Trekking na Rinjani bez przewodnika

Trekking na Rinjani bez przewodnika

Rinjani to wulkan o wysokości 3726 m.n.p.m., który góruje nad małą indonezyjską wyspą Lombok, będąc co roku celem wspinaczkowym tysięcy turystów. Każdy chce zobaczyć wschód słońca ze szczytu, pochwalić się pięknym zdjęciem i opowiedzieć jak ciężko się go zdobywało. Wy też możecie to zrobić, niemal za darmo, dodając przy tym, że obyliście się bez tragarzy i lokalnego przewodnika. Obalamy mity i rozwiewamy wszelkie wątpliwości – górę Rinjani można zdobyć samemu!

Widok na Rinjani z sawanny.

Poniżej przedstawiamy najważniejsze elementy przygotowania do wyprawy i koszty z jakimi się spotkaliśmy. Pełen kwiecistych wspomnień wpis przeczytajcie, jako uzupełnienie i inspirację dla tego praktycznego wywodu. Chcemy tylko zaznaczyć, że samotny trekking na wulkan jest możliwy wyłącznie dla osób, które znają swoje możliwości fizyczne i psychiczne oraz mają dobrą kondycję – żadnych problemów z sercem, astmy itp. Trzeba ruszać się na co dzień więcej niż przeciętny Kowalski. Jak wiecie, jesteśmy biegaczami. Mati ma na swoim koncie wiele maratonów dzięki czemu wie, ile jest w stanie wytrzymać psychicznie. A to okazuje się najważniejsze na godzinę przed zdobyciem szczytu, kiedy tylko motywacja dodaje sił. Jeśli chodzi o doświadczenie w podobnych wspinaczkach, musimy przyznać, że wcześniej zdobyliśmy hiszpański wulkan Teide wjeżdżając na niego kolejką linową i weszliśmy na Śnieżkę w dżinsach, kiedy śnieg sięgał po pas.

Jak dostać się do punktu startu?

Start samotnej wycieczki najlepiej zaplanować z miejscowości Sembalun Lawang. Tu znajduje się brama wejściowa na teren parku, a trasa do obozu na krawędzi krateru, Plawangan Sembalun ok. 2639 m.n.p.m., gdzie powinniście zostać na noc, jest najkrótsza i najłatwiejsza. Do Sembalun najprościej dojechać od strony Mataram – stolicy wyspy. Z dworca autobusowego Mataram złapcie bemo – lokalny rodzaj małego busa – do Aikmel. Rozsądny koszt to 30.000 IDR/os. Tam, na dużym skrzyżowaniu należy przesiąść się w małego pick-up’a, którym mieszkańcy dojeżdżają do wioski. Koszt to 25.000 IDR/os. Oczywiście wszyscy będą początkowo podawali mocno zawyżoną cenę, dlatego trzeba się uparcie targować! Lokalsi wiedzą, że turysta w tych stronach jedzie w kierunku Rinjani. Czas podróży zależy od waszego szczęścia na drodze, ale powinna trwać około 5 godzin. W drogę powrotną udało nam się złapać płatny przejazd aż do Bangsal, ponieważ płynęliśmy stamtąd na wyspy Gili. Jest to jednak nieporównywalnie trudniejsze i droższe (wytargowane 100.000 IDR/os). Mało który samochód jedzie w tamtym kierunku.

Sembalun Lawang

To wioska leżąca na wysokości około 1200 m.n.p.m., co oznacza, że w nocy jest bardzo zimno! Miejscowość rozciągnięta jest wzdłuż głównej drogi. Znajdziecie w niej kilka noclegów typu home-stay lub lepszej klasy bungalowów. Ceny zaczynają się od 150.000 IDR/os./noc. Idąc w góry na jedną noc musicie zostać w sumie trzy doby w mieście (a raczej za tyle zapłacić). Pierwszej nocy wychodzicie nad ranem, zostawiacie resztę bagaży w hostelu, drugiej śpicie na kraterze, trzeciej odpoczywacie po powrocie do wioski, ponieważ po godzinie 18-tej nie znajdziecie żadnego transportu do Mataram. Poza tym, jest tam kilka sklepików spożywczych, punkt gdzie wynajmiecie sprzęt trekkingowy, dwa meczety i duża brama prowadząca na teren parku narodowego. Obok niej znajduje się biuro parku, gdzie sprzedają bilety wstępu – bagatela 310.000 IDR/os. z ubezpieczeniem. Ten koszt jest do pominięcie. Jak? Czytajcie uważnie dalej 🙂

Dla porównania mieszkańcy Indonezji płacą jedynie 10.000 IDR. Spora dysproporcja, prawda? A! Tę cenę musielibyście dodać do kosztów wynajmu przewodnika i portera – tragarza w klapkach. Niezły biznes!

