W drodze na Bali

Bali, Indonezja

Nie mieliśmy żadnych oczekiwań względem jednej z najpopularniejszych wśród turystów wysp na świecie. Kojarzyła nam się z naprawdę odległą krainą, którą ludzie wybierają na swoją „wyprawę życia” lub miesiąc miodowy. Być może przeszło nam przez głowę, że Bali może być zepsuta do szpiku kości, rozpuszczona przez turystów, zmanierowana przez snobistycznych gości z zachodu. I jest to prawda, tak długo jak zdecydujecie się podążać wyłącznie za żelaznymi punktami z przewodnika.

Bali leży na trasie między Lombok (wraz z Gili Islands) a Jawą, co automatycznie pasowało do naszych planów podróżniczych. Jeszcze w Malezji założyliśmy, że mając jedynie 30-dniowa wizę, podzielimy dwa tygodnie na dwie mniejsze wyspy, zostawiając ostatnie 14 dni na największą. Tydzień na Bali wydawał się być wystarczający. Teraz już wiemy, że można spędzić tam o wiele więcej czasu. Ale zanim tam dotarliśmy…

Niekończąca się podróż

Mając w głowie ostatnie trudności związane z wydostaniem się z wioski Sembalun (spod wulkanu Rinjani), postanowiliśmy oszczędzić sobie trochę pieniędzy, bo zarówno czasu, jak i żądzy przygody mamy pod dostatkiem. Uroki negocjowania cen transportu polegają na tym, że czasami zyskasz, ale musisz liczyć się też z porażką. Rachunek zysków i strat, jaki przeprowadziliśmy na Gili Air, sugerował wykupienie „shuttle bus service” – łączonego biletu, na który składały się: łódka do Bangsal – portu na północy Lombok, bus do Lembar – portu na południu wyspy, skąd pływają tylko publiczne statki oraz promu do Padangbai na Bali. Wiedzieliśmy, że kierujemy się docelowo do Ubud, leżącego niemal w centrum wyspy, no ale halo! Na Bali już sobie przecież poradzimy! Wybieramy więc tańszą opcję, wyłącznie do portu, skąd zostanie nam do pokonania około 30 km. Stop, bemo, autobus – coś przecież musi tam jeździć! Tym czymś była nasza naiwność i niedoinformowanie.

Ganesha, nasza ulubiona postać w hinduizmie. Symbol spryciarzy 🙂

Opuszczamy Gili

Bilety na shuttle bus kupiliśmy w kasie głównej portu na Gili Air, uznając ten krok za najbardziej rozsądny. Bezpieczniej jest robić wszystko z jak najmniejszą ilością pośredników, a najlepiej polegając tylko na sobie. Z czasem nauczyliśmy się też męczyć bułę o wszystko. Kiedy odpływamy? Którym statkiem? Gdzie znajdziemy bus w porcie? O której on odjeżdża? Osoba, którą zagadaliśmy była cierpliwa i uczciwa, wytłumaczono nam solidnie wszystko. Rejs publiczną łodzią doprawdy nie jest taki zły, jak można wyczytać w internecie. Wsiada na nią wiele osób, ale nie mieliśmy wrażenia, że igramy z losem i najpewniej zaraz zatoniemy albo wybuchniemy wraz z silnikiem. Po kilkudziesięciu minutach, mokrą nogą wysiedliśmy w Bangsal. Nie zdążyliśmy wyjść na piasek, gdy dopadł nas „przewodnik”, zapraszając do cidomo (bryczka z kucykiem) z uśmiechem na ustach.

– Mister, na Bali? Proszę tędy.

Łódź była pełna zachodnich turystów migrujących między wyspami. Wszyscy jak po sznurku znaleźli się na wozach.

– Panie Przewodniku, a ile taka przyjemność kosztuje?

– Wsiadaj Pan, zaraz odjeżdżamy!

– Dobra, ale ile to kosztuje?

Biznesmen zabiera mnie na bok i spokojnym głosem zaczyna tłumaczyć:

– Słuchaj, bus już czeka i odjeżdża za 10 min., a do niego jest kilometr. Bryczka nie jest w cenie. Wsiadasz, czy nie?

