Tydzień na Koh Phangan – wyspie dobrej energii

Wertując przewodniki po Tajlandii bardzo szybko wpadniecie na opis „Full Moon Party” – sporej imprezy, która odbywa się pod chmurką w rytm muzyki elektronicznej. No dobra, podobno to taki polski Sunrise, tylko bliżej równika. Podobno, bo sami nie mieliśmy okazji tego sprawdzić. Nasza pełnia wypada 4 dni po wyjeździe do Kuala Lumpur. Istotne jest to, ze Koh Phangan przyciąga jak magnes turystów pragnących się grubo zabawić, a nas zatrzymała dlatego, ze znaleźliśmy… spokój.

Trafiliśmy tam bacznie przyglądając się pogodzie o tej porze roku. Internet sugerował wyspy na wschodnim wybrzeżu kraju, gdyż tutaj monsun miał być łagodniejszy. Ciekawe jest, że pogoda Google codziennie wskazywała na deszcz. Od rana do wieczora, ciurkiem. Podobnie było zresztą w Bangkoku, a później w Chiang Mai. Po krótkim researchu wychodzi na to, że światowy monopolista danych błędnie odczytuje wysoką wilgotność i interpretuje ją jako deszcz. Owszem padało, ale tylko wieczorami (o ile w ogóle). Godzinę, maksymalnie dwie. I uwierzcie nam, cóż za przyjemność.

Aby dopłynąć na wyspę należy skorzystać z promu w miejscowości Donsak. Płyniemy 2.5 h klimatyzowanym statkiem, koszt 210 bht. Z racji tego, że wybraliśmy się w te strony pociągiem (Bangkok – Surat Thani), kupiliśmy bilet łączony przez Internet (Surat Thani – Donsak autobusem, Donsak – Koh Phangan promem). Koszt to 400 bht. Bilety tego typu spokojnie do nabycia również w agencjach (np. Phantip) na przeciwko dworca kolejowego w Surat Thani.

Ta część była prosta. Wysiadasz na wyspie i zanim dotrze do Ciebie, gdzie jest ląd, a gdzie morze, otacza Cię rzesza lokalnych mikro przedsiębiorców, oferując podwózkę furą, lub skuterem. Myślisz sobie: dam radę, idę z buta, bo przecież nie podsypiało się na lekcjach przedsiębiorczości. I w tym właśnie momencie ponosisz koszt alternatywny w postaci wędrówki z ciężkim plecakiem, po niełatwym terenie (góra – dół), w palącym słońcu. Autostop? Może, ale dokąd?

Koniec wywodu, bo prawda jest taka, że nie pierwszy raz mieliśmy sporo szczęścia. Jak na prawdziwego Janusza przystało, akcja rozwiązała się jeszcze w Bangkoku, w jednym z nielicznych Mc Donald’sów, przy najtańszej mrożonej kawie. Zabukowaliśmy 5 noclegów w miejscu, które nie cieszyło się najlepszymi opiniami (ze względu na podejście personelu), ale było tanie i w lokalizacji, która teoretycznie nam odpowiadała. Mając asa w rękawie wsiadamy na pakę taxi, zbijając cenę z 200 bht na 150 bht… za osobę! Dwie myśli przyjdą mi zaraz do głowy: „Nati, jakie szczęście, że nie pocisnęliśmy z buta (7 km)”, a wkrótce: „Dokąd my cholera jedziemy?”.

Jesteśmy w raju. Dostaliśmy bungalow w Laem Son, tuż przy plaży. Taki, w którym moskitiera nad łóżkiem ma kolor czerwony, a jaszczurki biegają po suficie. Ale jest najlepszy. Ma hamak! Personel jest dokładnie taki, jak opisuje go Tripadvisor. Szczerze… kogo to obchodzi? Mamy swój cudowny azyl w cenie 280 bht za noc. Jest tak dobrze, że zamiast 5 nocy instalujemy się tam na 9 dni.

Co robić na Koh Phangan?

Wyspa w tej części (jej zachodnie wybrzeże) wydaje się być rajem także dla wszystkich alternatywnych muzyków, ludzi uprawiających yogę, czy praktykujących medytacje (np. w wodzie, co nam się zdarzyło). Los rzucił nas w okolice tzw. Zen Beach, miejsca które wieczorem zamienia się w przestrzeń dla akrobatów, żonglerów, wolnych ptaków i artystów jamujących do zachodu słońca. Jest też Japończyk, który wymasuje Cię i naciągnie, gdzie trzeba zupełnie za free. Niestety zbierają się tam jedynie przyjezdni, co nie odbiera temu miejsca ani trochę klimatu.

