Sake z kartonu – zapiski z podróży przez Japonię

Sake z kartonu - zapiski z podróży przez Japonię

Często tak jest, że aby dobrze opisać najlepsze wspomnienia potrzebny jest czas. Nie poddajemy się wtedy chwili i emocjom jej towarzyszącym. Można na chłodno spojrzeć w przeszłość i porównać to, co tak naprawdę się wydarzyło z innymi okolicznościami, z którymi przyszło zmierzyć się też przed, jak i po.

Jeśli zapytacie nas, w którym kraju czuliśmy się najlepiej, który podobał nam się najbardziej, Japonia będzie na podium. Na początku trochę niechciana, w podróży z najbliższymi dostarczyła nam całego spektrum wrażeń. Bywało różnie, więc czas najwyższy na spowiedź.

Obojętność w Tokio

Decyzję dotyczącą podróży do Japonii podjęliśmy na samym początku naszej podróży, na Koh Phangan (Tajlandia), siedząc w barze przy plaży w ciemną i deszczową noc. Biję się w pierś, bo nie byłem największym orędownikiem w kontekście tego planu. Japonia jest droga, trzeba tam dolecieć samolotem (przecież to żadna przygoda!), poza tym co to za planowanie na kilka miesięcy do przodu – jesteśmy tutaj, żeby tego nie robić. Szybka matematyka rozwiązała wszelkie wątpliwości (you snooze, you lose), a Nati poszła na kompromis – Japonia za Koreę Południową.

Z upływem kolejnych tygodni powoli przekonywałem się do pomysłu, chociaż wciąż stosunkowo niewiele wiedziałem o kraju, do którego wialiśmy w podskokach, zmęczeniu po miesiącu spędzonym w Indonezji. Lotnisko w Tokio (Haneda) tuż przed północą jest nadal tłoczne, a nasz pociąg w kierunku miasta odjeżdża za kilkanaście minut. Gdzie jest bankomat? Nie działa. Drugi? Kolejka jak w spożywczaku po oranżadę za małolata. Puścicie nas pierwszych? My Polska, daleko, no money. Jasne, wskakujcie. Na marginesie, banknoty w Japonii są w takim stanie jakby dopiero wyszły z drukarni. Nie uświadczycie zagniecionego rożka, inicjałów wypisanych długopisem, czy dorysowanych wąsów. Na ostatni pociąg zdążyliśmy rzutem na taśmę. Zmęczone twarze pasażerów skierowane były w telefony komórkowe z dostępem do darmowego Internetu… w pociągu. Przesiadka w metro, ktoś zapytał, gdzie jedziemy, łamaną angielszczyzną starając się opowiedzieć swoją krótką historię. Człowiek wciąż ubrany w garnitur z lekko poluzowanym krawatem, wraca do domu podobnie jak ci wszyscy ludzie stłoczeni w ciasnym wagonie tuż przed północą w Tokio. „Jedziecie do dobrej dzielnicy, jadaliśmy tam z żoną ramen”. Gdzie ta obojętność?

Miasto po godzinach

Ulice o tej godzinie są puste. W pobliskich „ramenowniach” i salonach pachinko (japoński pinball) gromadzą się wszyscy ci, którzy nie zdążyli na ostatni pociąg do domu. Wrócą tam z samego rana, gdy ponownie ruszy komunikacja miejska, aby wziąć prysznic, przebrać śnieżnobiałą koszulę i ponownie stawić się w biurze na czas. Pociągi w tym kraju poruszają się z dokładnością co do jednej sekundy (choć nie dotyczy to autobusów). Patrząc w oczy szefowi stukającemu palcem w zegarek możemy jednak wręczyć usprawiedliwienie, które wystawia firma komunikacyjna w przypadku opóźnienia. Ale czy to się w ogóle zdarza? Gdzieniegdzie widać przechodniów po kilku (-nastu) głębszych. Mówi się, że tak odreagowują stres. Ich garnitury i nesesery zdradzają status społeczny. Nie pokrzykują, nie zaczepiają, idą w swoją stronę. W tym czasie do akcji wkraczają ekipy remontowe. Naprawiana jest uszkodzona sieć energetyczna, sygnalizacja świetlna, a instalacja leżąca głęboko pod ziemią zostanie zreperowana zanim pan Murakami zdąży otworzyć oczy po krótkim śnie tej nocy.

