Skuterem po Bali

Transport publiczny na Bali praktycznie nie istnieje. Można oczywiście wykupić wycieczkę i skakać od atrakcji od atrakcji, ale żeby zjechać z utartych ścieżek pozostaje transport na własną rękę. Do dyspozycji są: wynajem prywatnego kierowcy, taksi (lokalne taxi), Uber, Grab taxi (taki azjatycki Uber, zwykle tańszy niż konkurent) lub Go-Jek (taksówka na skuterze). Żadna z tych opcji nie jest jednak specjalnie tania i ogranicza czasowo. Poza tym czuliśmy, że Bali ma do zaoferowania więcej niż szlaki przetarte przez miliony turystów. Dlatego postawiliśmy na niezależność i przygodę, czyli stylową Hondę Scoopy. W hostelu zostawiliśmy większość ciężkich rzeczy, do małych plecaków wrzuciliśmy tylko najpotrzebniejsze ubrania i ruszyliśmy skuterem w kilkudniową wyprawę po Bali.

Środkowe Bali

Na rozgrzewkę trasę zaczęliśmy od kilku świątyń w regionie. Nati nawigowała i po kolei odwiedzaliśmy: Goa Gajah, Pura Pentana Sasih, Yeh Pulu, Tirta Empul, Gunung Kawi. W tych ważniejszych dostaliśmy darmowy sarong w celu okrycia kolan (nie dajcie się naciągnąć pobliskim sklepikarzom, chyba że chcecie mieć taką pamiątkę). Kobiety proszono o związanie włosów i nie wchodzenie do świątyń podczas menstruacji! Kultura Bali i wierzenia mieszkańców to rozdział na osobna książkę. Jest w tym coś magicznego, czasem przerażającego (statuetki bogów), ale zwykle przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Największe wrażenia zrobiła na nas Tirta Empul z Holy Springs (świętymi źródłami), gdzie wierni obmywają swoje całe ciało składając dary.

Kąpiel w świętych źródłach dostępna jest też dla turystów za odpowiednią dopłatą.
Mati w sarongu 🙂

A propos darów, znajdziecie je wszędzie. Przyjmują postać małych koszyczków zrobionych z liści bananowca, które wypełniane są krakersami, ryżem, płatkami kwiatów i owocami. Osoba odpowiedzialna za modlitwę dołącza także kadzidełko skrapiając wszystko wodą. Umieszcza się je w różnych miejscach – ulica, chodnik, środek ogrodu, poddasze, próg sklepu – czasem leżą na ziemi, innym razem stawia się je w małych kamiennych lub bambusowych domkach. Mają przywołać bogów i chronić nie tylko mieszkańców, lecz także gości, czy przechodniów.

Składanie ofiar i modlitwa do bóstw.

Oglądaliście „Bucket List” z Morganem Freemanem i Jackiem Nicholsonem? Pamiętacie scenę z przygotowywaniem punktów, które trzeba zaliczyć przed śmiercią? Wśród nich była degustacja najdroższej kawy świata – Kopi Luwak. Kawy, która rośnie m.in na plantacjach Bali. Ziarna są naturalnie wyselekcjonowane przez populacje łasic o nazwie Luwak. Nie trawią ich one w całości i wydalają w postaci… no wiecie. Ziarna są następnie suszone, prażone i mielone. Są w Europie miejsca, gdzie za filiżankę zapłacicie 25 EUR, tutaj kosztuje ona 50.000 IDR. Do tego możecie zdegustować siedem rodzajów kawy i herbaty. Wszystko bez barwników i konserwantów, prosto z plantacji, która widzicie z kawiarnianego stolika (polecamy Alam Bali Agrowista). Gratis jest także historia i opis procesu uprawy wielu przypraw takich jak cynamon, gałka muszkatołowa, czy goździki.

