Wulkan Ijen – trekking na własną rękę

Leżąc w śpiworze na twardej wąskiej ławce i czekając na sen pomyślałam, że właściwie powinniśmy na drugie imię mieć „Zrób to sam”. A na nazwisko „Taniej”. Natalia i Mateusz Zrób to sam Taniej. Po raz kolejny postawiliśmy na siebie i rezygnując z organizowanej wycieczki, zdecydowaliśmy się wspiąć na jawajski wulkan Ijen. Może nie jest wysoki, bo na krawędzi krateru ma niecałe 2400 m n.p.m., jednak z pewnością jest jednym z najpiękniejszych i najbardziej niesamowitych wulkanów na świecie.

Będąc jeszcze na Lomboku nasz host Joko powiedział nam, że na Jawie musimy koniecznie zobaczyć Ijen. To tak naprawdę kompleks aktywnych starowulkanów, które leżą na wschodniej części wyspy i obok wulkanu Bromo są sporą atrakcją turystyczną dla wielu wycieczek na trasie Dżakarta – Bali. Jego krater przyciąga miłośników trekkingu i ciekawostek natury, bowiem wypełniony jest najbardziej kwaśnym na świecie jeziorem o pH 0.3, a z jego wnętrza wydobywa się siarkę o bardzo dużej czystości. Dodatkową atrakcją są niebieskie ognie, czyli podpalone opary siarki, widoczne tylko w nocy, dla których wszyscy ruszają z parkingu pod górą już o 1:00. Pytanie jak zwykle brzmiało – czy możemy wejść tam sami, bez przewodnika? Okazuje się, że tak! Sam trekking to tylko 3 kilometry nieco stromego, ale bezpiecznego podejścia i ewentualnie 20 min. schodzenia do krateru, gdzie najłatwiej jest podążać za innymi turystami. Taka samotna wycieczka przeznaczona jest głównie dla ludzi lubiących przygodę. Bo o ile wejście na krater to bułka z masłem, dojazd do punktu startu był dla nasz najbardziej ekscytującym i niezapomniany przeżyciem ostatnich miesięcy. Ale wiadomo, nas do takich wypraw dwa razy nie trzeba namawiać. 

Blue fire – efekt, który możecie podziwiać jedynie przy Wulkanie Ijen i na Islandii.

Banyuwangi – Jawa wschodnia

Ijen leży około 32 kilometry od miejscowości Banyuwangi, gdzie wysiedliśmy z promu płynącego z Bali. Samo miasto nie oferuje specjalnych atrakcji, a jest jedynie bazą wypadową i punktem przesiadkowym dla turystów. Zapobiegliwie postawiliśmy na shuttle bus, który zabrał nas z Denpasaru na Jawę. Mieliśmy plan by dotrzeć tu nad ranem, ale wiadomo jak to jest z planowaniem w Indonezji. Byliśmy o 1:00 w nocy, przez co musieliśmy trochę przetasować nasze noclegi. Dzięki bardzo dokładnemu opisowi z bloga kolegów podróżników początkowo stwierdziliśmy, że śpimy jak oni w Licin – miejscowości oddalonej od wejścia na trasę ok. 17 kilometrów. Żeby tam się dostać trzeba było wynająć skuter w Banyuwangi i razem z całym naszym bagażem (dwa duże i dwa małe plecaki) dojechać na miejsce. Chyba jesteście w stanie sobie wyobrazić, jak karkołomne byłoby to przedsięwzięcie. Poszliśmy po rozum do głowy i postanowiliśmy, że zostajemy w mieście, a skuterem ruszymy w nocy, by na szlaku do wulkanu być już o 1:00, tuż po otwarciu kas, zanim zjadą się ludzie na wschód słońca. Znaleźliśmy przyjemny hostel ze śniadaniem, w strategicznym położeniu między centrum a dworcem kolejowym, a w jedynym punkcie w mieście – Tripoli Tours and Travel wypożyczyliśmy skuter za 65.000 IDR na 24h. Wzięliśmy go najpóźniej jak się dało, żeby mieć cały kolejny dzień na zwiedzanie okolicy. Na to jednak nie starczyło nam sił i chęci.

Po przyjeździe do Banyuwangi czas nas naglił, więc wylądowaliśmy tutaj grubo po północy.