Kiedyś przeczytałem, że Japończycy stronią od konfrontacji. Nie wejdziesz z nimi łatwo w small talk, nie podniosą na ciebie głosu (ani na nikogo innego), nie wyjdą z inicjatywą, gdy właśnie zmagasz się z obsługą ekspresu do kawy w pobliskim 7eleven. Pójdą w swoją stronę ze wzrokiem skierowanym przed siebie. Twój indywidualizm, to co myślisz, jak się ubierasz nie ma znaczenia. Liczy się tylko, co oni jako grupa mogą zrobić dla tego kraju, który wciąż bierze udział w wyścigu technologicznym, choć złapał lekką zadyszkę. Pracę traktują jak wartość uplasowaną wyżej niż związki, przyjaźnie, rodzinę.

Jesteśmy w mieście, w którym jesteśmy niewidzialni. Możemy wejść wszędzie, być częścią życia tej zgranej masy, tak długo jak nie będziemy bez potrzeby się z nią konfrontować.

Instrukcja obsługi człowieka

W kraju, który z definicji zabija się indywidualizm i ceni konserwatyzm, wciąż dużą rolę odgrywa paradoksalnie innowacja. A może to już tylko adaptacja istniejących rozwiązań? Bo dlaczego możemy zamówić ramen zanim jeszcze wejdziemy do lokalu, nie znając japońskiego, przy użyciu automatu, a nigdzie na ulicy nie znajdziemy śmietnika? Są teorie, że to zapobiega zamachom terrorystycznym (w Japonii?!) lub powoduje, że ludzie zwyczajnie nie śmiecą (tylko noszą swoje odpady do własnego domu, gdzie poddają je segregacji). Ale przecież na świecie są już efektywne rozwiązania, choćby zbiorniki gromadzące śmieci w kontenerach pod chodnikiem, które nie wysypują się na ulicę i nie wydalają brzydkiego zapachu. Są kosze, które informują służby komunalne o tym, że zostały zapełnione i korzystają przy tym wyłącznie z energii słonecznej. Dlaczego kraj, który dał początek Nintendo, Toyocie, który rozwija sztuczną inteligencję, wydaje JR Passy (kilkudniowe bilety na pociąg) na wydrukowanym bilecie wielkości starej książeczki szczepień, po który trzeba zgłosić się osobiście w Japonii, ale tylko w sytuacji, gdy kupiliśmy go poza granicą kraju?

Wydaje się, że za to wszystko odpowiedzialna jest procedura, bez której nie ma życia, bez której się zgubisz, zaginiesz, znajdziesz w sytuacji bez wyjścia. Pamiętacie grafy, które rozpisują każdy możliwy wariant zachowania (programiści wiedzą o czym mówię)? W takich ramach funkcjonuje Japonia. Za przykład podam wam dialog na stacji kolejowej:

– Czy ten pociąg jedzie pod górę Fudżi?

– Tak.

– A o której odjeżdża?

– O 8:20.

– O której jest pociąg powrotny?

– Pierwszy o 8:20.

– … A taki, żeby udało nam się tam jednak spędzić trochę czasu?

– Kolejny jest o 10:00.

– Na rozkładzie w Internecie widzę, że możemy wrócić tym o 17:00.

– Zgadza się.

Pytanie zadane w nieprecyzyjny sposób zostanie brutalnie zweryfikowane. Nie możecie liczyć na przewidywanie, domyślanie się, wychodzenie przed szereg, a już na pewno nie kombinowanie. Tutaj się, nie kombinuje, tu jest tak, jak ma być.

Przepraszam, którędy do domu?