Zostawiliśmy w dole śpiące jeszcze Sembalun.

Jak przygotować się do trekkingu?

Wchodząc sami musicie mieć świadomość, że przez całą trasę będziecie nieśli wszystkie zapasy z sobą! Dlatego, należy rozsądnie się przygotować i ocenić swoje możliwości fizyczne. Według nas, w przypadku samotnej wyprawy plan wygląda tak: dzień trekkingu – noc w obozie – dzień trekkingu powrotnego. Każda kolejna doba to dodatkowe litry wody i kilogramy jedzenia na plecach.

Tak, niepozornie, prezentował się nasz cały ekwipunek. Trochę ciuchów, dużo prowiantu 😉

Jedzenie i picie

  • chleb, masło orzechowe, dżem (w plastikowych opakowaniach), słodkie bułki, 2 paczki dużych wafelków, 2 duże paczki ciastek Oreo, 2 duże paczki lokalnych ciastek, 8 batonów czekoladowych – warto pamiętać o wysokokalorycznych przekąskach, bo trekking jest naprawdę wymagający;
  • 2 butelki 1.5 litrowej wody na osobę;
  • na górze dokupiliśmy jeszcze jedną butelkę (20.000 IDR, ale była to woda niewiadomego pochodzenia, więc trzeba było ją odkazić tabletkami. Prawdopodobnie biorą ją ze strumyka i nie poleca się jej picia) i dwie małe butelki Coca-Coli 0.33l (30.000 IDR każda – totalne zdzierstwo, bo w wiosce za tyle dostaniecie 3 litry!). Im wyżej się wejdzie, tym więcej ona kosztuje, ale nic nie smakuje lepiej jak zimna cola po zdobyciu szczytu! 🙂

Całkowity koszt jedzenia wyniósł 180.000 IDR/2 os. Gdybym miała coś zmienić, następnym razem jedną butelkę wody rozrobiłabym z cukrem i solą, przygotowując izotonik. Zwykłe H2O po prostu przepływa przez człowieka, nie zostawiając wartościowych minerałów. Trekking bez portera jest tylko z tego powodu gorszy, ponieważ nikt nie zaserwuje wam ciepłego ryżu i herbaty o poranku. Ale chyba nie po to się tam wspinacie, co nie?

Ekwipunek:

  • namiot: mały i lekki pożyczyliśmy od Olien (naszej indonezyjskiej siostry), podobno ceny zaczynają się od 150.000 IDR/os.;
  • kije trekkingowe: 50.000 IDR/2 kije – przydaje się przynajmniej jeden! Nie warto tego lekceważyć;
  • śpiwór, ciepłe kurtki, rękawiczki: mamy je z sobą w podróży, w tym małą kurtkę puchową. W nocy, w obozie jest bardzo zimno, ale jeśli wybierzecie styl „na cebulkę” też dacie radę. Śpiwór można wypożyczyć w mieście;
  • buty trekkingowe: widzieliśmy ludzi w trampkach, a porterzy biegają na górę w japonkach, dlatego nie wiem czy to reguła. Obuwie musi być wygodne, lekkie i przewiewne;
  • ubrania: to zależy od was, my mieliśmy jedną parę długich spodni w odpinanymi nogawkami (ja wzięłam dodatkowo legginsy, bo jestem zmarzluchem 😉 ), po jednej koszulce z krótkim rękawem, jedną z długim, bluzę, kurtkę puchową, kurtkę zwykłą, czapkę, skarpetki, majtki i rękawiczki;
  • czołówka i zapasowe baterie: wydaje nam się, że jest możliwe wypożyczenie jej, ale my mieliśmy swoją;
  • scyzoryk albo plastikowy nóż;
  • podstawowa apteczka: woda utleniona i plastry mogą się przydać, bo w drodze powrotnej łatwo zaliczyć wywrotkę na piaszczystym zejściu. Zabierzcie także tabletki z chlorem uzdatniające wodę – konieczne jeśli nie znacie źródła jej pochodzenia, a butelka nie jest fabrycznie zamknięta. W Indonezji jest inna flora bakteryjna i problemy żołądkowe wśród turystów nie należą do rzadkości. Odradza się nawet mycie zębów wodą z kranu;
  • krem z mocnym filtrem i pomadka do ust: słońce na górze opala w zastraszającym tempie, a wiatr wysusza usta;
  • papier toaletowy i mokre chusteczki: zastąpią wam prysznic;
  • najmniej ważna z istotnych rzeczy, które zabrałam to sztyft mentolowy do nosa. Można go kupić w sklepach, a kilka orzeźwiających oddechów pozwala przywrócić trzeźwość umysłu, kiedy na dużej wysokości bardzo kręci się w głowie.