– Dzięki za chęci, pójdziemy w buta.

Dwieście metrów dalej ponownie witamy się z resztą podróżników, zaskoczonych dodatkowym serwisem, za który przyszło im płacić. A do odjazdu wciąż mamy 30 min. W teorii. Ruszamy z portu dopiero po ponad godzinie.

Opuszczamy Lombok

Nadal nie jest łatwo. Coś nam mówi, że nie zostaniemy oszukani, ale indonezyjski slow-life lekko zaczyna nas irytować. Z trudem ustalamy bus, do którego wsiadamy jedynie z dwójką młodych Holenderek. Zadziwiające, bo pozostałe odjeżdżały zapakowane pod sam dach. Istnieje szansa, że sami nie wiedzieli, kto w jakim kierunku pojedzie jako pierwszy i którym pojazdem. Zabieramy po drodze grupę Kanadyjczyków i kolejną mieszkankę z „depresyjnego” kraju. Luźny, wakacyjny small talk i okazuje, że wszyscy płyniemy na Bali publicznym promem, co zajmie nam 4 godziny. Dla nas bomba, ale zaraz! Jak to 4 godziny? – krzyczy Holenderka, która dosiadła się jako ostatnia. Powinnam być na Bali za 2 h, miałam płynąc speed boat’em, zapłaciłam za to! Koleżanka pomyliła port lub busa, a być może to firma pomyliła pasażera. Kilka telefonów w Bahasa później dziewczyna ląduje przy drodze z zapewnieniem, że zaraz przyjedzie po nią auto, które zabierze ją we właściwe miejsce. Indonezyjczycy nie zawsze są słowni, dlatego zanim zdążyliśmy odetchnąć z ulgą, że w końcu jedziemy do portu, Holenderka wraca na pokład i obiecują, że odzyska swoje pieniądze, ale popłynie łodzią publiczną. Historie można by było przyjąć z uśmiechem na ustach (zwłaszcza, że nie dotyczyła nas), gdyby nie fakt, że spóźniamy się na nasz prom. A może to był ten nasz, ale przypłynął później? Gdzie jest problem, Mister? Następny statek jest za 1.5 h.

Pola ryżowe w okolicy Ubud.

Bali na horyzoncie

Drogi czytelniku, jeśli myślisz, że to już koniec, proszę zaparz sobie jeszcze jedną kawę i zasiądź wygodnie przed monitorem. Nasz prom był taki jak wszystkie – duży, wolny, ze sklepikiem pokładowym i toaletami w standardzie bez gwiazdek. Daleko mu jednak do negatywnych opinii wystawianych przez zachodnich turystów. Nie wyglądał jakby miał się rozpaść, ani wybuchnąć. Niespokojna natura Nati pozwala nam na pozyskanie informacji prosto od kapitana – popłyniemy 4.5 godziny i być może zobaczymy zachód słońca!

Co?! Musimy być w Ubud, tam dzisiaj śpimy! To 30 km z Padangbai, gdzie dopływamy. Skoro będzie robiło się ciemno, będzie ciężej ze stopem. Dobra, nie takie rzeczy się ze szwagrem ogarniało, nie? Nati na kartce napisała koślawo „Ubud” i nie zniechęcając się śmiejącymi się z nas Indonezyjczykami, zaczęła już na łodzi szukać auta, które być może jedzie w tamtym kierunku.

– Mister, Ubud? Mobil? – Bahasa na poziomie „ja być, ty mieć”, ale udało się dowiedzieć, że z naszego biznesu życia nic nie wyjdzie, bowiem autobusy już nie jeżdżą o tej godzinie z portu, o bemo nikt nigdy nie słyszał. Wszyscy jadą do Denpasaru – stolicy, albo Kuty – turystycznego molochu, a taksówka zrujnuje nasz portfel.