Filiżanka najdroższej kawy świata tutaj kosztowała tyle, co cappuccino z sieciówki.
Kupa z ziarnami? Nam to raczej przypomina zdrowe, orzechowe batoniki w czekoladzie 😉
Jedna z łasic gotowa do nocnych zbiorów.
Z tarasu widzieliśmy plantację wszystkich przypraw, które na zimę trafiają do polskich domów!
Cynamon, gałka muszkatołowa, goździki. Zaskoczyliśmy przewodnika historią o dekorowaniu zimą pomarańczy goździkami 🙂

Zabralibyście na Bali kurtkę i długie spodnie? My chyba też nie, gdybyśmy nie kręcili się po świecie w rożnym celu. Dużą niespodzianką było to, co zastało nas powyżej plantacji, w kierunku Gunung Batur. Deszcz, mgła, zimno. Do tego pęd powietrza na skuterze, przemarzliśmy do szpiku kości. Jest to jednak nasz ulubiony etap. Po drodze mijaliśmy małe wioski, pozdrawialiśmy się z mieszkańcami i próbowaliśmy jedzenia w lokalnych warungach, które było wyborne. Traf chciał, że ten etap zbiegł się z 72. rocznicą odzyskania niepodległości przez Indonezję. Każdy jeden zakątek, każdy jeden dom, czy sklep przystrojony był czerwono-białą flagą. Było to niewymuszone, mimo skali nienachalne i bardzo autentyczne. W związku ze świętem w Indonezji odbywa się wiele konkursów. My byliśmy świadkami walki dwóch młodzieńców siedzących na bambusowej tyczce 1.5 m nad ziemią. Okładali się workami z ryżem. Wygrywał ten, który utrzymał równowagę najdłużej. Kończąc pierwszy dzień przejażdżki rzuciliśmy okiem z drogi na tarasy ryżowe Tegallalang. Coś mówiło nam, ze jeszcze będzie okazja zobaczyć je poza szklakiem turystycznym. I nie myliliśmy się.

Hej Nati, widzisz ten wulkan? Wejdziemy na niego? 😉
Finał zabawy był taki, że dwóch młodzieńców skąpało się w błocie 🙂

Zasięgnęliśmy języka u obsługi hostelu, poczytaliśmy Lonely Planet i wszystko wskazywało na to, że warto podjechać do Jatiluwih, górskiej miejscowości, gdzie uprawia się ryż. A robi się to tak ładnie, że UNESCO wpisało obszar na swoją listę. Pierwszy punkt widokowy, drugi i zjeżdżamy Scoopy’im na dół. A tam niespodzianka, opłata za wjazd na teren wioski. Nieduża, bo jedyne 20.000 IDR za osobę, ale za nami ustawiła się już kolejka autobusów dowożąca tutaj turystów. Rezygnujemy, wystarczy nam to, co zdążyliśmy zobaczyć sprzed bramy. Odjechaliśmy kilka kilometrów dalej na północ, a rozległe tarasy ryżowe mieliśmy na wyłączność! Wracając do głównej drogi skręciliśmy w lewo, w kierunku jezior: Bratan, Buyan, Tamblingen. Pierwsze z nich było całkowicie spowite mgłą, gdy je mijaliśmy. Na tym odcinku nadal nie mogliśmy pozbyć się turystów, ponieważ przy pierwszym z akwenów znajduje się znana z okładek przewodników świątynia Pura Ulun Danu Bratan. Niestety była zamglona. Dwa kolejne jeziora to absolutny hit. Obserwując je z góry nie mogliśmy wyjść ze zdziwienia, jak doskonała potrafi być natura. To miejsce przyciąga, zwłaszcza, że znajdziecie tutaj mnóstwo warungów z przepięknym widokiem na akweny i miejscami do idealnego selfie z dżunglą w tle.

Coś mi mówi, że skręciliśmy w złą drogę 😉
Chyba już o tym wspominaliśmy, ale warto to zaznaczyć raz jeszcze – Indonezja ma naprawdę przepyszną kawę i nie mówimy wyłącznie o Kopi Luwak.