Horror w drodze do Ijen

Nasz plan do tego momentu był cudowny, jednak gospodarz hostelu powiedział, że samotna podróż nocą, na parking pod wulkanem jest niebezpieczna. Las jest gęsty, droga stroma i trzeba pchać skuter pod górę. Co innego jechać większą grupą ze znajomymi, ale zdarzało się, że napadali na samotnych turystów i kradli maszyny. Policja nikogo do tej pory nie znalazła. Zastanawiałam się, czy nie znalazła, bo nikogo takiego nie było, czy nie chciała szukać. No i bez żartów – jak strome mogą być te podjazdy? I już nie wiedzieliśmy, czy chce nam opchnąć wycieczkę, czy nas serdecznie ostrzec. Niemniej ziarno niepewności zostało zasiane. Na koniec powiedział, że lepiej pojechać tam przed zachodem słońca i zostać na noc ze strażnikami parku. Szybko policzyliśmy i wyszło, że jak o 17:00 wyjedziemy to do 18:30 będziemy na miejscu rozwijać już swoje śpiwory i szykować się do snu. Może z matmy jesteśmy nieźli, ale geografia leży, bo tu jest godzina wcześniej niż na Bali! A że to niedaleko, słońce zachodzi bliżej 18:00, a w gęstym lesie nawet o 17:30. Aby oszczędzić naszym rodzicom nerwów powiemy tak – nigdy więcej takiej wycieczki. Żeby dojechać na zachód słońca i uniknąć zmroku musicie wyjechać z Banyuwangi najpóźniej o 16:00 i mieć skuter o pojemności przynajmniej 125cc, który podoła podjazdom. Nawierzchnia trasy jest generalnie dobra – asfaltowa, jednak w 50% połatana, niekiedy dziurawa, czasem przykryta żwirem. Złapanie gumy na którymś z zakrętów byłoby bardzo, ale to bardzo niefajnym doświadczeniem. Nie znając drogi za dnia, nierozsądnie jest się rozpędzać. I tu właśnie zaczyna się cała zabawa. W ciemnym, gęstym lesie. Mati gazuje manetką, ja pcham bydlaka do góry modląc się, żeby zza pleców nie wyskoczył mi jakiś bandyta. Chyba tylko adrenalina dodawała nam siły. Padło kilka niecenzuralnych słów i oto…dojechaliśmy. Spotkani później Niemcy, którzy te trasę pokonali w nocy, powiedzieli, że była to super przygoda. Jasne, ale ich nikt nie nastraszył i jechali na trzy skutery!

Noc pod wulkanem

Po 1.5 godziny ekstremalnej jazdy byliśmy na Campgrounds Paltuding, gdzie oprócz nas kręciło się kilka osób. Na poletku rozbito namioty, małe restauracyjki serwowały gorąca herbatę i makaron, strażnicy podsypiali owinięci ciepłymi ubraniami. Po drodze mija się jeszcze jedno, podobne miejsce, ale jest tam tylko znak „Kawah Ijen 9 km”. To była jedyna wskazówka jak daleko do celu, bowiem kilka kilometrów wcześniej straciliśmy zasięg w telefonach i GPS. Rany, nie jestem panikarą, ale w pewnym momencie myślałam, że się rozpłaczę. Zaparkowaliśmy skuter we wskazanym miejscu (darmowym, choć wiadomo – tu może się sytuacja zmienić z dnia na dzień) i już zbiegło się kilku chętnych do wypożyczenia maski przeciwko trującym gazom, wydobywającym się z krateru. 50.000 IDR za coś, czego filtry nie były wymieniane od początku używania nie brzmi jak interes życia. Poza tym nie zamierzaliśmy stać długo w dole krateru, więc uznaliśmy że chusty na twarz (jak robią to lokalni przewodnicy) nam wystarczą. Nasz gospodarz z hostelu twierdził, że na górze jest tablica rządowa informująca o zakazie schodzenia do krateru bez przewodnika i maski, ale to nieprawda. Takiej tablicy nigdzie nie ma. Usiedliśmy pod sklepikiem, w którego wnętrzu zasypiało już dwóch jegomościów, kucając przy palenisku. W milczeniu wypiliśmy herbatę i zaczęliśmy rozglądać się za miejscem na kilku godzinną drzemkę. 

