Sawaddee khrup (ka)!

Cześć czołem! Czyli „Sawaddee khrup” (jeśli wita się mężczyzna) i „Sawadde ka”, bo Nati też śle pozdro! Za nami kilka dni bez Internetu w szaleńczej gonitwie po mocno wydeptanych turystycznych szlakach. Po wyjeździe z Bangkoku postawiliśmy na dwa żelazne punkty dla każdego, kto przymierza się do zwiedzania Tajlandii.

Czy były tłumy? Nie. Czy padało? Nie. Czy było warto? Bardzo.

Bangkok ugościł nas serdecznie, ale i trochę sprawdził. Musicie wiedzieć, że backpackerski hostel może nie mieć w pokoju łazienki, dodatkowych ręczników, stabilnego wi-fi, ale nie do pomyślenia jest brak wiatraka. Nie da się bez niego żyć, tym bardziej, że stronimy od klimy, która oprócz tego, że kosztuje dodatkowe bahty wywołuje u nas natychmiastowe przeziębienie. Wiatrak chodzi więc dzień i noc, non stop. Byliśmy już spakowani by opuścić nasz pierwszy pokój, gdy na sekundy przed wyjściem to diabelne urządzenie wybuchło. Eksplodowało! Rozwaliło się na kawałki. Huk był spory, na szczęście dużo większy niż koszt naprawy tego szatana.
W te gorące i wilgotne dni współpracy odmówił również mój nieco wysłużony obiektyw. Cholera jasna. Zoom zablokowany, a mnie w plecaku pozostała jedynie tzw. „stałka”, która daje radę, ale przybliżenia wykonuje się odmierzając własne kroki zamiast kręcić sobie pierścieniem. Na szczęście, w takich momentach moja żona jest niezastąpiona. W mgnieniu oka znalazła człowieka, który prawdopodobnie mógłby pomóc. Był weekend, lokalizacja niepotwierdzona, ale udało się. Obiektyw został naprawiony w wielopiętrowym centrum elektroniki. Czułem się tam, jak podczas znanych wszystkim azjatyckich zawodów gier komputerowych. Facet złożył części w przeciągu godziny! Uratował trochę wspomnień, a ja jeżdżę teraz z precyzyjnymi śrubokrętami za piątaka, bo łudziłem się, że sobie poradzę sam w razie porażki… Dziękujemy Ci dobry człowieku 🙂

Nie ukrywam, że zmęczyła nas metropolia. To była najlepsza pora, aby ruszyć dalej w kierunku Kanchanaburi i Erewan Park. Dlaczego tam? Park krajobrazowy podzielony jest na 7 poziomów, a na każdym z nich wodospad, gdzie można schłodzić się w każdej chwili. Teren jest przepiękny, bo przypomina dżunglę, taką prawdziwą z bambusami i makakami skaczącymi wesoło nad głową z zamiarem buchnięcia najmniejszego kęsa jedzenia. W niewielkich akwenach przy wodospadach grasują za to ryby, które za friko obskubią wasze pięty bez konieczności wkładania ich do akwarium w salonach kosmetycznych. Tyle, że te potrafią mieć nawet 0,5-1 m! Na szczęście podgryzają te mniejsze 🙂

Kanchanaburi potraktowaliśmy jako bazę wypadową do parku i to tam przyszło nam spać w jednym z najbardziej klimatycznych miejsc. W domku przy rzece Kwai. Właściciel był wesołym grubaskiem, który o dziwo bardziej przypominał roześmianego mieszkańca Hawajów niż Taja. Użyczył nam hamaków oraz kajaka, w który udało mi się wskoczyć jeszcze przed zachodem słońca. Dzień zwieńczyliśmy dwiema butelkami lokalnej whiskey. Klepie nieco mniej niż standardowy Jaś Wędrowniczego, bo to tylko 35%, ale rachunek ekonomiczny wydawał się prosty. Butla 0,65 l wody ognistej = 4 lokalne piwa. Spać poszliśmy grubo po zachodzie słońca, a sen był słodki 🙂 Nazajutrz wpadliśmy jeszcze na szybki tour po moście, znanym z filmu o zaskakującym tytule „Most na rzece Kwai”. Człowiek, któremu ufam i trochę liznął kinematografii nie dawał wiary, że on jeszcze stoi (bo przecież wysadzono go tej produkcji) i że podobno to ekipa filmowa postawiła go po wojnie (nieprawda!). Jest, ma się świetnie, chociaż przypomina o naprawdę ciężkich czasach dla lokalnej społeczności, gdyż stanowi jedynie element tzw. the Death Railway. Trasy kolejowej wybudowanej przez Japończyków w czasie II WW, która zabrała życie około stu tysiącom jeńców wojennych i lokalnych mieszkańców.