Na północy wyspy

To był drugi dzień na skuterze. Planowaliśmy nocleg w Lovina na północnym wybrzeżu, ponad 100 km od Ubud. Zjeżdżając z gór w okolicy jezior należy zachować szczególna ostrożność, jest naprawdę stromo. Staczaliśmy się na hamulcach, mijając malownicze wioseczki. Tutaj na próżno szukać zachodnich sznytów. Mimo kilku gorzkich słów w stosunku do Indonezyjczyków, muszę przyznać, że to wspaniali i uśmiechnięci ludzie. Daleko im do typu, który opisujemy jako nachalny, czy męczący. Jeśli robią biznes, to konkretnie, tu i teraz. Jeśli nie, rozstajemy się w zgodzie wymieniając porozumiewawczo spojrzenia. Na szczęście wychowała nas Polska, więc przy negocjacjach musimy mieć wypisane to „coś” na twarzy. Po kilku chwilach Indonezyjczyk już wie, że my wiemy i należy rozejrzeć się np. za Brytyjczykiem.

W Lovina byliśmy na godzinę przed zachodem słońca. Z prywatnych bungalowów (wreszcie 😉 ) mieliśmy plażę na wyciągnięcie ręki – zaledwie kilkadziesiąt metrów. Czarny, powulkaniczny piasek, kilka małych knajpek i mnóstwo łodzi, które przed świtem wypłyną w poszukiwaniu delfinów. Nie będziemy ukrywać, że między innymi dlatego tutaj trafiliśmy. Z pewnych względów morskie ssaki upodobały sobie tą część wybrzeża. Postanowiliśmy uczcić dzień małym Bintangiem na plaży, wśród radosnych maluchów i ich rodziców pluskających się w morzu przy świetle zachodzącego słońca. Los chciał, abyśmy w tym miejscu spotkali też naszych południowych sąsiadów ze Słowacji. Zanim zapadła noc mieliśmy już plan na to, jak powinniśmy uczcić nasze spotkanie. David z Sylwią przywieźli ze sobą vinovice – bimber z winogron, domowej roboty. Czas mijał nam szybko, nad głową latał zwariowany nietoperz, a Słowacy cytowali fragmenty z „Chłopaki nie płaczą” i „Poranek kojota”. Nie macie pojęcia jakie salwy śmiechu wywołuje u nich zdanie – „Przejechałeś jeżozwierza!”. My z kolei popłakaliśmy się z dwuznaczności stwierdzenia (fonetycznie): „Ake pekne czeplaki”. A im chodziło tylko o spodnie 🙂

Zasłużone piwko po całodziennej podróży.

Następnego dnia musieliśmy wstać tuż przed wschodem słońca, żeby wypłynąć na spotkanie z delfinami. Spożyte procenty nie ułatwiały sprawy, a nam przeszła przez głowę myśl, że człowiek może być naprawdę szczęśliwy bez mocnego alkoholu. Jestem zafascynowany zwierzętami morskimi, morzem i stylem życia jaki wymusza ono na mieszkańca wybrzeża. Widziałem już kiedyś delfiny w oceanarium na Krymie, ale to zupełnie nie to samo, co zobaczyć jest w naturalnym habitacie. Łudziliśmy się, że będzie ku temu okazja podczas rejsu promem z Lombok na Bali, ale nie mieliśmy szczęścia. No cóż, trzeba było więc zapłacić, czego teraz trochę żałujemy. I nie chodzi o pieniądze. Obserwowanie delfinów, które żerują przed wschodem słońca przypomina raczej tropienie. Istne polowanie! Ssaki potrafią na długo wstrzymać tlen, więc wynurzają się co kilka minut. Gdziekolwiek by się nie pojawiły, za moment gonią je wszystkie łodzie. Kilkadziesiąt łódek z silnikiem motorowym. Nie mam pewności jak bardzo zwierzakom to faktycznie przeszkadza (bo krążą słuchy, że nawet lubią obecność ludzi), ale przypuszczam, że nią są zbyt szczęśliwe, gdy podczas śniadania nad głową hula im tyle turbin.

