Pulau Penang – Wyspa bez tajemnic

O wyspie wiedzieliśmy od początku naszej przygody z Malezją. Podróżując z Tajlandii wydaje się być to najlepsze miejsce (obok Langkawi) na pierwszy przystanek, ale tym razem proces planowania „z góry” sprawił, że cofaliśmy się tutaj aż z Borneo.
Długo myślałem nad tym tekstem, bo porównanie tych dwóch wysp ze sobą jest niemożliwe, a różnice wydają się bardzo jaskrawe, gdy odwiedzasz je jedna po drugiej. Czy było więc warto? Sprawdźcie sami.

Georg Town

Do George Town dostaliśmy się nocnym autobusem z KL, w który wsiedliśmy zaraz po powrocie z Borneo. Droga zajęła nam blisko 5 godzin w klimatyzowanym pojeździe. Musicie wiedzieć, ze Nati ciężko znosi AC, nieważne w pokoju czy samochodzie. Dlatego zawsze ma ze sobą lekką kurtkę puchową z czego często robię sobie, nie ukrywam, żarty. Tropiki nie za bardzo łącza się z puchem, przyznacie. Muszę jednak oddać sprawiedliwość żonie, bo wierzcie lub nie, ale po 2 h jazdy w tej lodowce wysiadłem po śpiwory. Nasz podręczny termometr wskazywał temperaturę 16-18 st.!

GT połączone jest z półwyspem kilkunastokilometrowym mostem. Wysiadamy na dworcu, z którego do miasta dostajemy się komunikacją miejską za RM 1.50/os. Jest wcześnie rano, ale na szczęście mamy już hostel, w którym litują się nad nami i udostępniają pokój tymczasowy do chwili, aż nastąpi godzina check-inu. Dzięki uprzejmości managera udaje nam się zregenerować i ruszyć na rekonesans zaraz po południu.

Miasto jest turystyczne, uporządkowane i zaplanowane. Znajdziesz tutaj z łatwością modne kawiarnie, sklepy z rękodziełem artystycznym, galerie. Jest infrastruktura: przystanki, autobusy, pralnie self-service. Wszystko czego każda zachodnia dusza potrzebuje, dlatego… nie podoba nam się. I nie wynika to z faktu, że próbujemy być w jakiś sposób w opozycji do zachodnich standardów, ale dlatego, że nie odnajdujemy tutaj spokoju, jakiego doświadczyliśmy w Sarawak.

Jest bardzo gorąco, a my kierujemy się przez miasto odwiedzając punkty: Fort Cornwallis, Queen Victoria Diamond Jubilee Clocktower, klimatyczne i godne polecenia Chew Jetty, kilka chińskich i hinduskich świątyń. Wchodzimy również do głównego meczetu, gdzie miła wolontariuszka uświadamia nas na temat Islamu i zasad, które panują w tym miejscu. Wieczorem, zupełnym przypadkiem docieramy też przed świątynie w Little India, gdzie mieszkamy. Jest powóz ze świętymi krowami, charakterystyczna muzyka i śpiew.

GT to miasto, które lubi być nazywane centrum kulturalnym. Po festiwalu w 2012 roku puste mury miasta zaczęły zajmować murale, tworząc obecnie „galerię” wzdłuż ulicy Lebuh Armenia. Jest ich ok. 20 i nie można odebrać im pomysłowości oraz wdzięku.


Po zachodzie słońca okolica zaczyna się coraz bardziej rozkręcać, a my weryfikujemy swoje zdanie twierdząc, że nie jest tutaj tak źle. Bardzo podobają nam się chińskie garkuchnie przy Lebuh Chulia, zaraz przy skrzyżowaniu ze znana Love Lane, która przyciąga białe twarze silniej niż magnes, a happy hour zdaje się trwać cały dzień. Cen drinków nawet nie sprawdzamy, a intuicja pcha nas kilkaset metrów dalej, do kolejnego skrzyżowania dróg: Lorong Stewart i Lorong Muda. To Święty Grall na mapie George Town – ciemny, ale spokojny zaułek z kilkunastoma stolikami, przy którym zachodnich turystów jak na lekarstwo. Znajduje się tam sklep monopolowy, a w nim mała puszka San Miguel za RM 4.00, Carlsberg za RM 4.50. Raj!