Wszystko trzeba spakować do małego, lekkiego plecaka i wejść z tym na górę. Nasze plecaki ważyły po 6 – 7 kg każdy.

One night tent 🙂

Ruszamy w drogę

Trasa składa się z dwóch etapów: od wioski Sembalun do krateru Plawangan i od krateru na  szczyt Rinjani. Pierwszy trwa od 5 do 7 godzin w zależności od waszych możliwości fizycznych. Nam zajął 5.5 godziny. Wyruszyliśmy o 4.45 spod bramy prowadzącej w stronę parku. Ominęliśmy zamknięte budki z biletami i wzruszyliśmy ramionami myśląc o płaceniu za wejście. Będą was straszyli i mówili, że to nielegalne albo okrutnie trudne do zrobienia samemu, ale chodzi tylko o nabijanie kasy biurom turystycznym i porterom. Indonezyjczycy wchodzą na szczyt sami! Poza tym, chcielibyśmy położyć kres historiom, że lokalni mieszkańcy oszukują turystów nawet na temat kierunku drogi, żeby tylko wynająć przewodnika. Nas pytano, czy zatrudniliśmy chociaż tragarza. Przecież damy radę sami. Popatrzyli z politowaniem i na tym koniec. Wystarczy wejść na teren parku w godzinach, gdy kasa biletowa jest zamknięta (między 18.00 a 6.00 rano). Można zacząć też wieczorem i rozbić się tuż obok POS I, ale trzeba wtedy mieć z sobą więcej jedzenia.

Od bramy idzie się około 40 – 60 minut drogą asfaltową, która po pewnym czasie zamienia się w szutrową. Półtorej godziny później dochodzi się do POS I, czyli pierwszego punktu odpoczynku. Trasa wiedzie przez sawannę, którą porasta raz wyższa, raz niższa trawa i krzaki. Jest nie do zgubienia, nawet w nocy, tym bardziej, że co 50 – 100 metrów znajdziecie krowie łajno albo śmieci turystów. Jeśli traficie na pełnię, będzie wam jeszcze łatwiej odnaleźć drogę. Poza tym, możecie korzystać z GPS na mapie offline w Google Maps (pobierzcie ją wcześniej na telefon). Jest tam widoczna trasa z wioski prosto na szczyt!

Widok na sawannę z ostatniego odcinka trasy do obozu.

Z POS I do POS II prowadzi podobna, nieco bardziej stroma godzinna droga. Od POS II do POS III kolejna, znowu nieco trudniejsza. Potem zaczyna się wspinaczka! Ostatni etap między POS III, a krawędzią krateru wiedzie mocno pod górę przez rzadki lasek, który nie daje dużego schronienia przed palącym słońcem. Dlatego wystartowanie przed 5 rano jest idealnym pomysłem! Kiedy wyrusza się w drogę jest już prawie jasno, a docierając do obozu słońce jeszcze nie zamienia was w popiół. Biada turystom z grup wycieczkowych, którzy startują po 8 rano w Sembalun.

Krótki postój na złapanie oddechu w lasku 🙂

Po ostatnim stromym podejściu czeka was już tylko piękny widok w stronę jeziora i gór, oraz smutne spojrzenie na obozowisko – opustoszałe po porannych turystach, czekające na kolejnych. Sterta śmieci, chusteczek higienicznych, resztek jedzenia, które obgryzają głodne małpy. Teren obozu ciągnie się od wejścia na krater w lewą stronę, aż do wejścia na szczyt. Jeśli chcecie zostać tu na noc poszukajcie najlepszego miejsca dla siebie. My wybraliśmy poletko z widokiem na wschód, odwrotnie niż reszta obozu. Zapytacie, co gdy trzeba wyjść za potrzebą, grupy zorganizowane mają przenośne parawany i załatwiają się do wykopanej dziury. Można podczepić się pod taki kibelek albo wykopać sobie własną dziurkę 😉

Widok na jezioro od strony obozu na Plawangan Sembalun.
Część obozowiska położona jest niżej, część wyżej.