Indonezja to kraj wschodów słońca. Każdy jeden piękniejszy od poprzedniego 🙂
Nie było spektakularnych skoków na tle tarczy słońca, ale kilka płetw udało nam się dostrzec.

Zachód słońca

Północne wybrzeże Bali nie ma o wiele więcej do zaoferowania. Oprócz absolutnej bomby – zatopionego wraku amerykańskiego statku towarowego. Wpiszcie w mapy Google: Tulamben US Liberty Wreckship, a z pewnością znajdziecie to miejsce. Nieopodal usytuowanych jest wiele szkół nurkowania, gdzie wypożyczycie zestaw snorklingowy (50.000 IDR/set). Naszym zdaniem jest to absolutny must, bo statek widać już w odległości 60-100 m od plaży. Jest niesamowity, jest ogromny. Porośnięty przez morską faunę, otoczony rajskimi rybami, przyciąga wielu amatorów nurkowania. Nie trzeba zejść pod wodę bardzo głęboko, aby zbadać tą niesamowitą konstrukcję. Ciekawostką jest, że statek zatonął w wyniku lekkiego trzęsienia ziemi, wywołanego erupcja wulkanu na Bali w latach ’60. Nie został więc zbombardowany, a „jedynie” zsunął się w dół rafy, gdzie będzie spoczywał na wieki.

Porośnięte koralowcem wnętrze statku i olbrzymie ryby robią wrażenie.
To nie jest jeszcze mistrz selfie, ale jeszcze trochę…

Tego dnia mieliśmy do przejechania 80 km. Vinovica uleciała już całkowicie z organizmu, być może również dzięki emocjom jakie dostarczyło nam pływanie nad wrakiem. Naszym kolejnym przystankiem było Amed na północnym wschodzie wyspy. Miasto położone w malowniczej scenerii z bezpośrednim widokiem na najwyższy wulkan Bali – Gunung Agung (3142 m.n.p.m.). Znajdziecie tam całkiem długą i dość szeroką plażę, pozbawioną tłumu turystów. Pokryta jest czarnym pyłem i niewielkimi kamieniami. Naszym zdaniem dodaje to tylko uroku temu miejscu, zwłaszcza, gdy zdecydujecie się podziwiać stad zachód słońca. Coś niebywałego.

Kolekcjonerzy zachodów słońc – jeździe do Indonezji!

Przydało nam się trochę odpoczynku po długiej trasie i zerwanej nocce. Miłym udogodnieniem był także prywatny pokój, już drugi raz podczas balijskiej wyprawy. Początkowo chcieliśmy wracać do Ubud wzdłuż wybrzeża, okrążając Gunung Seraya, ale uznaliśmy, że zdecydowanie lepiej będzie wybrać drogę przez przełęcz w kierunku Virgin Beach – plaży uważanej przez niektórych za najpiękniejszą na wyspie. Powtórzę się, ale nawet nas nie przestaje to zaskakiwać. Jadąc główną drogą dostrzeżecie ogromny drogowskaz wymalowany białą farbą, który pokieruje Was w stronę morza. Po drodze miniecie małe stanowisko, gdzie za wjazd zostanie pobrana od was opłata w wysokości 10.000 IDR/os. Kilkaset metrów dalej znajduje się parking, stanowiska z przekąskami i warungi. Krótki spacer w dół i kiedy już ujrzycie piękną plażę z widokiem na wysepkę w kształcie wieloryba, Indonezyjczyk z uśmiechem na twarzy oznajmi wam, że trzeba zapłacić za wejście ponownie.

– Jak to? My już płaciliśmy.