Było jak obiecał kapitan, malowniczy zachód słońca. Dwie godziny po zapadnięciu zmroku, 6h odkąd opuściliśmy Lombok wysiadamy w porcie. Trochę za późno na logistykę. Nati, co robimy? Nie zdążyliśmy się poważnie zestresować naszym położeniem, gdy słyszymy:

– Gdzie jedziecie?

– Ubud!

– 150.000 za waszą dwójkę.

– Ok, ale dostaniesz 100 teraz, a 50 gdy będziemy już w busie.

– Umowa stoi, Mister! Tędy.

Główna ulica w Ubud.

Nasi zachodni współpasażerowie ustawili się za nami. Jeden po drugim upychani byli w kolejnych busach, podstawionych zaraz przy porcie. Każdy z nich opłacił kurs wraz z łączonym biletem na prom, statek, transport po Lombok oraz transfer do konkretnego miasta na Bali. Oprócz nas! Jednej Francuzce zaczęły puszczać nerwy. Nie po to TU przyleciała, żeby ją TAK traktowano. Miała leżeć na plaży i chodzić na manicure. Indonezyjczycy zachowują spokój, choć są równie poirytowani jej zachowaniem. Nagle, nasz Rekin Biznesu zaprasza nas na bok. Upewnia się, czy nadal chcemy jechać do Ubud i pakuje nas do pustego jeszcze pojazdu. Po chwili dołącza do nas szalona Francuzka, która raz po raz kopie w niezamykające się drzwi oraz kilka Brytyjek. Słyszę pukanie w okno, uchylam szybkę i poznaję naszego organizatora. Gestem pokazuje mi, żebym był cicho i wyciąga z kieszeni bilet, którego nie można rozczytać (był wypełniony długopisem, kiedyś…). Dziesięć sekund później pojawia się kierowca i prosi pasażerów o ukazanie rezerwacji. Przekazuję mu blankiecik. Pan kiwa potwierdzająco głową, jesteśmy gotowi do drogi. Pozostała jedynie formalność, ostatnia transza dla Rekina! „No worries” rzuca na odchodne.

Do Ubud docieramy po godzinie. Jest już 22:00. Jeszcze na Lombok znaleźliśmy hostel w internecie, z dala od głównej drogi i za małe pieniądze. Super! Nie tak daleko, w opiniach pisali, że to 15 min. pieszo od centrum. Kwadrans później nie byliśmy nawet w połowie, idąc ledwo oświetloną ulicą otoczoną polami ryżowymi, niezwykłymi bramami lokalnych domów i hordami psów. Wspominałem wam kiedyś, ze mam fobię? Czuję jak pot leci mi po tyłku, gdy nieagresywne czworonogi, wyglądające w nocy jak krwiożercze, wściekłe bestie, przebiegają nam obok nóg. Pękłem, łapiemy stopa. A w zasadzie pierwsze auto, które nadjeżdżało. Kierowca widząc nasze duże plecaki i zdesperowane miny podał mocno zawyżoną cenę, ale nie było wyjścia. On dorobił, a my po kilku minutach zameldowaliśmy się w White Villa Hostel.

Ciche uliczki, którymi dojdziesz m. in. do White Villa Hostel, gdzie mieszkaliśmy.

White Villa Hostel cz. I

Jak podczas każdej podróży jest wiele wątków pobocznych. Gdy lądowaliśmy na Lombok ponad tydzień wcześniej, w autobusie z lotniska spotkaliśmy sympatyczną Serbkę. Jechała nieco dalej niż my, wiec pożegnaliśmy się, życząc sobie nawzajem bezpiecznej wyprawy. Przyleciała na wakacje z Szanghaju, gdzie pracuje jako nauczycielka języka angielskiego. W międzyczasie wspięliśmy się na Rinjani i nurkowaliśmy z żółwiami na Gili Air, by spotkać się z nią ponownie w porcie, gdzie zaczęliśmy naszą drogę na Bali. Nikoleta płynęła sprawdzić jakie jest Gili T. i nie dała się przekonać, że nie warto. Miała zamiar wybrać się później także na Bali, ale utopiła swój telefon i żyje bez internetu. Może coś polecicie? Sprawdź White Villa Hostel w Ubud! My tam właśnie jedziemy.