Właściciel warungu wyszedł na papierosa i przecierając ze zdumienia oczy zaproponował, żebyśmy spali na ławkach w przedsionku sklepu, bo im dalej od ognia tym chłodniej. Bardzo miły gest z pana strony! Ci którzy znają Matiego wiedzą jaką ma cudowna zdolność zasypiania w każdej pozycji, na każdej powierzchni. Wlazł do śpiwora, ułożył się na szerokiej, ale nieco dziurawej ławce i w sekundę odpłynął. Jak on to robi?! Weszłam do przedsionka, spojrzałam na swoją wąska ławeczkę i zastanawiałam się, jak się położyć, żeby z tego nie spaść. Była prawie 20:00. Mamy jakieś 5 godzin snu. Całkiem nieźle!

Nocleg w warungu na parkingu, tuż przy głównym wejściu na teren parku.
Mati zasypia w każdych warunkach, w dosłownie kilka sekund.

Na szlaku wulkanu

Nagle obudziło mnie trzaskanie drzwiami, jakieś hałasy, patrzę na zegarek – już pierwsza w nocy, trzeba wstawać! Zrywam się, rozpinam z impetem śpiwór, zdrętwiałą ręką przewracam z impetem butelkę z woda i niczym kret próbuję dojrzeć, co się dzieje i gdzie jestem. Z warungu wybiega przestraszony pan – Okej Madam? Okej! Znowu patrzę na zegarek: 21:30. Minęło dopiero półtorej godziny, a to był tylko „zły” sen. Zaciągnęłam czapkę na oczy, położyłam z powrotem na ławce i pomyślałam, że to chyba najfajniejsze i najciekawsze miejsce w jakim przyszło nam spać. Na dworze nie było bardzo zimno, ale spaliśmy w kurtkach i długich spodniach. Temperatura spadła do 15 stopni i nawet podchodząc nad ranem pod górę musieliśmy się porozbierać z cebulowego odzienia. 

Szlak czynny jest tylko od 1:00 w nocy do godziny 14:00, ponieważ późnym popołudniem stężenie trujących gazów jest zbyt duże, by bezpiecznie poruszać się koło krateru. Na parkingu czekają przewodnicy, których można wynająć – zupełnie bezsensowna sprawa, jako że szlak jest jeden i to bardzo prosty. W kasie wejściowej kupiliśmy bilety (100.000 IDR/os. w tygodniu, 150.000 IDR/os w weekendy) i jako jedni z pierwszych ruszyliśmy w górę. Dojście do krateru zajmuje około 1-1.5 godziny prostą, szeroką droga. Raz jest nieco bardziej stroma, innym razem trochę kamienista, ale nie do przeoczenia. Po drodze spotkaliśmy kilku górników, czekających na poranna zmianę. Pamiętajcie, że za robienie im zdjęć w czasie pracy, kiedy wynoszą z krateru ciężkie kosze pełne siarki, każą sobie zapłacić nawet 50.000 IDR. Niektórzy turyści strzelając sobie z nimi po kilka selfie byli tym mocno zaskoczeni. Można natomiast zapytać ich wcześniej, czy zgodzą się na kilka zdjęcie za paczkę papierosów (z czego my skorzystaliśmy – paczka fajek to ok. 17.000 IDR). Ciężko pracują, przynajmniej tyle mogliśmy zrobić.

Panowie pracują od świtu. Podobno zarabiają bardzo dobrze, jak na warunki w Indonezji, ryzykując jednak zdrowie.
Pamiętajcie, aby wynagrodzić pracowników kopalni papierosami lub snakami, gdy zechcecie zrobić sobie z nimi zdjęcie.