– To dlatego, że wjechaliście tutaj z innej wioski. Oni pobrali od Was opłatę za przejazd, u nas płacicie jedynie za wejście na plaże. Następnym razem wjedźcie od naszej strony.

– Panie, następnego razu nie będzie. Dzięki.

Plaża może i jest piękna, ale zdecydowanie daleko jej do tych, które widzieliśmy choćby w Tajlandii.

Ten kraj to stan umysłu. Naprawdę nie chodzi o pieniądze, bo kwoty wydają się być śmieszne, ale bardzo nie lubimy, gdy robi się z nas głupka. Większość zachodnich turystów nie widzi w tym problemu, co tylko zachęca lokalsów do procederu. Nam wystarczyło to, co zobaczyliśmy ze wzgórza.

Następna stacja – Candidasa Beach, choć plaża to zbyt wygórowane słowo na opis tego miejsca. Znajdziecie tam za to falochrony i piękna panoramę z widokiem na Lombok oraz Nusa Penida. Urzekła nas ta sceneria, spokojna atmosfera, brak ludzi i widok latawca, który bez dwóch zdań powinien być symbolem wyspy. Znajdziecie je wszędzie! Najwięcej jest ich w okolicach Ubud, tam przybierają też największe rozmiary. Są w kształcie statku, ptaka, smoka. Unoszą się głównie nad polami ryżowymi, co ma związek z wierzeniami mieszkańców. Składają oni w ten sposób hołd bogom, którzy opiekują się ich uprawami. Na pewno jest to widok, który zostanie w naszych głowach na całe życie.

W tle widać niezbyt turystyczną, ale piękną wyspę Nusa Penida – warto odwiedzić ją podczas podróży na Bali.
Wymyślnych kształtów latawce przypominają magiczne filmy Studia Ghibli.

White Villa Hostel cz. II

W hostelu zostawiliśmy większość swoich rzeczy, wyruszając w trasę skuterem. Chcieliśmy zwrócić go właścicielom i zostać na kolejną noc. Tym razem otrzymaliśmy łóżka w pokoju na parterze. Niestety nie było już Nikolety, ale w tym miejscu ciągle przybywała para Francuzów, z którymi piliśmy aperol anyżowy pierwszej nocy. Zdecydowanie zasłużyliśmy też na dużego Bintanga i długi sen. Było nam tutaj tak dobrze, że wykupiliśmy kolejną dobę – czekało na nas błogie lenistwo.

Villa zapewnia w cenie również niewielkie śniadanie z gorącym napojem. Do wyboru są: naleśniki z bananem lub tosty z jajecznicą. Codziennie pijemy wyborną balijską kawę, która w strukturze przypomina polską zalewajkę, tylko o niebo pyszniejszą. Czujemy dziwny sentyment do tego miejsca, a domowa atmosfera sprawia, że czas leci nam zbyt szybko.

Podczas dotychczasowej podróży zdarzyło nam się spać w kilku dormach. Czasami nie zamienisz ze swoimi współlokatorami ani słowa, bo wracasz zmęczony po całodniowym zwiedzaniu i jedyne z czym możesz się jeszcze zmierzyć tego dnia, to ciepły prysznic. Innym razem spotkasz kogoś, kto zagada cię swoją historią tak, że nie zdążysz pochwalić się, gdzie sam do tej pory byłeś. Trzeci scenariusz to naprawdę luźna i niezobowiązująca atmosfera, gdy wszyscy czują się dobrze w swoim towarzystwie. Tak właśnie było w Ubud. Chilijczyk, Belgowie, Niemka, Duńczycy, Francuzi, wszyscy zjechali tutaj bez większego planu, wszyscy zostali dłużej niż pierwotnie zamierzali, wszyscy opuszczali mury z uśmiechem na twarzy.

Ostatnie chwile na relaks i podziwianie widoków z tarasu.

