Singapur – Little Red Dot

Singapur jest tak mały, że na mapach przedstawia się go jako małą czerwoną kropkę. Stąd jego mieszkańcy żartobliwie mówią o nim „Little Red Dot”. Może i jest jednym z najmniejszych miast – państw świata, jednak niewątpliwie znajduje się w czołówce największych potęg ekonomicznych, handlowych i technologicznych. Prawdziwy lew Azji, bo tak właśnie tłumaczy się Singapore – Miasto Lwa.

Legenda głosi, że książę Sang Nila Utma panujący w tym regionie w 1299 roku, szukał stolicy dla swojego imperium. Wspinając się na jedno z okolicznych wzgórz ujrzał w oddali piękną plażę na wyspie Temasek, co w języku jawajskim oznacza „Morskie Miasto”. Wracając z polowania, za krzakami dostrzegł również dziwne zwierzę – z czarną głową, pomarańczowym ciałem i białym brzuchem. Jego doradcy uznali, że to tygrys i przyjęli to za dobry znak. Książę dodał dwa do dwóch i wyszło mu pięć. Doszedł do wniosku, że tygrys jest za mało waleczny, więc postawił na „Miasto Lwa”. A że wioska na wyspie była „morska”, do herbu trafił Merlion, czyli skrzyżowanie ryby z lwem, który dziś jest dumnym symbolem Singapuru. Widać, że od dawna włodarze miasta mierzyli wysoko. Dziś ta prężnie rozwijająca się metropolia przyciąga wielu zagranicznych inwestorów i turystów. Zachwyca zieloną polityką, a jej synonimem są raczej „zakazy” niż jakiekolwiek zwierzę.

Mała czerwona kropka znajduje się na końcu półwyspu malajskiego. Obecnie to archipelag 63 wysp, który w 1965 r. uzyskał niepodległość od Malezji. Część swojego obszaru Singapur wyszarpuje z morza, o co toczy niekończący się spór ze swoim sąsiadem, z którym łączą go już tylko dwa mosty i woda.

Little India i China Town

Panujący wszechobecny mit, jakoby Singapur był strasznie, mega, okropnie drogi skłonił nas do wyboru najtańszego możliwego noclegu na skraju Little India. Torba pełna zupek chińskich i taniego chleba tostowego dociążała nielekkie już plecaki. Byliśmy gotowi niemal głodować, skrupulatnie pilnując podróżniczego budżetu. Wszystko to jest delikatną przesadą. Fakt, jest drożej niż w pozostałej cześć Azji południowo – wchodniej, ale standardowe backpacker’skie ceny przypominają raczej centrum Warszawy niż bogate dzielnice Tokio. Niemniej, mamy w portfelu jakieś 180 zł, dlatego do zwiedzania zabieramy się standardowo „z buta”, oszczędzając na komunikacji miejskiej. Poza tym, piechotą można zobaczyć o wiele więcej niż jeżdżąc skrytym pod ziemią metrem.

Little India są w każdym mieście w Azji – to skupisko restauracji z plackami naan, świątyń hinduskich i zwykle najmniej czysta dzielnica. Tu i ówdzie widzimy rozrzucone papiery, ale to raczej ulotki, które komuś przypadkiem wypadły. Nawet tu można by jeść z chodnika – Singapur jest bardzo czysty! I tak, wychodząc z najtańszej części miasta płynnie przechodzimy do China Town – drugiej typowej dla azjatyckich miast dzielnicy.  Można tu kupić kluski, elektronikę, kiczowate magnesy i wszystko, co wam przyjdzie do głowy. Kilka chińskich świątyń, niskie postkolonialne domki, czerwone latarnie zawieszone nad ulicami i zionące chłodem 7eleven. Widzieliśmy już  tego na pęczki. Odbijamy w bok i jesteśmy w porośniętym wieżowcami centrum.

