Wspomnienia z wulkanu Rinjani – trekking bez przewodnika

Trekking na Rinjani bez przewodnika

Od naszej wyprawy na najwyższy szczyt wyspy Lombok minął już tydzień. Zdążyliśmy w tym czasie zwiedzić kilka małych wysepek, zobaczyć piękny podwodny świat Indonezji i pokochać Bali. Jednak wspomnienie trekkingu wciąż jest żywe, bo po tamtej wyprawie, żaden wulkan nie będzie już taki sam.

Historie o Rinjani, drugim najwyższym wulkanie Indonezji – 3726 m n.p.m., słyszeliśmy będąc jeszcze w Polsce, kiedy wyjazd na Lombok był odległym, mglistym planem. Jaki on wielki, jak ciężko na niego wejść i jak bardzo drogie jest wynajęcie przewodnika, bo bez niego – zginął w klapkach. Jednak nie ma dla nas bardziej motywującego wyrażenia jak „nie da się”.

Rozmyte „wzgórze” za nami to szczyt Rinjani

Nieco rozleniwieni cywilizacją Tajlandii i Malezji, odkładaliśmy do ostatniej chwili rozmyślanie nad Indonezją. To był duży – logistycznie – błąd, bowiem ten kraj jest totalnym przeciwieństwem miejsc, w których spędziliśmy ostatnie dwa miesiące. To stan umysłu i pewnego rodzaju uzupełnienie naszego (trącącego cebulą) narodu – temat na osobny wpis, a nawet książkę. Siedząc w Melace i zabijając czas tak, by zgadzały się dni na wizie, pierwszy raz na poważnie zaczęliśmy rozmawiać o tym, co robimy z tą Indonezją? Wiele burzliwych dyskusji minęło, aż wywróciliśmy plan do góry nogami i podjęliśmy decyzję – zaczynamy od Lombok i zdobycia Rinjani. Ponieważ nad budżetem podróżniczym czuwa skrupulatny ekonomista i nie należymy do ludzi, którymi się dyryguje, padła druga, ważniejsza, decyzja – zdobędziemy go sami. I serdecznie polecamy to wszystkim, którzy stoją przed podobnym wyborem. Przewodnik Rinjani D.I.Y przeczytacie w osobnym wpisie. Tu będą tylko miłe wspomnienia, zachęcające do podróży.

Droga do Sembalun

Żeby zdobyć szczyt możliwe są dwie opcje trekkingu. Jedna trasa zaczyna się w Senaru – miejscowości położonej na północ od szczytu. Wspinaczka stamtąd jest dłuższa, a pierwsza część wiedzie przez dżunglę, następnie schodzi się do jeziora i podchodzi do drugiego obozu, skąd dopiero startuje się na szczyt. Wyprawa zajmuje przynajmniej trzy dni i dwie noce, a jest realizowana głównie przez biura turystyczne.

Druga trasa, którą wybraliśmy my, zaczyna się w miejscowości Sembalun. Jest krótsza, a pierwszy 2-3 godzinny etap prowadzi przez rozległą sawannę ze wspaniałym widokiem na wschodzące słońce i szczyt, z którym mieliśmy się zmierzyć. Musicie wiedzieć, że na Lombok praktycznie nie istnieje komunikacja miejska. Kursują ojek’i (taxi-skutery), pick-up’y wiozące głównie towary handlowe, bemo (mini autobusy startujące dopiero, kiedy się zapełnią) i cidomo (kilkuosobowe zaprzęgi konne). Dlatego, żeby dostać się do Sembalun postanowiliśmy złapać stopa. Tak poradził nam również Joko, u którego spaliśmy pierwszą noc w Mataramie, stolicy wyspy. Nasz plan spalił na panewce, bo jedyne samochody jakie się przy nas zatrzymywały to taksówki. Wkrótce jednak pojawił się rezolutny kierowca ojek’a oznajmiając, że chce nam pomóc, więc podwiezie nas do autobusu za 20.000 IDR/os. (5.40 zł). Pomoże też wytargować cenę do Aikmel, skąd złapiemy kolejny transport do Sembalun. Nie minęła sekunda, kiedy siedzieliśmy z plecakami na dwóch skuterach i zaczęłam się zastanawiać jakie mamy szanse na przeżycie, pędząc tym cackiem ulicami Mataramu. Miły Indonezyjczyk faktycznie nam pomógł i niedługo potem cisnęliśmy się z kolei na siedzeniu bemo, nasze plecaki przywiązano do dachu, a my staliśmy się miłą atrakcją dla mieszkańców. Tu ktoś wsiadł z koszami pełnymi wody i małych rybek, tam pani wniosła stos talerzy, kierowca wyskoczył z busa i dopakował na schody worki z cebulą. Po dwóch godzinach dojechaliśmy do głównego skrzyżowania w Aikmel. Chaosu jaki tam panował nie da się opisać, skutery przecinały drogę cidomo, konie rżały, kobiety krzyczały, pick – up’y skręcały w lewo i prawo, rozwożąc towary do sklepów.