Zameldowaliśmy się w Ubud po kilkunastu godzinach spędzonych w busach, na łodziach i promie. Była 22:30. Jak myślicie, kogo spotkaliśmy w White Villa?

– Nikoleta, co ty tutaj robisz?!

– Wiecie, Gili T. mnie nie zachęciło. Mieliście rację! Postanowiłam od razu przypłynąć na Bali.

– Ale jak?! My tutaj podróżujemy od samego rana!

– Speed boat.

Opcja zbyt droga dla nas, okazała się ucieczką dla Serbki. Wcale się nie dziwimy, też wialiśmy stamtąd w podskokach.

White Villa jest dwukondygnacyjnym budynkiem położonym 30 min. pieszo od głównej drogi w Ubud. Jest pięknie usytuowana, zaraz przy tarasach ryżowych. Oprócz niej, na posesji jest także polowe biuro, mała kuchnia oraz jeszcze jeden dorm, stanowiące razem osobny gmach. Zajmujemy piętrowe łóżko w pokoju na górze, gdzie oprócz nas jest jeszcze 8 osób. Nie mamy sił, żeby lepiej się zapoznać. Po takim dniu zasypiamy w sekundę.

Nikoleta, z którą los skrzyżował nas kilkakrotnie 🙂

Ubud

Miasto nie zostało wybrane przez nas przypadkiem na bazę wypadową po Bali. Ubud jest kulturalnym ośrodkiem wyspy. Leży też niemal w jej centrum, będąc idealnym punktem startowym dla samodzielnej podróży skuterem, która chodziła nam po głowie. Miasto przeżyło prawdziwy rozkwit i boom turystyczny po ekranizacji książki Elizabeth Gilbert „Jedz, módl się, kochaj”. Hordy ludzi zaczęły przyjeżdżać tu szlakiem głównej bohaterki, granej przez Julię Roberts, szukając podobnie jak ona remedium na kryzys wieku średniego. Trzeba powiedzieć, że Bali jest zupełnie inna niż sąsiednie wyspy. Tutaj dominującą religią jest lokalna odmiana hinduizmu, przez co nie spotka się raczej kobiet w hidżabach, a muezin nie obudzi was nad ranem przypominając o modlitwie. Nawet uroda ludzi jest zupełnie inna niż mieszkańców choćby Lomboku! Pełniejsze twarze, większe oczy i bardziej egzotyczne rysy.

Nati nadal miło wspomina nasze wesele. Tym razem podstępem próbowała wkręcić się na balijską imprezę 🙂

W Ubud, oprócz przepięknych krajobrazów, urokliwych zakątków i świątyń, wypełnionych zapachem kadzideł , znajdziecie wiele innych atrakcji, jak kursy gotowania, masaże, czy park z małpami. Niestety jest też o wiele więcej ludzi niż się spodziewaliśmy. Miasto przecina główna ulica, przy której znajduje się pałac królewski, goszczący m.in pokazy tańca balijskiego zwanego Legong. Do niej podczepione są prostopadle pozostałe drogi, z czego dwie południowe obejmują stare miasto i kończą się małpim lasem, a reszta stanowi miłą ucieczkę od tego zgiełku. Do wszystkich okolicznych atrakcji możecie dotrzeć na własną rękę, więc tylko od was zależy, jak zorganizujecie sobie czas.

Przywykliśmy do podążania mniej utartymi szlakami. Nie odnajdujemy wielkiej przyjemności w odwiedzaniu takich miejsc jak np. Monkey Forest, dlatego nie znajdziecie tutaj żadnych wskazówek, ani rekomendacji jak tam dotrzeć i po co. Możemy was jedynie ostrzec, że małpy bywają dość agresywne i wskakują na ludzi, czując najmniejszy słodki zapach, który mógłby oznaczać coś smakowitego do jedzenia. Nawet jeśli jest to krem do opalania! Kilka osób z naszego hostelu wróciło podrapanych, a znajoma z Belgii nie dała wiary ochroniarzom, twierdzącym, że małpy są szczepione (yhy, jasne!). Dla własnego bezpieczeństwa zgłosiła się do lokalnego centrum medycznego po szczepionkę przeciwko wściekliźnie (obecnej wciąż na wielu wyspach w Indonezji – ostatnio Kalimantan).

