Przepraszam, czy to będzie bolało?

Kiedy ostatnio zrobiłeś coś po raz pierwszy?

To pytanie wisiało na mojej tablicy korkowej przez 5 miesięcy. Od listopada do lutego. A jeszcze w październiku nic nie zapowiadało nadchodzącej w moim życiu rewolucji.

Zwykle pamiętamy swoje pierwsze razy. Pierwsza randka, nielegalnie spalony papieros, pierwsza porażka czy sukces, na który bardzo liczyliśmy. Im jesteśmy starsi tym mniej doświadczamy nowych rzeczy. Z wielką stratą dla nas, gdyż spowalniamy nasz rozwój osobisty i kreatywność. W natłoku codziennych spraw, czasem też z lenistwa, zapominamy czym jest przygoda. Właśnie dlatego, kiedy przypadkiem znalazłam w Internecie obrazek z tym zapytaniem, postanowiłam go wydrukować i powiesić na widoku. Przypadek, choć w coś takiego nie wierzę, sprawił, że w tym samym czasie Mateusz zaproponował mi wspólny wyjazd na półmaraton do Barcelony. Jechała spora grupa jego znajomych, a ja miałam być osobą towarzyszącą. Ciepły klimat, palmy, urlop – wszystko to sprawiało, że ten bieg miał być dla nich miłym rozpoczęciem sezonu. Nie znaliśmy się wtedy jeszcze bardzo dobrze, ale która dziewczyna odmówiłaby, tym bardziej, że wyjazd przypadał na walentynki!

Mati zaczął przygotowywać się do biegu. Miał już duże doświadczenie, a zima była idealnym momentem na trenowanie. „Jeśli dobrze przepracujesz zimę, będziesz miał lepsze wyniki w sezonie” – grzmiał i wmawiał sobie za każdym razem, kiedy wychodził biegać w deszczu i mrozie. Powoli te jego dziwne zachowanie, systematyczność i hart ducha zaczęły budzić we mnie ciekawość. Aż jednego listopadowego dnia, siedząc przed swoją tablicą korkową, pijąc ciepłą herbatę, spojrzałam w napis – „Kiedy ostatnio zrobiłeś coś po raz pierwszy?”. I przyszedł mi do głowy szatański pomysł.

DSC_1005

Od tego momentu, wszystko co zrobiłam, aby osiągnąć cel zostanie mi w pamięci na zawsze. Zdobyłam się na odwagę i podczas wyjazdu na Ślężę zaczęłam podpytywać Mateusza o bieganie. Ile trzeba się przygotować do półmaratonu, w jaki sposób; czy trzeba biegać szybko, czy wolno i w sumie to po co ja mam Ci kibicować, skoro będąc na miejscu mogę pobiec? Do tej pory stosuję podobne podchody, kiedy zapali się we mnie jakiś pomysł. Nie wiem, co sobie wtedy pomyślał. Szalona? Głupia? Przecież nawet nie wiedział jak biegam, a słowo „trochę truchtam” mogło znaczyć tyle samo, co „podbiegam rano do tramwaju, który prawie mi uciekł”. Ale kiedy mój autorytet w kwestii biegania orzekł: „dasz radę i nie umrzesz”, poprosiłam o plan treningowy i przywiesiłam go obok pytania. Już wiedziałam, że moja odpowiedź będzie brzmiała: 15 lutego 2015 roku.

2

dzień przed startem

Minęło 5 miesięcy, a ja stałam na starcie eDreams Mitja 1/2 Marato de Barcelona – swojego pierwszego półmaratonu. W krótkich spodenkach i koszulce „Kobiety Biegają”, dumnie napiętej na mojej piersi. Mateusz postanowił zostać moim „zającem” – osobą narzucającą tempo biegu. Przy okazji był też świetny w podawaniu wody i jedzenia 😉
Ostatnie truchtanie, skipy, przyspieszenia. Z nerwów nie czułam nóg. Miałam wrażenie, że serce i żołądek, pełen bułek z nutellą, szaleją ze stresu i podobnie jak głowa, pytają „oszalałaś?!”. Przede mną nieco ponad 21 kilometrów biegu. 5 miesięcy treningów trzy razy w tygodniu (opuściłam tylko jeden), odrobina wyrzeczeń, kilka kontuzji, przynajmniej 10 wizyt u fizjoterapeuty, wiele wątpliwości i setki minut muzyki przesłuchanej podczas biegania. Czy dam radę?

10 km. Nie zdążyłam zauważyć, kiedy je przebiegliśmy. Oddycham, żyję? Tak, wszystko pod kontrolą. Woda wypita, żel zjedzony. Macham ostatnim kibicom na zakręcie i połowę połówki mam za sobą. Sytuacja nieco wymknęła się spod kontroli na 3 kilometry przed metą, kiedy umysł zaczął się poddawać, a wewnętrzne głosy przekrzykiwały się niczym u schozofrenika. Jeszcze trochę. Nie dam rady. Zatrzymam się na chwilę. Nie, nie, wszyscy patrzą! Jeszcze kawałek. Proszę – nie, daj już spokój. Mati pokrzykuje na mnie, żebym nie zwalniała. Idź w diabły! – myślę. Obok mnie inna biegaczka ledwo podnosi nogi, jej chłopak dopinguje i zagrzewa do walki. Koleżanka zza barkierek krzyczy moje imię, Mateusz łapie za rękę, ostatnia prosta i wpadamy z impetem na linię mety! Tak!

Pierwszy półmaraton kończę w czasie 1 godziny i 59 minut!

Jeśli zastanawiacie się, jak ja kiedyś, czy faktycznie ludzie płaczą po dobiegnięciu na metę – odpowiem krótko: tak i to zupełnie normalne. Może nie dotyczy to krótszych biegów. Jednak doprowadzając swój organizm do granic wytrzymałości przez więcej kilometrów, masz w sobie tyle adrenaliny i endorfin jednocześnie, że po prostu kipisz emocjami. Myślisz o wszystkim co zrobiłeś, żeby tutaj być, jak dużo włożyłeś serca i pracy w treningi. To potrafi uzależnić.

źródło zdjęcia: www.tumblr.com