Miasto w zieleni

Ostatnią rzeczą jaką można powiedzieć o Singapurze, to „betonowe miasto”. Jego polityka dąży do stworzenia miasta w zieleni, a nie zieleni w mieście. To rewolucyjne myślenie sprawia, że w każdym możliwym skrawku ziemi sadzone są drzewa, a wszystkie parki są niezwykle zadbane (i w większości bezpłatne) np. Fort Canning Park, piękny Ogród Botaniczny z najstarszym lasem deszczowym na wyspie, Hort Park czy nawet małe skwery jak Hong Lim Park, gdzie można ukryć się przed prażącym słońcem. Poczytajcie o nich i do Singapuru na wycieczkę wybierzecie coś dla siebie. Zielone obszary stanowią 10% całej powierzchni miasta. Chętnie sięga się po energię odnawialną – jak przy bulwarze Marina, gdzie wielkie wentylatory chłodzące pieszych napędzane są energią słoneczną, a recykling osiąga poziom 60%, dzięki czemu nie potrzeba wielu spalarni śmieci. To też umiłowanie do zielonych elewacji, pilnowania jakości benzyny i produkcji spalin. Popieramy takie myślenie.

Sto lat Singapur!

Tym samym wieżowce rodem z Manhattanu, przetkane drzewami, czy bluszczem nie przytłaczają sztucznością, a dodają szyku biznesowym i rozrywkowym dzielnicom. Dla odpowiedniego kontrastu, wysokościowce znajdują się tuż obok mariny. Otoczona deptakiem i nowoczesną architekturą pokazuje potęgę tego miasta. Marina jest też miejscem, gdzie odbywają się różne pokazy i ważne święta państwowe. Specjalnie na tę potrzebę wybudowano największą na świecie pływającą platformę i stadion z trybunami. Tutaj chyba wszystko musi być NAJ! Jak mówi Mati – nawet mosty są tak przemyślane, że mają miejsca do robienia zdjęć z idealnymi kadrami – ot cały Singapur.

Kiedy dotarliśmy nad brzeg mariny było jeszcze jasno, a wszystkie obiektywy miasta skierowano w niebo nad stadionem. Jeden rezolutny Pan widząc nasze zakłopotanie wytłumaczył, że Singapur za dwa tygodnie obchodzi swoje 52. urodziny. W związku z tym, przez dwa wcześniejsze weekendy będą odbywały się próby show i pokazu sztucznych ogni, tak by 9. sierpnia nie było żadnej wpadki. I fakt – niesamowity pokaz rozjaśnił niebo, bo oprócz fajerwerków w niebo wzleciały zdalnie sterowane świecące kulki, które przypominały gwiazdy tańczące podniebny spektakl. Nie chcemy nawet wiedzieć, ile kasy poszło na jedną taką próbę. Ale kto bogatemu zabroni 🙂

Po pokazach, nieprzytomni wracaliśmy już do hostelu, kiedy w jednym z parków rozkręcała się najlepsza impreza pod gołym niebem na jakiej byliśmy. Singapurski zespół, robił tak świetne covery znanych, radiowych przebojów, że mimo ogromnego zmęczenia, tańczyliśmy jak na starym, dobrym Openerze.

Gardens by the bay

Marina od zachodu przechodzi w kanał, wzdłuż którego turyści z całego świata popijają w knajpkach zimne wino i zajadają się krewetkami. My stawiamy (niestety) tylko na zimną Colę z McDonald’sa i bułkę z frytkami. Ale jakaż to miła odmiana od ryżu i makaronu z kurczakiem. Na południe od mariny jest z kolei park, który będąc wspólnym dziełem natury i człowieka zapiera dech w piersiach. Gardens by the bay, to kompleks kilku ogrodów oraz specjalnych futurystycznych szklarni ze specjalnym mikroklimatem. Nas najbardziej interesowała część z drzwopodobnymi, wysokimi konstrukcjami. Porośnięte egzotycznymi roślinami, z panelami słonecznymi i systemami nawadniającymi w górnej części odpowiadają za gospodarkę naturalną parku i za tysiące zdjęć, które turyści robią im z zachwytem.  Między najwyższymi z nich rozciąga się zawieszona w powietrzu ścieżka, ale taka przyjemność to już koszt około 80 zł. Gonił nas czas, nogi odmawiały posłuszeństwa, a kiszki wygrywały marsza przypominając, że na samej wodzie to może wielbłąd pociągnie, ale nie my.

