Po drugiej stronie lustra – wspomnienia z Kambodży

Angkor Wat - wspomnienia z Kambodży
Czy Azji Południowo-Wschodnia potrafi być trudna? Wszystko zależy od komfortu jaki akceptujemy, od demonów, które w nas drzemią i od tego jakie są nasze wcześniejsze doświadczenia. Po drodze spotkaliśmy panie, które wysiadając z promu na Bali czuły, że właśnie stanęły na krawędzi życia. A to przecież jeden z turystycznych rajów. Zakładam jednak, że jesteście żądni przygód. Wasi znajomi zasmakowali już egoztyki, leżeli na plaży, pili wodę kokosową, ale co z tym prawdziwym wyzwaniem? Zapraszam na subiektywne wspomnienia z Kambodży.

Przejście graniczne

Wspólna podróż to sztuka kompromisu. Z niewyjaśnionych przyczyn ciągnęło mnie do Kambodży, choć na tapecie była jeszcze Birma. Czas nieco naglił, bo trzymaliśmy już w garści bilety do Melbourne, naszego ostatniego przystanku po kilkumiesięcznej tułaczce. No i byliśmy w Bangkoku, co znacznie ułatwiało sprawę, bo do przekroczenia jest tylko jedna granica. Ale za to jaka!

Aby dotrzeć do Siem Reap z Bnagkoku masz w zasadzie kilka opcji: samolotem, na własną rękę stopem, na własną rękę pociągiem lub zorganizowanym busem. Wybraliśmy wariant ostatni, dlatego że w tym momencie wszystko zaplanowane było już na żyletkę i mieliśmy tylko tydzień do kolejnego wylotu. Każda obsuwa oznaczałaby weryfikację tego, co chcieliśmy zrobić w Kambodży. Pominę wątek zakupy biletu, w Internecie znajdziecie sporo poradników, jak zrobić to najlepiej. Od siebie dodam, że najpewniej i tajtaniej jest, gdy udacie się na dworzec osobiście dzień wcześniej. Pośrednicy dorzucają marżę, wiadomo. Po drodzę zaopatrzeni zostaniecie w prowiant, będzie przystanek na obiad i toaletę. Luksus. Ale przejdźmy do części najlepszej, czyli wizy. Tutaj znowu macie wybór – ci zestresowani i leniwi mogą skorzystać z usług firmy przewozowej, która ogarnie to za nich w 10 min., nie musicie nawet opuszczać autokaru, reszta grzecznie zgłasza się osobiście na przejściu granicznym. Strona tajska to sama przyjemność i niewielka formalność, później udajecie się na drugą stronę lustra. Chcieliście prawdziwą Azję? No to jazda przez chodnik bez płyt, tuż obok mijających was pojazdów rodem z Mad Max’a, handlarzy, cinkciarzy i kasyn. Prosto w kierunku bram do Królestwa Kambodży, ale najpierw wiza, a wraz z nią opłata w wysokości 30 USD… plus łapówka. Ułatwijcie sobie to zadanie i przygotujcie wcześniej wyliczoną kwotę w dolarach amerykańskich. Prawdą jest, że dopłata możliwa jest także w tajskich bath’ach, ale kurs jest wyjątkowo niekorzystny. Nie zmienia to faktu, że bez łapówki będzie ciężko. Na zadane pytanie, czego dotyczy dodatkowa kwota celnicy momentalnie zapominają języka w gębie. Próbujecie kolejny raz i następny. Jedyne na co możecie liczyć to mantra z brzęczącą w uchu należnością. Naczytałem się o ludziach, którzy uniesieni honorem odmówili, spędzili w poczekalni długie godziny, ale tuż przed zamknięciem stacji kontroli wygrali. Tylko o co toczy się walka? O kilkanaście złotych. Ktoś powie, że tu nie chodzi o pieniądze, ale o zasady. I ma rację. Ale wartości, jakie wyznajemy mają się nijak do chęci przetrwania, polepszenia bytu w tym kraju. Druga sprawa, że można byłoby robić to samo w zupełnie innym stylu, np. oferując małą butelkę wody. Zarobiłby celnik, zarobiłby producent wody, a wy byście nie stracili. Tak chyba działa dobra ekonomia, nie?