Nam początkowo też było do śmiechu, gdy zabraliśmy się za pakowanie i organizowanie transportu do stolicy Bali – Denpasar. Mimo, że miasta dzieli jedynie 20 km, na próżno szukać transportu publicznego. Ciężko złapać także bemo, czyli mały prywatny busik rozwożący ludzi. Jedyną opcją jest Taxi Grab, tutejszy Uber. Namierzamy dwóch kierowców, jeden z nich jest tuż obok nas. Aplikacja wyświetla cenę: 85.000 IDR. Zamawiamy!

– Dokąd dokładnie jedziecie? – otrzymujemy wiadomość przez Graba.

– Na północ Denpasaru.

– 170.000 IDR.

– Ale aplikacja pokazuje 85.000 IDR!

– To za daleko.

Nie z nami te numery. Czekamy na kolejnego, przewidując że znowu ktoś stara się nas naciągnąć. Minuty mijają, a my ciągle obserwujemy na mapie te same dwa samochody. Nikt nie odpowiada. Regularna taksówka na pewno wyniosłaby nas krocie, uprzejma pani z recepcji zna kogoś kto zawiezie nas za 250.000 IDR. Ale tymczasowo odkładamy te opcję w swoich głowach. Tego dnia znowu mamy szczęście, nagle pojawia się zgłoszenie: Ok, biorę was za 85.000 IDR. Wsiadamy do samochodu żegnając powoli Bali. Na tyle wolno, że granice wyspy upuścimy dopiero za kilkanaście godzin, ale to już inna historia.

Wyspa nie tylko dla snobów

Brak oczekiwań pozwolił nam podejść swobodnie do oceny Bali. Od początku trzymaliśmy się kilku założeń: śpimy w Ubud, spróbujemy przejechać wyspę skuterem, za żadne skarby nie wybieramy się w okolice turystycznej Kuty. Po niemiłych doświadczeniach z Gili T. zaczęliśmy wierzyć niektórym na słowo. Spotkaliśmy tutaj cudownych i otwartych ludzi, którzy jak my są tylko przejazdem. Jeden tydzień to za mało, aby dogłębnie poznać Bali, jednak wystarczająco długo, aby ją pokochać. Bez względu na to, czy jesteś miłośnikiem sportów ekstremalnych, plażowiczem, lubisz luksusowe hotele i gustowne restauracje z pięknem widokiem, a może odznaczasz na mapie świata wszystkie świątynie, znajdziesz tutaj coś dla siebie. W Amed spotkaliśmy dojrzałą Niemkę, która postanowiła zakończyć swój półroczny bezpłatny urlop właśnie tutaj. Zostanie jeszcze 7 tygodni. I naszym zdaniem nie ma w tym ani grama przesady.

Praktyczne informacje:

  • Po mieście i między kurortami najlepiej poruszać się Grab’em – indonezyjską wersją Uber’a lub Ojek’iem – taxi skuterem. Z Ubud do Ubung Denpasar – dużego terminalu autobusowego w stolicy wyspy dojedziecie za 86.000 IDR/samochód, ale mogą pojawić się spryciarze, podający po zarezerwowaniu przejazdu wyższej ceny!
  • Koszt wynajmu skutera to około 50.000 – 70.000 IDR/ dzień. Biorąc Hondę na 4 dni zapłaciliśmy 240.000 IDR. Cena podlega lepszej negocjacji im dłuższy jest okres wypożyczenia.
  • Większość wejść do muzeów i świątyń to koszt 15.000 – 20.000 IDR/os.
  • Na Bali nie istnieje komunikacja miejska, ale między turystycznymi miastami kursuje autobus Kura-Kura, z Ubud autobusy odjeżdżają z Ubud Central Parking przy Jalan Suweta. Tam też znajdziecie rozkład jazdy i cennik. Do Denpasaru można dojechać za 80.000 IDR/os., co w porównaniu z Grabem jest nieopłacalne!