Mister, you go Sembalun? 100.000!

Chyba oszalał! Kierowca pick-up’a próbował nas mocno naciągnąć na tej 20 kilometrowej trasie. Nie z nami te numery! On dawał cenę, my kręciliśmy głowami i odchodziliśmy, on podawał nową cenę, a my znowu to samo. Taki teatrzyk trwał chwilę, aż uzgodniliśmy – 25.000 za osobę (ok. 3 zł). Wrzucamy plecaki na pakę.

„Kiedy ruszamy?” Ktoś się zaśmiał. „Nie wiadomo. Jak pick-up będzie pełny.”

No tak, Indonezja. Czekając na odjazd rozgadaliśmy się z miejscowymi. Tak, mamy taką samą flagę jak wy, tylko odwrotną, tak Polska to Lewandowski, tak jesteśmy małżeństwem. A dzieci? To kiedyś. To twoja córka? Bardzo ładna. Ile masz lat? 19? On 30. Ale jest stary i ma tak śmiesznie owłosione nogi! Ha ha ha. Tak wyglądają przykładowe rozmowy z tubylcami. Wydają się być przeszczęśliwi, kiedy mogą chwilę pogaworzyć po angielsku i pochwalić się, że wiedzą coś na temat tak odległego od nich świata.

Widok na równie piękne, lecz łatwiejsze wzgórze – Pergasingan Hill

W rodzinnym domu

W tym małym tłumie poznaliśmy również Olien – 19 letnią nauczycielkę klas początkowych. Miła, uśmiechnięta dziewczyna zamieniała z nami kilka zdań. Powiedziała, że Rinjani jest super, jest też wiele innych pięknych miejsc w okolicy i jak chcemy, możemy spać u niej w domu przed wyprawą, jej rodzice nie będą mieli nic przeciwko. My również nie mieliśmy. To był dopiero drugi dzień w Indonezji, a już trafiliśmy na możliwość poznania lokalnej rodziny! Nie mogło być  lepiej. Nie chcieliśmy jeszcze zdradzać w pełni naszego planu samotnej wędrówki na szczyt, ponieważ baliśmy się, że nagle pojawi się znikąd stado naganiaczy, którzy będą próbowali nam opchnąć zorganizowaną wycieczkę. Jednak Olien potwierdziła – Rinjani możecie zdobyć sami.

Odjazd! Wskoczyliśmy na pakę i w drogę. Trasa do Sembalun prowadzi pod górę przez gęsty las. Dzikie małpy raz po raz wyskakiwały z krzaków i czmychały pod kołami samochodów. Wyglądały jak mali piraci, gotowi zaatakować statek pełen bananów i innych smakołyków. Po godzinie jazdy Olien krzyknęła do kierowcy, że to już i wysiedliśmy. Sembalun Lawang – co dosłownie oznacza „wieś Sembalun”, jest miejscem, z którego zaczyna się wyprawę. A przynajmniej kupuje bilet wstępu na wulkan i rejestruje siebie oraz przewodnika. Olien mieszka około kilometr od bramy w bardzo ładnym, skromnym domku. Dwa pokoje dzieli z rodzicami i młodszym bratem. Bambusowe, wytapetowane gazetą ściany, dach z blachy, łazienka w wiadrze z zimną wodą i mały palnik gazowy służący jako kuchnia. Całe życie toczy się na podłodze lub bambusowym stole, ustawionym pod krzakiem kawy, z którego jadło się siedząc na nim półdupkami. Mimo, że mieli tak niewiele, podzielili się z nami wszystkim czym mogli. Tata ugotował wspaniałą kolację, mama zaparzyła lokalną kawę, a na koniec, mimo silnych protestów położyli nas w swoim łóżku, a sami spali na podłodze z dziećmi. To był najcieplejszy gest jakiego doświadczyliśmy od ludzi w całej podróży. Ludzi, który mają wielkie serce, są uśmiechnięci i chętni bezinteresownie pomóc każdemu w potrzebie.