Ijen – cud Matki Natury

Idąc z kilkoma osobami na przodzie raz po raz odwracaliśmy się, żeby spojrzeć na piękne rozgwieżdżone niebo. Około 2:30 dotarliśmy na krawędź krateru, skąd skierowaliśmy się w prawo i śledząc wycieczki z przewodnikami zaczęliśmy schodzić w dół do niebieskich ogni. Widać je było już z góry, ale droga była bardzo stroma i kręta. Dlatego warto puścić przodem kilka osób, widząc gdzie stawiać stopy. W powietrzu coraz bardziej dawało siarką i zgniłym jajkiem, ktoś poradził żeby nie zatrzymywać się dłużej na drodze, bo czasem obsuwają się kamienie. Po pół godzinie dotarliśmy na dół krateru. Wszyscy wyciągnęli maski, my zasłoniliśmy twarze chustami (buffki z zawodów w Krakowie idealne na wszystkie wyprawy: pod brudny kask, pod czapkę, na nos gdy śmierdzi – to są długodystansowe profity triathlonu 😉 ). Z bliska mogliśmy zobaczyć niesamowite dzieło natury. Niebieskie ognie występują tylko w dwóch miejscach na ziemi – na Islandii i w Indonezji. To podpalone opary siarkowe, o temperaturze 600 stopni widoczne tylko w nocy. Obok buchał dym z kopalni siarki, a zapachy i całe widowisko oglądane w ciemności przypominało fabrykę orków z Władcy Pierścieni. Pokręciliśmy się po okolicznych kamieniach próbując uchwycić najlepsze ujęcia, kiedy wiatr zmienił kierunek i chmury oparów zaczęły nacierać w naszą stronę. Postanowiliśmy wrócić na górę zanim kolejne chordy turystów zablokują ruch. Szlak, którym przyszliśmy wyglądał jak autostrada! Setki światełek powoli schodziło z krawędzi, żeby tak jak my, z bliska zobaczyć blue fire.

Nie da się zbyt długo wytrzymać przy kopalni. Stężenie gazów jest naprawdę duże.
Przewodnicy często ignorują „wymóg” noszenia masek. My poszliśmy ich śladem.
Zapach siarki jest charakterystyczny i powoduje lekki kaszel.

Jak to zwykle z nami bywa, wygraliśmy wychodząc od razu o 1:00 w nocy i nie musieliśmy wlec się za stadem ślamazar wychodzących w góry w sandałkach i skarpetkach. Hello…trochę to śmieszne, ale i ryzykowane. Na krawędzi krateru byliśmy z powrotem ok. 4:00. Do wschodu pozostało półtorej godziny. Skierowaliśmy się w lewa stronę, wspinając po gładkich, niezbyt stromych skałach. W ciemności widzieliśmy kilka sylwetek ludzi, ale przezornie poczekaliśmy na kolejne grupy z przewodnikiem, który prowadził wszystkich jeszcze dalej, na najlepszy punkt widokowy na wschód słońca. Wiało mocno, marzły nieco nosy, ale na horyzoncie zaczęły pojawiać się pierwsze oznaki świtu. Najlepiej kierować się najbardziej na zachód i poczekać na zboczu. Wschodzące słońce zawsze nas zachwyca. Jest w tym coś majestatycznego i głęboko poruszającego. Zbudzone ze snu ptaki zaczynają śpiewać, wiatr staje się coraz cieplejszy, a widok na okoliczne szczyty odbiera mowę.

Wschody słońca w Indonezji są niesamowite!
Pora ogrzać się w pierwszych promieniach słońca.
Widoki są hipnotyzujące.

Dlaczego lepiej samemu?

Plusem wycieczek bez przewodnika jest to, że można tak sobie siedzieć i podziwiać naturę bez końca. Wszyscy są już poganiani, żeby wracać na dół, ale my jeszcze spacerowaliśmy po krawędzi krateru w lewo i w prawo wykorzystując światło poranka do robienia zdjęć. Jeśli ktoś miał czas i chęć, mógł zejść też z powrotem w okolice kopalni siarki, bowiem po wzejściu słońca pokazało się olbrzymie jezioro, o przepięknym lazurowym kolorze, wypełniające dolną część krateru. Opary siarki tworzą kłębiące się chmury, dając wrażenie, że to dymi wnętrze rozpalonego wulkanu. Widać też pracujących Indonezyjczyków, noszących na swych barkach 70 kilogramowe kosze z siarka. Mówią, że w to w kwaśnej wodzie leżą najbogatsze złoża tego pierwiastka i górnicy często ryzykując własne zdrowie sięgają rękoma po najlepsze kawałki. Ważniejszy dla nich jest dobrobyt rodziny niż własne życie, a za swoją ciężką pracę otrzymują dość dobre jak na Indonezję wynagrodzenie. Niestety, ich średnia długość życia to 45 lat. Kiedy schodziliśmy z powrotem na parking mijaliśmy wielu tragarzy, powoli człapiących w za dużych gumiakach, z rękoma czarnymi od pracy, ciągnących pod górę puste wózki na kolejne kilogramy kamieni. Mister – taxi? No nieee…