Batu Ferringhi

George Town nie posiada miejskiej plaży i chyba tylko to wciąż ratuje miasto przed absolutnym napływem turystów. Z łatwością natomiast dostaniecie się do najpopularniejszej w okolicy Batu Ferringhi, plaży podzielonej na 5 stref (od A do E). Dojazd tam nie stanowi wyzwania. Miejski autobus o nr 101 zawiezie was za jedyne RM 2.70. Przygotujcie się na naprawdę szybka jazdę po wybrzeżu, która potrwa ok. 45 min. Pojazdy są nowoczesne, co sprawia, ze klima działa wzorowo. Weźcie ze sobą coś do okrycia, jeśli marzniecie w takich warunkach tak jak my.

Kierowca wyrzuca nas przy głównej drodze, która wraz ze straganami oddziela wspaniałe kurorty w zachodnim stylu od plaży. Mijamy miejscowych sprzedawców pamiątek wszelkiej maści i wchodzimy na teren największego centrum sportów wodnych, jakie do tej pory widzieliśmy. Każdy skrawek tej długiej, choć stosunkowo wąskiej plaży zagospodarowany jest pod kątem wodnych atrakcji. Wypożyczycie tutaj skuter wodny, popływacie łodzią lub na tzw. „bananie”, ale największym hitem wydaje się być lot ze spadochronem ciągniętym przez motorówkę. To jest prawdziwy przemysł. Lata się głównie w tandemie. Instruktorzy lądują, spadochron opada na plażę i zanim całkowicie ujdzie spod niego powietrze, następna osoba już przyczepiana jest uprzężą do pilota. I tak w kółko, jeden po drugim.

Dosyć niecodziennym widokiem na Batu Ferringhi jest spacer muzułmańskich małżeństw, gdzie mąż w plażowym stroju trzyma za rękę swoją wybrankę ubrana w tradycyjny chador w kolorze czarnym. Kobiety starają się kryć pod parasolami, gdy jest to tylko możliwe, ale każda wodna rozrywka wymaga od nich wejścia do morza, cały czas przywdzianej od czubka głowy do kostki. Nati opala się w bikini, podobnie jak pozostała cześć zachodnich turystów, co wzbudza ciekawość… ale głównie żeńskiej części muzułmanów.

Zostaliśmy na plaży aż do zachodu słońca, bo autobusy powrotne jeżdżą nawet do 23:00. Był przepiękny i ciepły jak zawsze. Spacerując wzdłuż plaży napotkaliśmy kolejną atrakcje. Bez problemu można odbyć przejażdżkę konno (lub na kucyku) po piasku. Wydaje się być to super romantyczne, dodając do tego zachodzące słońce. My nie skorzystaliśmy.

Penang National Park

Dżungla to miejsce, które szczególnie upodobaliśmy sobie w Malezji. Przetarliśmy szlaki na wolontariacie Kebun Kaki Bukit, nocując zaraz przy jej brzegu, by następnie zaliczyć dwa trekkingi na Borneo. Przyszedł więc czas, aby sprawdzić, co do zaoferowania ma wyspa Penang.

A ma całkiem sporo. Wszystko można zmieścić w trzech słowach: Penang National Park. Dotrzecie tam tym samym autobusem, który jedzie do Batu Ferringhi. Wysiądźcie na ostatnim przystanku tuż przy głównym wejściu do parku. Koszt oscyluje w granicach RM 3-4, a czas przejazdu to blisko godzina z GT. W odróżnieniu do parków narodowych na Borneo, tutaj nie zapłacicie za wejście. Do dyspozycji macie dwie trasy: do Teluk Kampi lub na tzw. Monkey Beach (z odcinkiem prowadzącym również do latarni morskiej).

Małp widzieliśmy już całkiem sporo i przestały stanowić dla nas główną atrakcję, dlatego wybieramy Teluk Kampi. Odcinek mierzący blisko 5 km, na którego końcu znajduje sanktuarium żółwi morskich oraz słodkowodne jezioro połączone z morzem, które mijasz chwilę wcześniej. Jesteśmy tutaj w porze suchej, więc wody w akwenie prawie nie ma. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to zjawisko niecodzienne, a wierząc tablicom informacyjnym, na świecie jest tylko 19 jezior tego typu. Trud wynagradza nam za to bardzo mały ośrodek dla żółwi morskich, które składają swojej jaja na plaży (stąd zabronione jest rozbijanie campingów, aby ich nie wystraszyć). Znajdujemy kilka zbiorników z dorosłymi osobnikami i dwa z kilkudziesięcioma maluchami, które na wzór zabawek do kąpieli rozpryskują wokół siebie wodę, starając utrzymać się na powierzchni. Żółwie są zagrożone wyginięciem za co głównie odpowiedzialny jest człowiek, dlatego tym bardziej szanujemy podobne inicjatywy.