Dla tych, którzy zastanawiają się, czy w takich warunkach można pracować polecam weryfikację lokalizacji o nazwie Beachhub. Kawiarnia z wieloma miejscami, z dobrym wi-fi i lokalnym gniazdkiem. Jest tam także mała salka konferencyjna, gdyby ktoś pracował w grupie, lub zwyczajnie potrzebował maksymalnej ciszy.

Zaraz przy Zen Beach swoją plażę ustanowili również nudyści. Idąc jeszcze kawałek dalej docieramy do Samma Karuna, gdzie odbywają się kursy i warsztaty z yogi w każdej postaci, medytacji i innych technik relaksacyjnych. Od znajomego Hindusa (mógłby mieć ksywę „Very nice”, albo „No worries”) dowiadujemy się o darmowych zajęciach. Prowadzone są zaraz przy plaży, skąd rozpościera się cudowny widok. Szkoda, ze większość czasu mam tam zamknięte oczy. To mój debiut. Znam wiele ćwiczeń rozciągających, których używałem głównie podczas regeneracji, czy pracy nad core, ale to… było naprawdę przyjemne. Myślę, że to nie jest moje ostatnie słowo w kwestii yogi.

Na wyspie nie ma komunikacji miejskiej. Nie jeżdżą autobusy. Przemieszczasz się z buta, taxi, lub skuterem. I to właśnie motor bike jest najbardziej powszechny. Jeżdżą mieszkańcy, śmigają przyjezdni. W kaskach, bez kasku, pojedynczo, we czwórkę, z dziećmi i niemowlakami. Żółwie tempo sprawia, że na drodze jest naprawdę przyjemnie („very nice”). Przydrożne wypożyczalnie oferują skutery w cenie 250 bht za dzień. Są w dobrym stanie, a umowy które podpisujesz są standardowe i raczej nikt nie ma na celu orżnąć Cię z kasy, chociaż Internet aż huczy od negatywnych komentarzy. Sprawa niestety wygląda tak, że jeśli nie masz prawka na motor (kat. A), nie będzie ona również wbita w Twoje międzynarodowe prawo jazdy. Oznacza to tyle, że nikogo nie będzie obchodziło, iż w Polsce mając kat. B możesz śmigać także takim maleństwem. Ani lokalnej policji, ani ubezpieczyciela. Wypożyczalnia nie zrobi z tego problemu.

Jeśli zdecydujecie się na skuter, wyspa stoi przed Wami otworem. Warto zajrzeć na pobliskie plaże. Nam (oprócz naszej) najbardziej przypadły do gustu Haad Salad i Malibu Beach. Dobrym pomysłem jest wycieczka nad wodospad Phaeng Waterfall. Udając się tam nie zapomnijcie o dobrych butach, a przynajmniej adidasach. Szlak jest trudny, a trasa długa. Wejście za darmo.

Uroczy jest fakt, ze wypożyczając skuter bak jest z reguły pusty. Nie ma szans dotrzeć na oparach do stacji benzynowej w większości przypadków. Swoją lekcje z mikroekonomii odrobili za to Tajowie i wszędzie (co 100 m) spotkacie stoiska, gdzie oprócz bananów, ananasów i mango sprzedawana jest również „gasolina”, w cenie 40-50 bht za ok. 0.7 l (cena regularna na stacji to ok. 23-24 bht za 1 l). Dlaczego benzyna różni się kolorem (od koloru whiskey do odcieni zieleni), nie mamy pojęcia!

Wszystkie ośrodki oferują usługi gastronomiczne. Mijaliśmy knajpy z kuchnią grecką, włoską, licząc ze może za chwile znajdziemy szyld z napisem „pierogi”. Zamiast tego dotarliśmy do „Pani”, przydrożnej garkuchni bez nazwy, którą przechrzciliśmy na „u Pani” właśnie. Jedliśmy jak królowie, wszystkie potrawy z ryżem, makaronem ryżowym i jajkiem. „Pani” prowadzi menu, w którym znajdziecie pozycje między 50-70 bht. Palce lizać!

Z ciężkim sercem pakowaliśmy plecaki. Wahaliśmy się jeszcze chwilę, czy nie zostać chociaż dzień dłużej. Wyspa przyciągała jak magnes, ale przed nami długa droga w kierunku Malezji.