i Królem zamykającymi bieg.

Chodzi o to, żeby nie podchodzić do wszystkiego tak bardzo na serio i z przerysowanymi oczekiwaniami. Żeby czasem cieszyć się tym co jest i dać się zaskoczyć życiu.

instagram

Sobotni bieg obudził nas z długiego zimowego letargu – biegowego i emocjonalnego. A maska, którą dostaliśmy w zamian za drugie miejsce, będzie przypominała, żeby czerpać radość z nieoczekiwanych rzeczy i wrzucić czasem na luz.