Na parkingu byliśmy o 7:00. Szybkie śniadanie z Indomaretu (bułki maślane z czekoladą) i pojechaliśmy jeszcze 1.5 km w prawo – w stronę przeciwną niż Banyuwangi – zobaczyć wodospad płynący z jeziora w kraterze. Jak można się domyślić – najkwaśniejszy wodospad na świecie 😉 Nie czekając aż wzmoże się ruch ruszyliśmy z powrotem do miasta. Tym razem jednak nie mijaliśmy mrocznego lasu, a piękne wysokie palmy, drzewa i paprocie o ogromnych liściach. Nie było już tak strasznie 🙂 

Praktyczne info: 

  • Z Bali na Jawę można dostać się publicznym busem i samemu organizować przeprawę promem (koszt całkowity to około 80.000 IDR/os.) lub wykupić gotową usługę shuttle bus z Denpasaru do Banyuwangi za 180.000 IDR/os. W cenie autobus, bilet na prom, kolacja i poczęstunek.
  • Do Ijen prowadzą dwie drogi, jedna z Banyuwangi – najkrótsza dla tych, którzy przypływają z Bali i druga z Sempol – lepsza dla podróżujących od strony Surabayi. Jeśli ktoś nie chce wypożyczać skutera można spróbować złapać stopa lub wynegocjować dobra cenę na ojeka – taxi skuter. Ani od strony Banyuwangi, ani Sempol nie ma autobusów na parking wejściowy. Aby dostać się do Sempol trzeba dojechać do Probbolingo i przesiąść się w autobus do Bondowosy. Tam można złapać bemo do Sempol. Ceny niestety ciężko podać, ponieważ zależy to od waszych umiejętności negocjacyjnych. Do Banyuwangi można dojechać pociągiem z Surabai, Probbolingo, Malang i Yogyakarty.
  • Skuter: w Banyuwandze możecie go wypożyczyć tylko w Tripoli Tours and Travel. Cena to 65.000 na 24 h. W zastaw trzeba zostawić jakiś dokument – my daliśmy polski dowód osobisty. W mieście jest stacja benzynowa ok. 800 metrów od wypożyczalni w kierunku dworca głównego. Paliwo na tamten dzień kosztowało 6.500 IDR/l.
  • Noclegi: w Banyuwangi spaliśmy w dwóch miejscach. Budżetowo : Permata inn za 85.000 IDR/pokój 1 lub 2 osobowy/noc ze śniadaniem. To bardzo tanio, a hostel znajduje się w połowie drogi między wypożyczalnią skuterów, a dworcem głównym i portem, co jest jego dużą zaletą. Pokoje małe, ale czyste, z łazienką. Na dole tania restauracja z dobrym jedzeniem. Brak wifi w pokojach. Dla bardziej wymagających: Dormitory Mirah (800 m w stronę centrum) 125.000 IDR/os. w dormie 18-osobowym, ze śniadaniem. Hotel ma basen i jest bardzo czysty i nowy. 
  • Pod bramą wejściową możecie rozbić namiot lub poprosić ochroniarzy, czy możecie się położyć w którymś z domków. Zwykle się zgadzają. Na terenie kempingu jest toaleta 2.000 IDR i kilka knajpek z ciepłymi napojami i posiłkami.
  • Ekwipunek: jeśli jak my, chcecie spać pod bramą wejściową, warto mieć śpiwór i (choć to zależy od waszej potrzeby) karimatę. Można wypożyczyć też namiot. Ciepłe ubrania, chusta na twarz, dobre obuwie (trampki są ok, ale sandały sobie darujcie 😉 ) Woda, przekąski – szczególnie, jeśli chcecie spać, krem z filtrem, pomadka do ust, czołówka. 
  • Dojeżdżając do skrzyżowania za Licin, skręca się w lewo w stronę parku. Jest tam budka ze strażnikami, którzy pobierają 3.000 IDR od osoby za wjazd na teren parku. Nie zapłacilibyśmy, gdyby Mati przypadkiem nie zatrzymał się ściągnąć okulary 🙂
  • Koszt wejścia na wulkan 100.000 IDR/os. w tygodniu 150.000 IDR/os. w weekend. 
  • Wodospad – 3.000 IDR/os.