Zakaz zakazywania zakazów

Singapur ma też renomę państwa, w którym więzienie, lub przynajmniej chłosta grozi nawet za pomyślenie o przestępstwie. Tak, kara śmierci istnieje i jest nawet popierana przez mieszkańców, ale widzieliśmy na ulicy mniej zakazów niż w Bangkoku. To prawda, wiele nie wolno, ale gdy się mieszka w tak poukładanym, czystym i zadbanym mieście, samemu nie chce się go zaśmiecać i niszczyć.

Kilka najbardziej znanych i trochę śmiesznych zakazów:

  • Nie można kupić i żuć gumy do żucia – PRAWDA, nie kupisz tu gumy – co najwyżej mentosa. MIT, żujących widzieliśmy i nikt nie trzepał nam plecaków na granicy w poszukiwaniu nielegalnych paczek Orbit.
  • Nie wolno śmiecić – PRAWDA, można dostać za to mandat (odpowiednio wysoki do zarobków), ale podobny mandat kolega dostał w Chinach za rzucenie papierka na ziemię. Tyle, że mandat kosztował tam 50 groszy, a nie 1500 zł.
  • Nie wolno niszczyć mienia publicznego i pisać po ścianach – PRAWDA, ale u nas też nie wolno.
  • Nie wolno przechodzić na czerwonym świetle i poza pasami – PRAWDA, a u nas? My żyliśmy na krawędzi i jak większość Singapurczyków łamaliśmy ten przepis.
  • Nie wolno mieć duriana w komunikacji miejskiej – PRAWDA, jak wszędzie w tej części Azji. Nie dziwi nas to, skoro coś tak… pachnie, to prawie jak bomba biologiczna.
  • Nie wolno nie spuszczać wody w toalecie i chodzić nago po domu – CO?
  • Nie wolno posiadać narkotyków – PRAWDA, za to grozi kara śmierci. Podobnie jak w sąsiedniej Malezji, a w Tajlandii grozi za to dożywocie.
  • Nie wolno wyjeżdżać z Singapuru z bakiem pustym do połowy – PRAWDA, widzieliśmy znaki, które mówiły o 500 dolarowej każe za wyjazd z pustym bakiem. Jest to polityka chroniąca przed tankowaniem w tańszej Malezji. Podobnie z kupnem dużej ilości towarów za granicą. Ale czy podobnie nie jest w Szwajcarii? Nie wwieziesz tam za dużo taniej, polskiej kiełbasy.

Te zakazy to prawda, ale jakby szerzej spojrzeć dotyczą podobnych aspektów życia jak w Polsce. Wyjątkiem są słynne gumy do żucia. Ten punkt dodałabym do polskiego prawa, bo obrzydzenie bierze czasem patrząc na chodnik, czy dotykając spodu siedzenia w autobusie.

Dwa dni w Singapurze

Jak to zwykle w podróży bywa – złe dobrego początki. 14 godzin w autobusie wlekącym się jak flaki z olejem nie nastrajało pozytywnie. Do tego 2.5 godziny stania w kolejce na granicy. Odliczaliśmy sekundy – 90 na jedną osobę: paszport, odcisk palców, głupi uśmiech do kamery, pieczątka i kolejna osoba. Przed nami było jeszcze z 30 osób, kiedy na poważnie zaczęłam zastawiać się nad powrotem do Malezji. Ale trudno, zacisnęliśmy zęby, przeklinając w myślach naczelnika w naszej kolejce. W końcu podróż to też czekanie. Z dwóch dni, które planowaliśmy poświęcić na Singapur zostało ledwie półtora. Ale jak to Mati mawia: „jesteśmy w końcu maratończykami”, więc biegusiem zobaczyliśmy wszystko to, co chcieliśmy, pozostawiając lekki niedosyt, by tu jeszcze kiedyś wrócić.

Co, gdzie, za ile?