Angkor Wat

Miałem dość świątyń już po kilku pierwszych dniach w Tajlandii. Każda piękna, każda wyjątkowa, żadnej nazwy już dzisiaj nie pamiętam. Nie jestem w tym dobry i nawet nie mam zamiaru tego udawać. Ale jedno trzeba przyznać, to ja pierwszy wstawałem przed wschodem słońca, żeby zobaczyć ruiny starego miasta Angkor. A zaczęło się dwoma klasykami – brakiem paliwa i gumą w wypożyczonym skuterze (kompleks jest ogromny, więc jeśli przeczytaliście, że można taką wycieczkę odbyć rowerem… to już lepiej zarezerwujcie sobie tuk-tuka). Podobna historia przydarzyła nam się rok wcześniej w Wietnamie. Jeśli ktoś powie wam „motorbike full”, nie oznacza to bynajmniej, że możecie jechać nim na koniec świata, tylko żebyście piorunem zatankowali! Najwyraźniej nie uczymy się na błędach, bo stanęliśmy po środku ruchliwego skrzyżowania w Siem Reap a nad miasto nadciągał właśnie monsun. Szczęśliwie stacja benzynowa oddalona była jedynie kilkaset metrów od miejsca, w którym piekielna machina padła. Wepchnąłem ją pod dach ce-pe-enu na sekundę przed pierwszą kroplą, a jak pewnie wiecie monsun raczej nie przypomina polskiego kapuśniaczka. To był fuks, następnego dnia miało być tylko lepiej. Przezornie wstaliśmy skoro świt (choć nie po to, żeby świt zobaczyć – przeraziły nas zapowiadane tłumy), żeby raz dwa skoczyć po bilety i gdy tylko otworzą się wrota do części, w której kręcono kultowy Tomb Raider, wejść tam jako pierwsi. Kolejek do kas nie było, uiściliśmy ciągle rosnącą cenę za wstęp. Zwarci i gotowi pakujemy się na skuter… Czy my przyjechaliśmy tutaj na tej gumie? Przecież to niemożliwe! 6 rano, Siem Reap, po środku niczego stoimy z rozłożonymi rękoma. Szybka akcja i mamy nowego kolegę, który decyduje się wziąć Nati ze sobą, żebym ja mógł odjechać tym dziadostwem gdzieś, gdzie znajdziemy jakąkolwiek pomoc. Myślałem, że do tej pory widziałem już sporo w tej części świata. Mogłem spodziewać się sprzedaży paliwa w plastikowych butelkach na litry, polowego fryzjera, golibrody, pucybuta, nawet zegarmistrza, ale nie wulkanizatora, a raczej wulkanizatorki. Nie tak wcześnie rano, nie tuż przy drodze. Pomoc była fachowa, trzeba było się rozliczyć. Pani wystawiła w naszym kierunku 4 palce, sugerując 4 USD (w Kambodży najłatwiej płaci się dolarami, kwoty poniżej 1 dolara wydawane są w lokalnej walucie). Uf, nie tak źle, ale transakcja została odrzucona a przed naszymi oczami nadal widniały 4 palce. Cholera, 40 USD… sporo. Zanim pot spłynął nam po plecach, rozwiązaliśmy nieporozumienie. Pani prosiła o 4000 kamobodżańskich rieli. Innymi słowy, o jednego dolara. Pomyślcie o tym zanim oburzycie się, że ktoś próbuje was tutaj na coś naciągnąć.




Co do samego Angkor – tak, warto to zobaczyć i trzeba się śpieszyć. Mamy wrażenie, że niedługo miejsce straci swój klimat na wzór indonezyjskiego Borobudur. Ścieżki zostaną zalane asfaltem, chodniki betonem, za rogiem kupicie kawę ze Starbucksa, albo (niech was ręka stwórcy broni) dojedziecie pod świątynie na słoniu. W porównaniu z kosztami życia w Kambodży bilety wstępu kosztują fortunę i drożeją z roku na rok bez względu na to, jak bardzo UNESCO grozi swoim palcem. Totalnie natomiast nie rozumiemy, co moglibyśmy tam robić przez 3 dni, bo taką ofertę również znajdziecie. Jeśli wybór spędza wam sen z powiek, dla swojego zdrowia psychicznego postawcie na jednodniowe wejście. To nie jest odludne miejsce, gdzie zaznacie ciszę i spokój, ale raz w życiu warto. Tutaj jeszcze jeden tip: wbijajcie skuterem, będziecie musieli mieć wyjątkowego pecha, żeby jakikolwiek policjant wylegitymował was z prawa jazdy na motocykl, choć kręci się ich tam kilku.