Kolacja z Olien i jej mamą

Godzina zero

To była zimna i twarda noc. Kiedy stawaliśmy o 4 rano, żeby wyruszyć, rodzice wstali razem z nami. Staliśmy z tatą Olien przy domku, żując nasze kanapki z serem, które zrobiliśmy na śniadanie. Na zboczu góry migotały światła czołówek kolejnych zdobywców Rinajni, kogut piał gdzieś daleko zapowiadając wschód słońca, by chwilę po tym muezin rozpoczął poranną  pieśń, budząc wszystkich ze snu. Idąc przez półmrok w dźwięku porannego śpiewu, kiedy gwiazdy jeszcze migotały na niebie, a księżyc rozświetlał nam drogę, czuliśmy się jak w przygodowym filmie, ze świetną ścieżka dźwiękową. Kolejni ludzie zdobywali szczyt, a my szliśmy powoli sawanną na spotkanie z górą. Świeże powietrze dodawało sił, plecaki jeszcze nie ciążyły, świat powoli budził się do życia. To był przyjemny trekking, który z minuty na minutę, wraz ze zmianą nachylenia terenu, stawał się coraz trudniejszy. Godzinę przed dojściem do krateru, przy którym mieliśmy rozbić obóz, powłóczyłam już nogami, marząc tylko o zimnej Coca-Coli. Ach te zachcianki zachodnich turystów. Kiedy nagle zza rogu wychylił się namiot i stolik z niemal całym gazowanym, słodkim i zimnym dobrem tego świata! To nie była fatamorgana. Nie odstraszyła mnie nawet koszmarnie wysoka cena. Z drugiej strony, ktoś musiał to wnieść na górę. Mówią na nich „porters”, czyli tragarze. To miejscowi górale, którzy dźwigają codziennie na plecach od 30 do 40 kilogramów, taszcząc za leniwymi turystami namioty, butle z gazem, jedzenie i wodę. Do krateru wspinają się niesamowicie szybko w japonkach lub czasem boso, nie okazując przy tym bardzo dużego zmęczenia. Jak stwierdził Mati – ten kto wymyślił gumę na te klapki, powinien stać się bardzo bogaty. Jak to było możliwe, że oni zasuwają w górę i w dół bez problemu, a my potykamy się o własne nogi okute w najlepsze buty trekkingowe?!

Krok za krokiem, korzeń za korzeniem. Pięliśmy się powoli do góry, czując na sobie wzrok szczytu. Kilka metrów i przerwa, dwa głębokie wdechy i idziemy dalej. Ktoś dla otuchy rzucił, że do obozu jeszcze tylko 15 minut. Najdłuższy kwadrans. A wiedzieliśmy, że najgorsze dopiero przed nami.

Obóz na kraterze o wschodzie słońca

Śmietnisko – obozowisko

Po 5.5 godzinach dotarliśmy na krawędź krateru na wysokości 2639 m n.p.m. Dobry czas, biorąc pod uwagę, iż na mapie sugerują, że przejście tej trasy zajmie 7.5 godziny. Wychyliliśmy się za pagórek i widok jaki nas zastał odebrał mowę! W dole starego krateru było piękne jezioro, otoczone stromymi górami. W oddali widać było aktywny wciąż krater Senaru. Gdzieniegdzie chmury przetaczały się przełęczami, jak owieczki skaczące po polanie. Ta magia trwała niestety tylko kilka sekund, bo kiedy rozejrzeliśmy się dookoła siebie, zobaczyliśmy smutną stronę tego turystycznego przybytku. Fruwające śmieci, papier toaletowy i chusteczki, pozostałości po namiotach, małpy wyjadające resztki po kuchniach polowych. Późniejsza obserwacja ludzi nasunęła jeden wniosek – to nie tylko turyści zostawiają za sobą taki syf, tylko ich porterzy, którzy przynieśli na górę wszystkie plastiki, zupki chińskie i worki, ale znieść niestety nie było komu. Małpy rozrywały śmieci wrzucone do worków i wygrzebywały każdą najmniejszą jadalną rzecz jaką wyczuły. Także jeśli za to też się płaci porterom, to dziękujemy bardzo.