Widzieliście kiedyś mapę tokijskiego metra? No spaghetti! Z pomoca przychodzą oczywiście liczne aplikacje na nasze smartfony, ale nie zmienia to faktu, iż można się w tym pogubić, zwłaszcza na początku (chyba, że macie przy sobie Nati). Naturalny odruch to pytanie o pomoc, a kogo jak nie mieszkańca Tokio. I tu zaczynają się schody, bo jeszcze pół biedy, gdy losowo wybrana w tłumie osoba cię rozumie, połowa sukcesu jeśli zna miejsce, do którego zmierzasz, absolutne zwycięstwo, jeśli potrafi wyartykułować, jak należy się tam dostać. Powiedzmy jednak, że przeszliśmy jedynie przez pierwszy krok w tym procesie (a jak!), normalnie spotkalibyśmy się z teatralnie rozłożonymi ramionami. Nie w Japonii, biedak weźmie waszą mapę, odpali swoją komórkę i prawie za rękę zacznie prowadzić was tylko w sobie znanym (nieznanym!) kierunku. I nie odpuści! Będzie przewodził tak długo, aż oboje znajdziecie rozwiązanie, co w praktyce często oznacza, że nagle zauważając jakikolwiek punkt (który widzicie pierwszy raz w życiu), krzyczycie triumfalnie: to tutaj! Wtedy może odpuści.

Pen Pineapple Apple Pen, czyli co kręci Japończyków

Spotkałem się ze stwierdzeniem, że Japonia to kraina, w której spełnisz wszystkie swoje fantazje. Seksualność do duże tabu, ale za zamkniętymi drzwiami love hotels i barów ze striptizem możesz być kim chcesz. Tego nie wiem na pewno, ale dostępne często na YouTube’ie japońskie show zdają się potwierdzać przypuszczenia. Zaskakujące jest natomiast co innego. Konserwatywny z pozoru sposób życia stoi lekko w opozycji w stosunku do kwestii nagości w onsenach, czyli łaźniach z gorącą wodą źródlaną. Odnoszę wrażenie, że poza krajami skandynawskimi i Austrią, rzadko zrzuca się kompletnie ręcznik w saunie. Tak jest też w Polsce, choć znajdą się amatorzy. Do onsenu idzie się nie tylko po to, aby wygrzać się po ciężkim dniu pracy w basenie, to przede wszystkim łaźnia. A jak się domyślacie ciężko umyć się na oczach swoich sąsiadów z ulicy, pod ręcznikiem i przy przygaszonym świetle. Szorujesz się hardo z całą ekipą w sporej sali, a później relaksujesz w ukropie. Zachowane jest natomiast rozgraniczenie płci, zarówno mężczyźni, jak i kobiety mają swoje strefy. Tak było stulecia temu, tak jest teraz. Podobno niektóre domy wciąż nie mają prywatnych łazienek. Świat się jednak zmienia i dostępne są już zautomatyzowane onseny, w których możesz cieszyć się ciszą i spokojem.

Samotność w Tokio

Tylko, czy Japończycy chcą być samotni? Chyba częściej są do tego zmuszeni. Obowiązek utrzymania rodziny spoczywa głównie na barkach mężczyzny, choć współczesne trendy zmieniają podejście również tam. Mimo to, właśnie o mężczyznach teraz mowa. Wyjeżdżają do pracy w siedzibach wielkich korporacji, daleko poza rodzinna wioskę lub miasteczko. Zbyt daleko, aby móc wrócić do domu po kilkunastu godzinnym dniu pracy. Tak naprawdę, zbyt daleko, aby wrócić na obrzeża miasta, gdy swoją nocną przerwę zaczyna komunikacja miejska. Opcję na odreagowanie oferują liczne salony z grami hazardowymi (głównie wspomniane już pachinko). Jest ich naprawdę sporo, a w każdym z nich dziesiątki, kto wie, może nawet setki automatów. Wcześniej rozluźnić można się też w barze przy sake (albo pod sklepem, pijąc je nawet z kartonu), piwie, czy czymś mocniejszym. Zdaje się, że dopóki nie przychodzi się nagrzanym do pracy, problem ten nie bulwersuje społeczeństwa. Męskie spotkanie firmowe po godzinach, poluzowane krawaty, chwiejny krok, a jutro wszyscy stawią się w biurze punktualnie i tylko zaczerwienione oczy zdradzą, co działo się poprzedniej nocy.