Idziemy dalej

Drugi etap trwa od 3 do 5 godzin. Nam zajął 3, dość żwawym tempem. Możliwe są dwie opcje: albo wspinacie się ze wszystkimi na wschód słońca – trzeba wystartować około 3 nad ranem, albo jak my wybieracie późne popołudnie tego samego dnia. Drugi wybór jest lepszy o tyle, że na szczycie będzie prawdopodobnie sami, nie musicie iść w nocy kiedy jest bardzo zimno, a rano macie całe obozowisko i wschód słońca tylko dla siebie. Żeby to zrobić trzeba rozbić namiot, zostawić niewartościowe rzeczy w środku (aparat i dokumenty zawsze miejcie przy sobie), zabrać trochę jedzenia i wodę! Wystartujcie najpóźniej o 14, żeby nie zastał was zmrok podczas schodzenia. A ciemność zapada tu szybko i od razu jest bardzo zimno. Trasa wspinaczki na szczyt znajduje się najbardziej na lewo od obozu, w razie wątpliwości zapytajcie lokalnych porterów, wskażą wam drogę.

Widok z góry jest wart trudu i wysiłku! Przerwa na kanapkę i uciekamy zanim zapadnie zmrok.

Pierwsza godzina to strome podejście po osuwających się małych kamykach i piasku. Bardzo wymagające, ale bezpieczne, prowadzi niskim wąwozem. Kolejną godzinę spędzicie idąc przez dość płaską grań góry. Ostatni etap jest bardzo trudny. Duża wysokość i rzadkie powietrze nie ułatwiają tak stromego podejścia. Wspina się niezbyt szeroką ścieżką z kamieni, które osuwają się po każdym kroku. Najważniejsze jest, aby wchodzić powoli, nie patrzeć w górę, co kilka kroków zrobić odpoczynek na oddech i dalej spokojnie, aż na szczyt. Ciężkie, ale do zrobienia!

No to brawo! Dotarliście na samą górę! Piękne widoki, którymi można nasycić się bez chmary ludzi robiących sesję fotograficzną wschodzącemu słońcu.

Widok ze szczytu na stary krater wulkanu.

Droga w dół

Ze szczytu do obozowiska idzie się około 60 min. Droga nie jest trudna, ale trzeba spoglądać pod nogi, żeby nie zsunąć się przypadkiem w bok! Najlepiej rozłożyć wspinaczkę tak, żeby uniknąć schodzenia w ciemnościach. Po dotarciu do obozu człowiek marzy jedynie o śnie. Kolejnego dnia przywita was w nagrodę piękny wschód słońca, około 5.30 – 6.00 rano. Później można położyć się znowu spać. My opuściliśmy krawędź krateru dopiero około godziny 11. Droga powrotna do Sembalun jest nieco szybsza, ale trzeba uważać na stromych zejściach – wszyscy zaliczają tam glebę. Dodatkowo obawialiśmy się, że nasze uniknięcie opłaty wejściowej odbije się na wyjściu (karma ;)) i spotkamy strażników. Dlatego, przekroczenie granic parku odwlekliśmy do godziny 18. Jednak kasy biletowe wydają się być czynne do 16 – 17. Kto rozsądny później przechodzi przez bramę ;)? Koniec końców, do wioski przychodzi się około godziny 19, kiedy już jest ciemno.

Małpy pilnujące warty oraz turyści i ich niechlubne śmieci.
Wyczuwamy piękny wschód 🙂

Wspomnienie wulkanu

Wyprawa kosztowała nas wiele wysiłku, a jej logistyka i rozsądne zaplanowanie zajęły sporo czasu. Nawet kilka dni po wejściu odczuwaliśmy jej efekty. Ale wspomnienia i widoki z góry były absolutnie warte naszego trudu! Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy. Przez kilka kolejnych dni oddawaliśmy się regeneracji i pływaliśmy w morzu dając odpocząć nogom i strudzonym plecom.

Widoki warte mroźnej nocy 🙂

Całą wycieczkę od początku można zorganizować samemu. W internecie krążą plotki o ludziach, którzy za wszelką cenę odwlekają od samotnego wejścia na szczyt, grożąc, kłamiąc i nawet oczerniając turystów. Nikt się tak wobec nas nie zachował, a kilku tubylców z lekkim podziwem kiwało głowami i gratulowalo wejścia. Dlatego, jeśli znacie swoje możliwości fizyczne i podróżujecie minimum we dwójkę (łatwiej rozłożyć ciężar ekwipunku i dobrze jest mieć kompana podróży) możecie spokojnie zdobyć wulkan bez przewodnika i portera. Jeśli to jeszcze dla was za mało, przeczytajcie nasze wspomnienie z Rinjani, żeby przekonać się do zdobycia szczytu 🙂

Słońce już wysoko, czas wracać na dół.