  • Nocleg: najtańszą opcją jest pokój wieloosobowy. My wybraliśmy Traveller’s Loft – za 37 zł  (14.5 SGD) / os. / pokój 6 os. ze śniadaniem. Pokoje dwuosobowe będą już sporo droższe. Niektórzy backpacker’si sypiali kiedyś pod namiotami. Jednak od pewnego czasu, aby biwakować potrzeba zgody zarządcy parku, a do tego potrzebny adres zamieszkania w Singapurze. Także sprawa się rozwiązuje. Inni próbowali na dziko, ale noszenie się z ciężkim plecakiem po mieście i brak prysznica wydaje się bezsensownym rozwiązaniem w opozycji do 37 złotych. Dobrą opcją może być też Coachsurfing, ale nie znaleźliśmy nikogo, kto mógłby nam pomóc.
  • Jedzenie: zupki chińskie, kupione jeszcze w Malezji, zalewane w hostelu, to faktycznie niezły pomysł. Ale w Little India kupicie podstawowe danie już za 12 zł (4.50 SGD), a w McDonald’s zestaw za 13.25 zł (5.00 SGD). Dlatego nie trzeba aż tak zaciskać pasa. Natomiast drogie są napoje. W popularnym 7eleven woda półlitrowa kosztowała 6.60 zł (2.50 SGD)! Nie mówiąc o tym, jak drogie jest np. piwo. Warto szukać promocji – np. w tym samym sklepie 0.5 litrowy izotonik znaleźliśmy za 2.65 zł (1 SGD) i było to dużo lepsze rozwiązanie. W takim upale woda szybko wychodzi z człowieka, a z nią wiele mikroelementów. Puste plastikowe butelki można napełnić z dyspozytorów przy toaletach publicznych za darmo!
  • Komunikacja miejska: cena zależna od dystansu – około 4.50 zł (1.7 SGD) za przejazd metrem; 3.70 zł (1.4 SGD) za autobus na bardzo długim dystansie. Bilet z metra nie jest jednorazowy – możecie dobijać do niego kolejne przejazdy uzyskując 10 centów zniżki przy 3-cim i 6-stym przejeździe. Są też opcje 1, 2, 3 dziennych biletów miejskich dla turystów. Przykładowo 1 dzień kosztuje 53 zł (20 SGD), z czego 10 SGD to depozyt za kartę, który jest zwracany po oddaniu karty. Co daje 26,50 zł na cały dzień jeżdżenia. Szybko może okazać się to opłacalne.
  • Do / z Malezji: między Singapurem a Johor Bahru (malezyjskim miastem granicznym) można spokojnie przejechać komunikacją miejską. Najbliżej Little India znajduje się dworzec Queens Street, skąd jedzie CW2 – żółty autobus, autobus nr 170 i czerwony Express: Singapore – Larkin (dworzec autobusowy w JB). Cena to 8. 80 zł (3.30 SGD) na trasie SG – JB. Co ciekawe, z Malezji do Singapuru zapłacicie już 3.00 RM. Cwaniaczki! Wszystkie autobusy wysadzają ludzi na pierwszym punkcie granicznym, potem ten lub kolejny zabiera na kolejny punkt, a następnie do samego dworca autobusowego w JB. Dlatego, kupując bilet zachowajcie go i pokażcie przy wsiadaniu do kolejnego autobusu.
  • Zwiedzanie: wiele rzeczy można zrobić za darmo. Odwiedzić Ogród Botaniczny, dolną część Gardens by the bay, niektóre muzea. Przed przyjazdem sprawdźcie, czy nie ma akurat jakiś festiwali. My trafiliśmy na koncert w parku, a w każdą ostatnią niedzielę miesiąca również na Orchard Road grają liczne zespoły. Jednak kiedy przychodzi do płacenia za bilet wstępu, ceny zaczynają się od 60 złotych wzwyż dla turystów. Co możecie zobaczyć? Nocne Safari, ZOO, Safari nad rzeką, wyspę Sentosa z parkiem rozrywki i kasynami, diabelski młyn. Jest na co wydawać pieniądze.