One night in Bangkok

Właśnie mija nasz drugi dzień w Bangkoku. Zwykle tyle wystarczy nam, aby rozejrzeć się po dużym mieście, poczuć jego klimat… i uciekać zanim nas przytłoczy. Tymczasem, ledwo zaliczyliśmy jego południową część. To był naprawdę długi spacer.

Dotarliśmy do stolicy wcześnie rano, dostając w twarz gorącym podmuchem wiatru. No dobra, w Polsce też jest teraz bardzo ciepło, ale w połączeniu z dużą wilgotnością klimat pokonał nas już w pierwszej rundzie.

Mamy małe doświadczenie z Azją, więc automatycznie porównujemy Bangkok z Wietnamem, czy kawałkiem Chin. Jak jest? Spokojniej (!), ciszej (!), porządniej (!). Brzmi głupio, bo wiadomo, że dla przeciętnego Europejczyka, nawet tego z Londynu, czy Paryża wszystko wydaje się nieco bardziej nieogarnięte. Ale jest mniej skuterów niż w Hanoi, a te które jednak zdecydowały wyruszyć się na ulice nie trąbią na siebie zaciekle przy każdym zakręcie. Przejście na drugą stronę ulicy (nawet poza przejściem dla pieszych) nie wymaga więc największej odwagi. Po mieście spaceruje się łatwo, w niektórych jego obrębach można skorzystać z metra lub kolejki naziemnej. Poza tym sam fun, który lubimy najbardziej: bazary, garkuchnie i uśmiechnięci ludzie 🙂

Pierwsze dwa dni spędzamy w okolicach Lumphini Park, na południowy-wschód od centrum, promowanego w każdym przewodniku. Te dzielnice porośnięte są wieżowcami, głównie hotelami i biurami. Ale park! To jest mistrzostwo. Naprawdę nie wierzyłem, że uda nam się tutaj pobiegać. Po pierwsze dlatego, że jednak ciężko jest wpuszczać w płuca taki ogień, a po drugie miałem wspomnienie z treningu w Wietnamie – myślę, że ubezpieczyciel nie podciągnąłby tego nawet pod kategorię „sporty ekstremalne”. Jakie miłe zaskoczenie widzieć dziesiątki osób po godzinie 17 na „rozgrzewce”. Wygląda to trochę, jak lekcja zumby na amfetaminie – zero przerw, tajskie techno i układ ćwiczeń rodem z typowej polskiej dyski. I oni wszyscy go znają! Nawet nasz ulubiony białas, którego spotkaliśmy tam drugi dzień z rzędu. On po prostu wie co ma robić. Serio, myślałem, że mam koordynację ruchową, ale wymiękłbym w sekundę. Kiedy inni się pocą w egzotycznym rytmie, drugą część biega… Biegną wszyscy tylko nie my. Wiadomo, więc jak spędzimy kolejny dzień 🙂

Niektórzy nazywają mnie ignorantem, ale nie lubię zwiedzać kościołów i świątyń. Szanuję poglądy, ba nawet czasem czytam o azjatyckich filozofiach, ale no kurde… Po jednej pagodzie, wiem jak wyglądają kolejne. Trzeba jednak przyznać, że dla ludzi zainteresowanych tematem, miasto oferuje sporo destynacji tego typu. Co chwilę widoczne są tabliczki kierujące nas do kolejnego Wat.

Wybraliśmy coś innego. Chinatown. Widziałem już to w Nowym Jorku, Londynie, również te azjatyckie w Sajgonie. I bida. Gdzie te bramy ze smokiem? Gdzie te bazary z tamtejszym jedzeniem? Gdzie elementy architektury? Tym razem też byłem lekko sceptyczny, ale potrzebowałem kabla z mini USB (wziąłem tylko te z micro), a wiadomo, że najlepiej nabyć rzecz prosto u producenta 🙂 Krótko. Chinatown w Bangkoku jest najlepsze jakie widziałem, a byliśmy tam w ciągu dnia, bez świateł neonów uderzających jaskrawymi barwami ze wszystkich witryn. Za to z kaczkami posiekanymi na najmniejsze kawałki, płetwami rekinów, podrobami, których nie widziałem nigdy wcześniej i… kablami. Do wszystkiego. Cała elektronika świata w jednym miejscu. Eksplozja smaków, zapachy tak intensywne, że momentami nawet ciężko to znieść. Miejsce niesamowite i myślę, że jeszcze o nie zahaczymy.

Kilka ciekawostek:

  1. W Tajlandii obowiązuje ruch lewostronny. Nawet na ruchomych schodach.
  2. Wydaje się, że wszystkie taksówki w mieście to Toyoty Corolla. U części z nich widać niedomknięte przednie klapy. Chłodzą się?
  3. Znacie ten moment, kiedy idąc na grilla do znajomych, lub jakąkolwiek inną imprezę myślicie: „Hm, nie będę nosił ze sobą browarów przez całe miasto. Tam na pewno jest gdzieś Żabka.”? Tak samo jest tutaj, tylko zaopatrujesz się w 7eleven. Believe me, jest wszędzie.
  4. Pamiętacie sok z woreczka za małolata? Tutaj poszli po linii najmniejszego oporu. Zamiast do zgrzanego na każdym brzegu woreczka, leją napój prosto do małej plastikowej torebki i piją z rurki. W sumie, nawet pomysłowe.
  5. Dwa razy dziennie w przestrzeniach publicznych odgrywany jest hymn kraju. Dzisiaj miało to miejsce we wspomnianym parku, równo o 18:00. Zostaliśmy grzecznie poproszeni o powstanie zanim w ogóle skumaliśmy, o co chodzi. Zero problemu 🙂
  6. Koszyk podstawowych dóbr jest w atrakcyjnych cenach. Wiadomo, wszystko zależy od przyjętych standardów, ale przykładowo woda w butelce 0,5l to koszt ok. 0,70 zł; cola 0,5l: 1,90 zł; szampon do włosów renomowanej firmy: 3,50 zł; lody na patyku: 3,80 zł. Za to browary… 4,50-5,00 zł za półlitrową puszkę Chang (czasem do kupienia w Lidlu).
  7. Spotkaliśmy w parku i przy ulicy smoki. Jaszczuro-warana! Jeszcze nie wiemy, co to dokładnie, ale pożera na oczach ciekawskich ludzi ptaki, jest wielkie i spaceruje sobie na wolności.
  8. Jak monsun, to do domu.

Zostajemy w Bangkoku jeszcze kilka dni. Wciąż jest masa do odkrycia, więc stay tuned, podrzucimy coś jeszcze!