Sprzątanie obozowiska i pakowanie bagaży porterów

Ktoś podpowiedział nam, żeby iść dalej w lewą stronę, gdzie jest mniej namiotów. Niestety po kilku godzinach każda wolna przestrzeń na nowo zapełniała się ludźmi, którzy już za kilka godzin mieli wspiąć się na Rinjani. Było prawie południe, gdy rozbiliśmy namiot i delektowaliśmy się górskim powietrzem oraz widokiem na doliny. Od południa do wieczora szczyt zasłaniają zwykle gęste chmury. Porachowaliśmy nasze szanse, siły i chęci, po czym zdecydowaliśmy – wchodzimy na szczyt na zachód słońca. Kolejna trafiona wyprawa, bowiem przez całą drogę spotkaliśmy tylko jednego schodzącego biedaka, który prosił o wodę, a na szczycie byliśmy sami! Ale zanim tam dotarliśmy…

Nie liczy się cel, liczy się droga

Wyruszyliśmy z obozu o godzinie 14 i biorąc pod uwagę wymagane minimum – trzy godziny wspinaczki, chcieliśmy zdobyć szczyt przed zachodem słońca. Choć pierwsza godzina minęła szybko, podejście było mordercze. Na płaskowyż wchodziliśmy niskim wąwozem pełnym małych obsuwających się kamyków. Na jeden krok do góry, pół kroku zsuwaliśmy się w dół. Patrząc za siebie zaczęliśmy się zastanawiać, czy wracanie tędy po zmroku będzie bezpiecznym pomysłem. Kolejną godzinę szliśmy wartkim krokiem przez delikatnie wznoszącą się grań góry. Co 20 minut robiliśmy postój na kilka łyków wody, rozsądnie oszczędzając ją na zejście do obozu. I tak nawadniając się przy jednej ze skał i rozmawiając, że szczyt chyba tu gdzieś powinien być, odwróciliśmy się i w tym samym momencie olbrzymia chmura przesunęła się leniwie pokazując prawdziwe oblicze góry. Przeszedł nas po plecach zimny dreszcz, a widok zasiał lekką panikę. Do szczytu Rinjani pięła się stroma, wąska ścieżka, a przewyższenie miało przynajmniej 500 metrów! Czy my damy radę przed zachodem?

Wygląda niewinnie, ale do szczytu jeszcze półtorej godziny!

Wyszliśmy zza skały, a Mati zaordynował – „Musimy tam wejść w 30 minut!” Aha. Jasne. I znowu, krok za krokiem mozolnej, powolnej, okrutnie wykańczającej wspinaczki. Dwa kroki. Przerwa. Jeszcze to tego kamienia i krótki postój. Łyk wody i wciągnięcie nosem mentolowego inhalatora pomagały na zawroty głowy. Nie patrz do góry, nie zatrzymuj się, oddychaj głęboko. Ku mojemu zaskoczeniu każda myśl i wspomnienie schodziły na litry zimnej wody i mocno bąbelkowanego szampana, nawet takiego ruskiego, za 5 złotych. Łzy cisnęły się do oczu. Mati krzyczał do mnie, że to już niedaleko, a ja wmawiałam sobie, że to na pewno nie jest szczyt i pewnie jeszcze dalej jest kolejna góra! Przez myśl przetoczyło się zwątpienie – czy my na pewno damy radę? Kilka kroków, kilka oddechów i słyszę głos Mateusza – „Są tabliczki! To Rinjani! Nati, jesteśmy na szczycie!”