Jakość made in Japan

Nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, ale nie da się przeoczyć stylu w jakim ubierają się Japończycy. Wielkomiejskie życie ma swój kanon, w Tokio znajdziesz najdroższe marki rodem z ulic Mediolanu, Paryża, czy Nowego Jorku, to oczywiste. Spróbuję jednak pogeneralizować. Uważam, że przykłada się tutaj dużą wagę do tego jak się wygląda. Duże znaczenie ma nie tylko projekt odzieży, ale także jakość materiału. Wystarczy spojrzeć tylko na tradycyjne kimona, czy kulturę cosplay. Innymi słowy, to nie jest państwo, które usprawiedliwia tandetę i idzie na kompromis z jakością. Chyba, że obecną modę stanowi „słodkie” zawijanie stopą do środka podczas spaceru. Podobno podkreśla to u kobiet dziecięcą niewinność. Hm.

Obywatel drugiej kategorii

Nie jest tajemnicą, że Japończycy stanowią bardzo hermetyczną masę społeczną. W swej burzliwej historii mają nawet epizod całkowitego zmaknięcia granic dla zachodnich krajów na ponad 200 lat! W okresie od 1633 roku, aż do 1853 wyjazd z i przyjazd do Japonii był zabroniony pod karą śmierci. Teraz jednak akceptują globalizację, bo ta napędza gospodarkę. Nawet jeśli sami korzystają wyłącznie z produktów, które produkują lokalnie, to przecież świat dzięki otwartym granicom może od nich kupować na potęgę. Ponadto zachodnie firmy dają miejsca pracy japońskim specjalistom, kasa krąży. Nie stać ich na to by być przeciwko. Nie oznacza to jednak, że gaijin (obcokrajowcy) witani są z otwartymi ramionami. Wielu z nich tutaj pracuje i świetnie sobie radzą (pozdrawiamy Paweł!), ale czy to jest idealny kraj, w którym można osiąść na stałe?

Zacznijmy od tego, że musicie mieć naprawdę mocne papiery, aby w ogóle móc pomyśleć o pracy w jednej z zachodnich organizacji na terenie Kraju Kwitnącej Wiśni (ekstremalnie ciężko jest zdobyć posadę w japońskiej firmie). Najlepiej jeśli mówicie też w języku japońskim, ale należy założyć, że jednak nie. Poważnym wyzwaniem jest też wynajem mieszkania, bo poręczyć musi za was Japończyk. Sprawa jest łatwiejsza, gdy to pracodawcy zależy na was – gdzieś w firmie znajdzie się przecież lokals. Ale co w sytuacji, gdy chcielibyście zapuścić tutaj korzenie? Administracja podrzuci wam pod nogi kilka kłód, ciężko będzie zmierzyć się z kredytowaniem, systemem emerytalnym i zdrowotnym. Poważną barierę stanowią też różnice kulturowe, które w połączeniu z barierą językową mogą doprowadzić do wielu nieporozumień. Z dobrych źródeł wiemy, że łatwiej jest natomiast na rynku matrymonialnym, zwłaszcza jeśli mówimy o mężczyznach. Obcokrajowcy wzbudzają ciekawość Japonek, traktowani są jako „osoby na posadach” skoro tutaj już są. Trochę gorzej jest w przypadku kobiet, które w zachodnim świecie są niezależne i w pełni samodzielne. Kłóci się to nieco ze standardowym i tradycyjnym modelem w Japonii, co nie wszystkim może przypaść do gustu.