Makkaki można spotkać już kilkadziesiąt metrów przed bramą do Monkey Forest. Zachowajcie szczególną ostrożność, bo nawet zwykłe podrapanie może zepsuć wam pobyt.

W pierwszym dniu pobytu postawiliśmy na pieszą wycieczkę. Zaczęliśmy od blisko 5 km trasy wokół mniej popularnych tarasów ryżowych, usytuowanych kilkaset metrów wgłąb Jalan Kajeng, które skradły nasze serca z dwóch powodów. Po pierwsze nie było tam zbyt wielu turystów (potrzeba chodzenia odstrasza ludzi?), po drugie możecie znaleźć stoiska z lokalnym rękodziełem w postaci drewnianych masek, statuetek, czy obrazów. Jak nigdzie indziej, te tutaj wydawały się autentyczne. Sami nabyliśmy kilka pamiątek w miejscu, gdzie właściciel rzeźbił je własnoręcznie na naszych oczach. Nieco dalej znajduje się kolejny, kilku kilometrowy szlak po polach ryżowych Campuhan Ridge Walk, który startuje spod pięknej świątyni przy rzece. Oba są darmowe, ale może pojawić się jakiś sprytny biznesmen z prośbą o niezobowiązujący datek. Zwiedziliśmy też większość starego miasta w drodze pod bramy Monkey Forest, cierpiąc od strasznego hałasu na ulicach i przekonując się, że to nie dla nas. W mieście jest wiele restauracji i kawiarni, często utrzymanych w zachodnim standardzie, choć z elementami lokalnej kultury i wspaniałej kuchni. Dla zainteresowanych znajdzie się także sporo modnych butików czy sklepów z odzieżą i przyrządami do jogi. Na straganach warto mocno, ale kulturalnie negocjować, bo ceny są zawyżone o 100%.

W okolicach tarasów ryżowych znajdziecie wiele punktów z lokalnym rękodziełem.
Są tam również kaczki.
Indonezja jest trzecim największym eksporterem ryżu. Rolnictwo tutaj jest niebezpiecznym zajęciem, głównie za sprawą jadowitych węży, które potrafią pływać.
Nie wiadomo nam nic na temat występujących w tym regionie pająków. Ten był wyjątkowo duży.

Wgłąb rajskiej wyspy

Jeśli mielibyśmy udzielić wam rady, trzymajcie się z dała od głównej drogi w Ubud, a już na pewno nie bukujcie tam noclegu. Jest absurdalnie zatłoczona i głośna. Wróciliśmy do hostelu jeszcze za dnia, delektując się ciszą i podziwiając widoki na małe gospodarstwa, ogrody z palmami i pulmeriami (bardzo popularnymi na Bali kwiatami). Mijaliśmy domki, które wyglądają jak małe świątynie, uśmiechniętych ludzi i poczciwe burki, które wczoraj tak groźnie łypały na nas oczami. Czuliśmy, że pod skorupką atrakcji przygotowanych dla turystów, znajdziemy na Bali klimatyczne, spokojne i piękne miejsca, ale żeby tam dotrzeć musieliśmy wynająć skuter. Nie sądziliśmy jednak, że wyspa zaskoczy nas tak bardzo!

Jadąc w głąb wyspy mijaliśmy wiadukty, rzeki i doliny ukryte w gęstej zieleni.

Praktyczne informacje:

  • Shuttle Bus z wyspy Gili Air do Padangbai kosztuje 200.000 IDR/os. Do samego Ubud to koszt 250.000 IDR.
  • Z portu Padangbai do Ubud kursują autobusy firmy Perama, ale ostatni odjeżdża z portu o 16.30. Koszt to 75.000 IDR/os.
  • Wejście do Monkey Forest kosztuje 50.000 IDR/os.
  • Nocleg w dormie w White Villa Hostel ze śniadaniem – 56.000 IDR/os.