 




Pomnik duriana

Azja Południowo-Wschodnia jest wyjątkowo popularna w miesiącach zimowych (w Europie), panuje wtedy tzw. pora sucha. Jest słonecznie, a temperatura jest znośna i co najważniejsze w ogóle nie pada. Potem zaczyna się pora deszczowa, a obiegowa opinia głosi, że wtedy się tam nie lata. No to my polecieliśmy… i spędziliśmy w tych warunkach kilka dobrych miesięcy (dlaczego warto to zrobić akurat wtedy, poczytacie tutaj). Jeśli tylko zachowacie zdrowy rozsądek, nie zapuścicie się gdzieś głęboko w dżunglę i będziecie trzymali rękę na pulsie, nic wam nie grozi. Szybko przyzwyczaicie się do wieczornych ulew, których można nauczyć się unikać. Chyba, że planujecie wtedy całonocną podróż autokarem. Naszym kolejnym celem był Kampot, nieduża kolonialna mieścina pozbawiona atrakcji, oprócz wielkiego pomnika duriana (to ten najbardziej śmierdzący owoc świata) pośrodku ruchliwego ronda. Byliśmy gotowi, aby szybko zająć nasze prycze w sypialnym autobusie, ale w międzyczasie uderzył monsun, a ulica zamieniła się w rwącą rzekę. Wsiadaliśmy do niego brodząć po kolana w wodzie. Weźcie to sobie do serce – jak monsun, to do domu!



Kampot miał być naszą oazą, przyczułkiem, gdzie rozwalimy się plackiem na hamaku, poczytamy książkę i przygotujemy plan na Nepal. Okazał się totalnym zadupiem, które rzeczywiście polubiliśmy. Kilka fajnych kawiarni (z wietnamską kawą, która rządzi!), trochę Europejczyków, którzy zapuścili tam korzenie i żyją swoim „slow life”. Trafiliśmy do miejsca z kilkoma bungalowami zbudowanymi z babmusa. Na ziemi tylko cieńki materac, nad głową moskitiera. Nie pąmietam, kiedy tak dobrze ostatnio wypoczywaliśmy. Ośrodek, jeśli tak w ogóle można to nazwać, położony jest poza dostępem do czegokolwiek. Prowadzi do niego droga rodem z dzikiego zachodu, a wszędobyliskie psy wywoływały u mnie skurcze w żołądku.

 




Zmierzam do tego, że w Kambodży najfajniejsze jest to, co nie jest atrakcyjne w rozumieniu standardowego turysty. Czyli ten lokalny, trudny charakter miejsc, które odwiedzacie, choć z punktu widzenia „zaliczania zabytków” nie mają one sensu. Ten kraj to bezsprzecznie Angkor Wat, widniejący nawet na fladze państwowej. Jeśli się tutaj przyjeżdża, to głównie po to, aby zobaczyć ruiny miasta i stare światynie w okolicach Siem Reap. Możecie pokusić się też o „relaks” w zatłoczonym Sihanoukville albo na Koh Rong (tutaj niestety nie dotarliśmy), lub zobaczyć słodkowone delfiny w Kratie. Nam zapadnie w głowie na zawsze trud z jakim zmagają się na co dzień mieszańcy Kambodży i przedsiębiorczość, którą wypijają z mlekiem matki. Historia ich nie oszczędziła. Jest tragiczna, a kurz po krwawych wydarzeniach ledwo opadł na ziemię. Największą przyjemność sprawiło nam zatem picie porannej kawy, zabawa ze szczeniakami przy bungalowach w Kampot, piwko nad brzegiem Mekongu w Phnom Penh, czy zwykły spacer przez Siem Reap. I taką Kambodżę zachowamy w naszych sercach, choć wątpię, że jeszcze kiedyś tam wrócimy.

 



Pełną galerię zdjęć z Kambodży znajdziecie tutaj.