Dla mnie osobiście jest to miejsce, w którym mógłbym się odnaleźć. Duże wrażenie robi panujący wszędzie porządek. Zasady i procedury, choć zagmatwane i ograniczające skracają pole manewru kombinatorom. Nie wiem tylko, jak poradziłbym sobie z przestrzenią, która jest w tym kraju na wagę złota. Małe mieszkania, kompaktowe samochody, ciasne metro, zatłoczone chodniki, z tym trzeba byłoby zmierzyć się dodatkowo każdego dnia.

Przepraszam, że wychodzę przed tobą

Nie ma chyba nic ważniejszego w kulturze japońskiej niż okazywanie szacunku, zwłaszcza osobom starszym i tym będącym na wyższych stanowiskach w strukturze społecznej. Dodatkowo ich język jest na tyle rozbudowany i wieloznaczny, że w jednym tylko „do widzenia” zaszyfrować można kilka przekazów. Bo pożegnanie rzucone na odchodne w sklepie albo znajomemu spotkanemu na ulicy bardzo różni się w tłumaczeniu od tego, którego użyjemy przed wyjściem z biura. W dosłownym przekładzie zwrot, którym się posłużymy oznaczać będzie: Przepraszam, że wychodzę z biura przed tobą. Wyraża on szacunek do pracy wykonywanej przez innych, jak również pewne zażenowanie, że wasz wkład na dzisiaj został zakończony. A co w sytuacji, gdy wasz szef regularnie zalicza nocki w biurze? Sprawa wydaje się prostsza w międzynarodowych zespołach, gdzie znajduje się złoty środek. Wszystko bierze w łeb, gdy jest się zatrudnionym w japońskiej firmie, ale to z kolei zdarza się bardzo rzadko obcokrajowcom. Praca jest świętością i należy ją wykonywać jak najdłużej. Spadek efektywności nie ma znaczenia, liczy się poświęcenie.

Praca traktowana jest serio bez względu na to, czy jest się prezesem wielkiej spółki, urzędnikiem państwowym, czy oficerem służb komunalnych. Wielką rolę odgrywa zachowanie wszelkich norm bezpieczeństwa (szkoda, że nie przeciwdziała się wypaleniu zawodowemu) i nawet szalet publiczny czyści się w pełnym umundurowaniu i kasku. Sprawa jest na tyle poważna, że bez mrugnięcia okiem potrafi się odwołać wszystkie pociągi na wypadek uszkodzeń wywołanych przez nękające ten rejon świata tajfuny, nawet jeśli w praktycy oznacza to tylko polską ulewę. Ciekawe swoją drogą, jak w tym wypadku można wytłumaczyć się ze swojej nieobecności w firmie? Nam nie udało się odwołać rezerwacji w hostelu, do którego nie dotarliśmy twierdząc, że na naszą niekorzyść działały siły natury.

Pisałem już o dużej uprzejmości przechodniów, którzy za wszelką cenę będą usiłowali wskazać wam drogę. Mimo wszystko łatwo się z tej sytuacji wykręcić. Gorzej, gdy zostaniecie zamknięci w taksówce, bo kierowca nie jest pewien, gdzie powinien was dowieźć i musi to skonsultować ze swoim kolegą, przechodniem, czy kimkolwiek innym. Zaletą XXI w. jest wszechobecny Internet, a łatwo jest włączyć lokalizację na mapie nawet w obcym miejscu. To wcale nie pomaga kierowcy, a gdy w zamkniętym samochodzie dochodzi do was dodatkowo, że cel podróży oddalony jest o 300 metrów od punktu, w którym tkwicie od kilku minut, to coś w was pęka. Nie ma natomiast opcji, aby zrezygnować z usługi przed jej wykonaniem. Tu nikt nie chce nabić nikogo w butelkę, taksometr został wyłączony, ale robota to robota. Zachowanie spokoju w takim momencie jest kluczowe. Nigdy nie jest mile widziane unoszenie się, a już na pewno nie pokrzykiwanie. Tylko jak to wszystko ogarnąć przyjeżdżając tu na wakacje?


Pełną galerię zdjęć z Japonii znajdziecie tutaj.