Mati – zdobywca 🙂
Chwila odpoczynku na płaskim terenie 🙂

Widok z góry sprawia, że człowiek niemal odczuwa boską obecność w przestworzach. Chmury przykrywają cały świat i mamy wrażenie, że dryfujemy na bezludnej wyspie. Jesteśmy tylko my, natura i … kilka plastikowych butelek, które zostawili turyści poprzedniej nocy (sic!).

Niemy świadek historii 🙂 Szkoda nam tego, kto schodził bez buta po tych kamieniach!

Świadomi poziomu trudności trasy nie chcieliśmy pokonywać jej nocą, więc nie czekając na zachód słońca zaczęliśmy schodzić po pół godzinie delektowania się widokami. Zejście szczęśliwie trwa godzinę i polega głównie na przyjemnym zsuwaniu się. Tak nam dobrze szło, że Mati niemal zsunął się ze zbocza do przepaści! Szczęśliwie cali, zdrowi i z obolałymi nogami wróciliśmy do obozu na sam zachód, chwilę po godzinie 18.

Dryfujemy w chmurach

Ludzie przy namiotach plotkowali o trekkingu, czekali na wieczorne, ciepłe miski ryżu i nieświadomi nadchodzącego wyzwania powoli kładli się spać. Usiedliśmy pod namiotem i pijąc zimną Coca-Colę przypieczętowaliśmy nasz wyczyn żółwikiem – udało nam się! Zdobyliśmy szczyt sami, bez turystów, bez przewodnika. Tylko my i góra. Najgorsze za nami, teraz same przyjemności – wschód słońca. Na dodatek w pustym obozie!

Dzień drugi

Dwie bluzy, dwie kurtki i śpiwór, czyli tradycyjnie na cebulkę 😉

Czytaliśmy kiedyś relację, że można wejść na szczyt i zejść z niego w 20 godzin, nie zostając w obozie. Unika się w ten sposób noszenia wypełnionego śpiworami i namiotem plecaka. Według nas to straszna strata, bo noc i poranek w górach są przepiękne! Niebo ciężkie od gwiazd i przecięte Drogą Mleczną, wspaniale wschodzące słońce, budzące do życia okoliczne wzgórza. To widoki, które warte są każdego zmęczenia! Choć w nocy było okropnie zimno, kiedy tylko zrobiło się jasno, temperatura znowu wróciła do normy. I tym razem wygraliśmy los na loterii – gdy kilkadziesiąt osób wspinało się na szczyt od 3 nad ranem, by w tłumie „cieszyć się” wchodem słońca, my mieliśmy całą krawędź krateru dla siebie. A kiedy większość ludzi po powrocie musiała już zawijać swoje obozy, bo czas naglił przewodników, my w spokoju cieszyliśmy się piękną naturą. Spakowani po 11 rano, zaczęliśmy schodzić do wioski. Mimo, że droga w dół jest krótsza, strome zejścia są bardzo śliskie i raz czy dwa obiliśmy nasze urocze pośladki. Odkładając wyjście z parku jak najbardziej w czasie, żeby nie spotkać strażników sprawdzających bilety, szliśmy z powrotem powoli sawanną, raz po raz spoglądając za siebie na Rinjani.

Przywitanie słońca

Choć wyprawa kosztowała nas bardzo dużo wysiłku, minęła niesamowicie szybko. Zostały tylko bolące nogi i spalone od słońca nosy i usta. Po powrocie do wioski kupiliśmy jeszcze raz zimną Coca-Colę i uwierzcie – smakowała jak boski nektar! Olien i jej rodzice czekali na nas w domu, przygotowali ciepłą kolację i pogratulowali wspinaczki. Usiedliśmy jeszcze na chwilę przed domem, popatrzeć razem na górę i kilka migoczących w oddali świateł czołówek. Wczoraj to my tam byliśmy, dziś szczęśliwie siedzimy na dole i zajadamy się ciepłą zupą. Mądrzejsi o trekkingową wiedzę, bogatsi o wspaniałe wspomnienia i wiarę w to, jak świat jest nieopisanie piękny. Przed nami kolejna zimna noc, żeby jutro zostawić za sobą Sembalun, cudowną rodzinę Olien i pojechać na północ w poszukiwaniu żółwi morskich.

Wschód słońca w bezludnym obozie