Okolice plaży są prawie puste, gdy postanawiamy zjeść tam lunch (nasi lemak rządzi!). Zawsze pamiętajcie o przekąsce podczas trekkingu! Niestety jest zakaz kąpieli, a to za sprawą venomous jellyfish (meduzy), jak informuje nas znak. Postanawiamy nie igrać z losem.

Nie jest to jedyny zakaz, który obowiązuje na terenie parku. Po drodze mijacie tablice krzyczące, że za palenie na terenie parku grozi wysoka grzywna lub 2 lata więzienia! Podczas naszego trekkingu minęliśmy 10 osób, cztery z nich paliły. Wszyscy wyglądali na Malezyjczyków. Szkoda, ale biorąc pod uwagę skalę, dżungli nic nie będzie, do czasu. A jest co chronić. Trasa jest przepiękna i znowu dosyć wymagająca. Same 10 km po równym mogą stanowić dla niektórych wyzwanie. Dodajcie do tego nierówny teren, zejścia i podejścia oraz wysoką wilgotność, a otrzymacie mieszankę, która sprawia, ze pot leci w trakcie po tyłku. Wszystko to wynagradza ciągłe dziewicze otoczenie. Rośliny, które znasz tylko z terrarium w zoo i to w karłowatej wersji, tutaj osiągają kilkunasto-, kilkudziesięciometrowe rozmiary. Zapach dżungli, a przede wszystkim jej dźwięk, to pełna magia. Jak to powiedział nasz znajomy z wolontariatu: „Zacząłbym się naprawdę martwić, gdyby to wszystko nagle ucichło”. Dopóki wszystko żyje, nie ma się czego bać. Mijasz pająki, rajskie ptaki, motyle o rozmiarze dłoni, a także… małpy. Wybraliśmy przekornie inną drogę, a i tak spotkaliśmy jedną z nich na szlaku. Nie chciała zejść z trasy i nawet lekko buntowała się na nasz widok, bo co będziemy panoszyli się po jej domu.

Na terenie parku jest kilka miejsc, gdzie można rozbić camping. Kiedyś musiało to wyglądać imponująco, bo znajdziecie tutaj wydzielone toalety, prysznice, nawet kuchnie. Wszystko to powoli trawi dżungla. Najwyraźniej nie ma zbyt wielu amatorów, którzy porwaliby się na wyzwanie. Dużą atrakcję stanowi Conopy Walkway, wiszący most o długości ponad 1 km. Niestety był w konserwacji podczas naszej wizyty. Dopytajcie o szczegóły pracowników parku przy głównym wejściu.


Na trekking koniecznie zaopatrzcie się w wodę, gdyż na trasie nie uzupełnicie butelek. Znajdziecie również wyraźny zakaz pobieranie wody ze źródeł, co może negatywnie wpłynąć na wasze zdrowie. Rekomendujemy także zabranie koszulki na zmianę, bo godzinna podróż powrotna w klimatyzowanym autobusie, będąc mokrym jak szczur to wątpliwa przyjemność.

Informacje praktyczne

1. Większość atrakcji turystycznych, które oferuje wyspa Penang jest za darmo. Wyjątek stanowi Fort Cornwallis.
2. W GT bez problemu znajdziecie pralnie self-service. Pranie i suszenie zawartości dwóch plecaków kosztowały nas RM 10. Czas trwania: 60 min.
3. Jeśli planujecie podróż z wyspy w kierunku południowym, warto skorzystać z przewoźników takich jak Billion Star Express, czy Delima. My kupiliśmy bilety do Singapuru u pośrednika, przez co doprowadziliśmy do nieprzyjemnej sytuacji na granicy. Wszystko udało się wyjaśnić, ale ufajcie wyłącznie sobie i kupujcie bilety samodzielnie.
4. Odpuściliśmy sobie Penang Hill będąc nieco przytłoczonym przez turystyczny charakter GT.