Udało się nam wrócić ta trasą z powrotem do Bangkoku, skąd wyruszyliśmy dalej na północ, również pociągiem. A te różnią się nieco od tych, które znaliśmy do tej pory. Jedziemy 6h w wagonie sypialnianym. Łóżka są piętrowe, ale nie upakowano ich w przedziały. Znajdują się pod oknami, po jednej i drugiej stronie wagonu. Do dyspozycji jest kurtynka, która można odgrodzić się od pozostałych pasażerów oraz kocyk, który w strukturze przypomina raczej ręcznik. Komary i pchły gryzą jak diabli, ale to nie jest zła podróż.

Naszym celem na tym odcinku jest Stare Sukhothai. Centrum Historyczne, które posiada kompleks świątyń nieśmiało porównywanych do Angkor Wat w Kambodży. Dostajemy się tam na przemian autobusem, songthaew (pojazd, który dosłownie zabiera was na pakę) oraz tuk-tukiem, czyli motorkiem o nieco większym potencjale niż zwykle 🙂 Teren jest ogromny, sugeruje się nawet wypożyczenie roweru, który miałby ułatwić zwiedzanie. Ale, ale… you’re talking to me? Jesteśmy biegaczami, to i takie odległości pykniemy luzem. Mieliśmy sporo czasu, który wykorzystaliśmy głównie na pit-stopy, leżąc na ławce, nawadniając się i jedząc lody. Zaliczyliśmy jedynie 1 z 3 obszarów rekomendowanych przez władze parku. Wystarczy. Po fakcie trochę wątpimy w porównania ze znanym Angkor, ale park przyniósł nam spokój i ciszę, której brakowało nam nieco po kilku dniach w Bangkoku. Podobno warto odwiedzić Sukhothai bardziej niż Ayutthaya, gdzie łatwiej jest dostać się ze stolicy. Wiemy to z pierwszej ręki, odbywając miłą pogawędkę z młodą Holenderką, która wybrała się w samotną podróż po Tajlandii i Laosie. Da się? Pewnie, że tak. Szanujemy.

Zostało nam ruszyć dalej. Znowu na północ, znowu pociągiem. Przed nami 8-godzinna podróż do Chiang Mai, miasta znanego ze swoich licznych świątyń i wielu ośrodków edukacyjnych. Ale o tym kolejnym razem!

Garść ciekawostek:

  • Dworce w Tajlandii są bardzo bezpieczne i zadziwiająco czyste. Zupełnie niepodobne do rodzimej „berzy” 🙂
  • Na dworcu głównym w Bangkoku umieszczono duży telebim. Trafiliśmy na transmisję na żywo eliminacji do MŚ 2018 w Rosji. Tajlandia – ZEA. Później telenowele.
  • Na żadnym dworcu nie mieliśmy problemu z prysznicem. Koszt to jedyne 10 BHT. Ten w Bangkoku w klasie trzech gwiazdek, w Phitsanulok lepszy folklor.
  • Na terenie dworca nie można palić, ani pić alkoholu. Za to metr przed bramą wejściową już spoko. Zaprowadził nas tam Pan SOK-ista.
  • Przed dworcem kolejowym w Phitsanulok jest targ z pysznościami. Lokalne jedzenie na wynos za śmieszne kwoty, w Bangkoku już bez takiego wypasu.